Sonda

Najbardziej smakuje mi pizza z restauracji...








Kontakt

Napisz do nas

Napisz swoje uwagi dotyczące serwisów ekonomicznych Wirtualnej Polski

Partnerzy

Wiadomość

Gazeta Bankowa Trzęsienie ziemi, czyli skok do przodu

Gazeta Bankowa | 29.04.2011 | 15:57

  A A A
 
Trzęsienie ziemi, czyli skok do przodu


(fot. AFP / str)

Z marcowego trzęsienia ziemi w Japonii jedno wynika na pewno – będzie zmiana w globalnej sferze rynkowej konkurencji.

Tysiące zabitych Japończyków, zniszczona infrastruktura, awaria elektrowni atomowej oraz skażenie radioaktywne, przerwy w dostawie prądu, a w efekcie wstrzymanie produkcji przez tysiące zakładów produkcyjnych, do tego, według agencji Reuters, na skutek trzęsienia ziemi z giełdy w Tokio „wyparowały” akcje o wartości 287 mld dolarów. Straty materialne spowodowane kataklizmem szacowane są na 14-15 bln jenów, czyli 180-200 mld dolarów. Niewątpliwie skutki trzęsienia ziemi oraz tsunami w krótkiej perspektywie bardzo osłabią japońską gospodarkę, ale w długiej ją wzmocnią. Dlaczego? Dlatego, że jest to zgodne z azjatycką mentalnością, która siłę czerpie w nieszczęściu.

Dwa końce kija

Nie wszyscy w Japonii są zdania, że marcowe trzęsienie ziemi jest skutkiem sił natury. Gubernator Tokio Shintaro Ishihara powiedział japońskim mediom, że ta katastrofa to tembatsu (kara boska) za grzechy w krajowej polityce opanowanej przez egoizm i populizm. Za te słowa został ostro skrytykowany i musiał się za nie publicznie pokajać. Nie wiadomo czy gubernatorowi chodziło wyłącznie o politykę, czy też miał na myśli gospodarkę. Faktem jest, że japońska ekonomia znajduje się w trudnej sytuacji. Kraj Kwitnącej Wiśni od ponad dekady tkwi w stagnacji, gospodarkę trawi deflacja, dług publiczny wynosi 196,4 proc. PKB, a bezrobocie 4,9 proc., choć i tak jest niższe niż w USA czy Unii Europejskiej. Słynne w przeszłości tempo rozwoju gospodarczego obecnie ma miejsce w cyklach od jednej katastrofy do drugiej i to też nie zawsze.

Gdy się spojrzy na wypowiedź gubernatora Tokio z innej strony, to w jego słowach zawiera się część prawdy. Trzęsienia ziemi są dla japońskiej gospodarki rodzajem katalizatora. Przykładowo to z 1923 roku stało się źródłem wielkiej modernizacji Tokio i Jokohamy, infrastruktury, a także systemu bankowego. Z kolei to z 1995 roku w Kobe początkowo wpłynęło w sposób znaczny na poprawę ogólnokrajowej koniunktury gospodarczej, ale nie przywróciło całej wcześniejszej świetności. Zapewne tego ostatniego skutku japoński rząd się bardzo obawia. Podobnie myślą inwestorzy oraz zwykli Japończycy. Nie dziwi więc to, że świat i duża część obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni patrzą na premiera Naoto Kana jako na tego, który może być zbawicielem japońskiej gospodarki. Sęk w tym, że nie wszyscy w Japonii mają ochotę stawić temu czoła. Dlaczego? Dobrobyt rozleniwia, nawet Japończyków – to dość częsty komentarz ekspertów. Skutki tego widać po młodych Japończykach, których nie cechuje, jak ich ojców, skłonność do ciężkiej pracy w duchu shudangshugi, czyli wszyscy razem. Żaden z dotychczasowych rządów nie zaproponował im niczego, co nakłoniłoby ich do działania w myśl tej idei do większego wysiłku. Ponadto, nie kto inny jak właśnie japońscy politycy mówią młodemu pokoleniu przy każdej okazji, że gdyby przestali pracować to i tak mieliby z czego żyć przez jedno pokolenie.

