Kropla drąży rynek
Chińczycy robią wszystko po swojemu. W sytuacji kryzysu działają w myśl dwóch zasad, że kryzys jest tym, czego nie można zmarnować, i że w słabościach tkwi największa siła. Pogarszająca się globalnie sytuacja gospodarcza martwi rząd chiński, ale jednocześnie pojawiają się pomysły jak temu zaradzić. Rezerwy walutowe w wysokości 2,2 bln dolarów oraz dyplomacja surowcowa są doskonałym narzędziem do likwidacji częściowych napięć w chińskiej ekonomii. Zagraniczna ekspansja poza podbojem danego rynku służy także redukcji własnego bezrobocia, które na koniec 2008 r. wynosiło 4,2 proc., a w tym ma nie przekroczyć poziomu 4,6 proc. Justin Lin, wiceprezydent Banku Światowego, a zarazem Chińczyk, nie widzi w tym nic złego, a nawet uważa, iż jest to z korzyścią dla obu stron. W przypadku zaś złóż naturalnych uważa, że ich kupowanie, a nie samych surowców jest dobrym rozwiązaniem biznesowym. Dlatego Chiny, jeśli tylko mogą, powinny inwestować w złoża. Ostatnie negocjacje China International Fund (CIF) z rządem Gwinei kontraktu wartego miliardy dolarów w zakresie finansowania projektów infrastrukturalnych i surowcowych są tylko potwierdzeniem tej polityki. Gdyby tylko ta transakcja doszła do skutku, to chińskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne (CBIZ) na świecie łącznie przekroczyłyby kwotę 200 mld dolarów z obecnych 183,9 mld i jednocześnie zwiększyłoby to liczbę chińskich pracowników poza Chinami do prawie 600 tys., z obecnych teraz 575 tysięcy.
Chiny o swoje prawa i pozycję toczą walkę nie tylko w Afryce. Rząd w Pekinie od dawna zabiega o uznanie chińskiej gospodarki przez społeczność międzynarodową, w tym przede wszystkim przez Unię Europejską, za wolnorynkową. Jak na razie bez skutku, bo przeciwko przemawiają zarówno względy polityczne, jak i ekonomiczne. Taka decyzja postawiłaby rynki krajów członkowskich w trudnej sytuacji konkurencji rynkowej. Rząd chiński, jak na razie, nie robi z tego wielkiego problemu, ale przy każdej okazji spotkań na szczeblu głów państw lub szefów rządów podnosi ten problem. Nie przejmują się tym też zbytnio firmy z Państwa Środka. One indywidualnie poszukują dróg wejścia na rynek europejski i je znajdują, i to nie gdzie indziej, jak w prawie europejskim. Coraz więcej chińskich przedsiębiorstw zabiega o nadanie im statusu producenta gospodarki rynkowej, który jest elementem składowym państwa o gospodarce rynkowej (Market Economy Status – MES). Starają się wykazać europejskim urzędnikom, że ich produkcja oraz sprzedaż towarów opiera się na wolnorynkowych zasadach, zaś ich decyzje dotyczące cen, kosztów i nakładów są skutkiem mechanizmów rynkowych, odzwierciedlających podaż i popyt, oraz że w te procesy nie ma ingerencji państwa, a nawet jeśli ona jest, to nie ma charakteru poważnego. Uzyskanie statusu MES ma dla chińskich firm niebagatelne znaczenie, bo dzięki niemu otwierają się przed nimi rynki wszystkich państw członkowskich Unii. Choć otrzymanie tego statusu nie jest proste, to nie rezygnują. W przypadku odmowy nie poddają się. Wyczerpują wszystkie dostępne im środki administracyjne, a gdy i te nie przyniosą skutku, to występują na drogę sądową.
Chińczycy doskonale wiedzą, że czyjeś nieszczęście jest moim szczęściem, a kryzys to doskonały czas na robienie zakupów, zwłaszcza tego, czego nie mogli kupić w czasie spokoju gospodarczego, czyli technologii. Już wcześniej nabyli Rovera, IBM, a teraz amerykański symbol – Hummera. Następne w kolejności jest Volvo i być może inne marki z pakietu GM. Chińskie przedsiębiorstwa, banki i instytucje finansowe kupują udziały w firmach, które jeszcze mają dobrą sytuację na rynku. I bynajmniej nie chodzi o sam czysty zysk z zainwestowanego kapitału, ale o przyszłość, a ściślej o właściwą w niej pozycję. Kupują i inwestują we wszystko to, co daje technologię i nowoczesne systemy zarządzania, bo tego im teraz najbardziej potrzeba do dalszego rozwoju.
Obecny kryzys finansowy zmienił i nadal zmienia global dream. Spowodował, że świat zachodni schował swoje obawy związane z ekspansją Chin, a nawet wysyłane są sygnały do Pekinu, że kapitał chiński jest mile widziany. Ciekawe, jak zareagowałaby polska opinia publiczna, gdyby Giełdę Papierów Wartościowych chcieli kupić Chińczycy?
Azjatycki smak
Dla rządu chińskiego sprawa jest jasna, że tylko ekonomia zaspokoi wszystkie potrzeby ludzi i zagwarantuje spokój społeczny. Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości co do ich racji, to przywołują argument, że same Chiny są miniświatem osadzonym w Azji, który ma swoje zasady, choć niekiedy odbiegające od zachodnich. Chińczycy chętnie nazywają swoją ekonomię „chińskim kapitalizmem” i odwołują się do „wartości azjatyckich”, co znaczy tyle, że Zachód nie ma prawa narzucać Chinom swojego systemu wartości. Ponadto jednostki muszą się pogodzić z tym, że interes państwa jest ważniejszy niż ich indywidualny, i że rządy twardej ręki, a nawet autorytarne, są niezbędne do osiągnięcia szybkiego wzrostu gospodarczego. Ten zaś musi być na poziomie nie niższym niż 8 proc., bo bez niego wygląda na to, że rząd w Pekinie traci mandat niebios. Temu też celowi mają służyć realizowane projekty ekonomiczne, jak pakiet stymulacyjny czy dość liberalna, a przez niektórych nazywana dumpingową, polityka kredytowa. I choć dziś one legitymują
Chinkong, to w przyszłości wcale nie musi być tak różowo. I gdyby się tak stało, to z nowej nazwy Chinkong odpadłby „Kong”, a zostałyby „Chin”. Ale to już znamy.
JACEK STRZELECKI
Gazeta Bankowa
Oficjalne wydanie internetowe: www.gb.pl