Ale jak to powszechnie wiadomo, kij ma dwa końce. Nie rząd, ale właśnie trzęsienie ziemi zmusi młodych Japończyków do intensywniejszej pracy. W historii Japonii znane są takie przypadki. Trzęsienie ziemi z 1923 roku przyniosło eksplozję sektora budowlanego oraz kredytów hipotecznych. Jednak samozaparcie i pomoc rządowa były za słabe i w kilka lat później japońskie banki znalazły się na skraju bankructwa. Resztę dokonała druga wojna światowa. Ówczesne doświadczenie zaowocowało zmianą podejścia przez powojenne pokolenie, dla którego etos ciężkiej pracy w imię wspólnego dobra był celem samym w sobie. W efekcie wystarczyła jedna generacja Japończyków, by stworzyć obecne fundamenty japońskiej gospodarki. Nikt nie ma wątpliwości, że ten okres dobiega końca i należy jak najszybciej podjąć wysiłek na rzecz zmian.

Sprawa jest pilna, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że miasto Sendai oraz cała prefektura Miyagi są mniej ważnymi obszarami dla japońskiej gospodarki. Ponadto całkowita na tym terenie zagłada budowli będzie mieć bardziej dalekosiężne skutki niż wtedy, gdy kataklizm dotknął bogate Kobe, czy w poprzednich latach Tokio. Rząd będzie musiał wygenerować ogromne kwoty nie tylko na odbudowę dróg, mostów, linii kolejowych, dworców, sieci wodnej i kanalizacyjnej, budynków użyteczności publicznej, ale także na pomoc społeczną, zwłaszcza dla osób, które w przeszłości wybrały hipotekę odwróconą jako element zabezpieczenia swojej starości.

Jak zapełnić pustkę

Ekonomia, tak jak życie, nie lubi pustki. Dobrze o tym wiedzą Japończycy, którzy swoją gospodarkę stworzyli w oparciu o wypełnianie luk w podaży rynkowej kreując nowego rodzaju popyt, z czasem stając się wielkim rynkiem konsumentów. Dlatego przerwanie w strefie zniszczeń pracy przez japońskie fabryki nie oznacza, że ich klienci zostaną przejęci przez konkurencję. Jak twierdzi Dan Waters, wybitny znawca Japonii, w czasach recesji, zaburzeń, niepewności japońskie firmy umieją bez trudu dostosować się do zaistniałych warunków i chociaż mogą szybko upaść, mogą także szybko odzyskać siły. Jednak dla pewności i stworzenia gwarancji bezpieczeństwa Bank of Japan zainterweniował rzucając na rynek finansowy 183 mld dolarów. Ruch ten ma nie tylko przekazać światu informację, że Japonia nadal jest zdolna i nie stało się nic z czym nie jest w stanie sobie poradzić, ale przede wszystkim operacja ta miała na celu osłabienie jena na tyle, by utrzymać konkurencyjność japońskiej gospodarki, a przede wszystkim japońskich firm. O ile przedsiębiorstwa z przemysłu samochodowego, takie jak Toyota, Nissan czy Honda na globalnym rynku radzą sobie dość dobrze, to już sektor elektroniczny przykładowo firmy Toshiba czy Sharp, słabiej. Jest to skutkiem zmiany biegunów w sferze konkurencji, a ściślej wypierania japońskich producentów przez chińskie, tajlandzkie, indonezyjskie czy tajwańskie. Podobny los może spotkać japoński przemysł samochodowy. Dlatego rząd w Tokio woli działać, nim wzejdzie słońce i dobrze ogrzeje ruiny i zniszczenia.

TAGI: japonia, trzęsienie ziemi, banki, konkurencja

ZOBACZ W SŁOWNIKU: Akcja, Bank

oceń
0
0
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!