Grecja stanęła twarzą twarz z dotkliwymi konsekwencjami tego, gdy wierzyciele mówią: miarka się przebrała. Wielka Brytania być może nie jest następna w kolejce, ale nie stoi daleko – powiedział we wtorek Kenneth Clarke, minister finansów w konserwatywnym rządzie premiera Johna Majora w latach 1993–1997.
Odniósł się w ten sposób do gwałtownej deprecjacji brytyjskiego funta z przełomu lutego i marca, co analitycy tłumaczyli obawami inwestorów o stan finansów publicznych Wielkiej Brytanii. W ciągu dziesięciu sesji brytyjska waluta straciła wobec dolara ponad 5 proc., przełamując po raz pierwszy od maja barierę 1,50 GBP/USD (przed kryzysem, za funta można było kupić nawet 2 dolary). Zanotowała przy tej okazji pierwszą od niemal półtora roku sześciodniową passę spadkową.
Mimo to ostrzeżenia Clarke’a wydają się wyolbrzymione, nie mówiąc już o bardziej alarmistycznych wypowiedziach części komentatorów wskazujących, że Wielkiej Brytanii grozi
kryzys walutowy, lub że jest to „kolejna Grecja”. Wbrew kilku powierzchownym podobieństwom na finansowej mapie świata kraje te leżą jeszcze dalej niż na geograficznej.
Rynki nie lubią niepewności
Najważniejsza w tym kontekście analogia między Grecją i Wielką Brytanią to wysokość ich deficytów budżetowych. Według szacunków Komisji Europejskiej, luka w finansach publicznych Grecji wyniosła w ubiegłym roku 12,7 proc. PKB, o 5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. W kończącym się w marcu roku fiskalnym 2009 deficyt budżetowy Wielkiej Brytanii sięgnie najprawdopodobniej 12,8 proc. PKB, najwięcej spośród państw UE. Rok wcześniej było to 7,1 proc. PKB.
O ile jednak
Grecja pod presją Brukseli już zapowiedziała kroki oszczędnościowe (planowana jest m.in. obniżka płac w sektorze publicznym oraz podwyżka akcyzy na paliwo i podatku VAT), które w tym roku mają zmniejszyć deficyt budżetowy do 8,7 proc. PKB, w przypadku Wielkiej Brytanii uporządkowanie finansów publicznych wydaje się bardziej odległe.
Wprawdzie laburzystowski rząd też poczynił w tym kierunku pewne kroki (np. od kwietnia stopa podatku dla najbogatszych wzrośnie z 40 do 50 proc.), ale wstrzymał się od zdecydowanego „zaciśnięcia pasa”. Jak tłumaczy, mogłoby to podkopać kruche wciąż ożywienie gospodarcze.
W efekcie, jak wskazują ostatnie dane, stan finansów Wielkiej Brytanii nadal się pogarsza. Okazało się np., że nawet w styczniu, który tradycyjnie był miesiącem nadwyżek, brytyjski budżet był pod kreską. Według prognoz w roku fiskalnym 2010 niedobór w brytyjskim budżecie pozostanie na poziomie powyżej 12 proc. PKB.
Posiadacze brytyjskich obligacji do niedawna mogli liczyć, że podejście rządu zmieni się po wyborach parlamentarnych, które muszą się odbyć najpóźniej do początku czerwca. Pewne wydawało się bowiem zwycięstwo Partii Konserwatywnej, która nie tylko zapowiadała daleko idące kroki oszczędnościowe, ale też była pod tym względem wiarygodna: w latach 90. udało się jej skutecznie zniwelować dziurę budżetową.
Najnowsze sondaże wskazują jednak, że przewaga torysów nad laburzystami stopniała do 2–5 pkt proc., podczas gdy w ubiegłym roku sięgała momentami 26 pkt proc. Gdyby wybory odbyły się dziś, w Wielkiej Brytanii powstałby zapewne pierwszy od ponad 30 lat gabinet mniejszościowy, co utrudniłoby uchwalenie koniecznych do uporządkowania budżetu reform.
Niewykluczone nawet, że w związku z zawiłościami ordynacji wyborczej większość mandatów zdobędzie Partia Pracy. Obawami o następstwa parlamentarnego pata analitycy tłumaczyli eskalację wyprzedaży funta z początku tygodnia.
Inwestorzy okazują cierpliwość
Zbliżone deficyty budżetowe Grecji i Wielkiej Brytanii zasłaniają jednak fundamentalne różnice między tymi krajami. Londyn rozpoczynał kryzys z długiem publicznym na poziomie zaledwie 44 proc. PKB, podczas gdy średnia dla Unii Europejskiej wynosiła 59 proc., a dla strefy
euro 66 proc. W Grecji wskaźnik ten przekraczał 95 proc. PKB. Jak wynika z prognoz KE, nawet po kilku latach bezprecedensowej przewagi wydatków nad przychodami, rząd w Londynie będzie zadłużony „jedynie” na równowartość 88 proc. PKB, na równi ze średnią dla strefy euro. Niezależnie od tego, jak się ocenia skuteczność i celowość fiskalnego stymulowania gospodarki za wszelką cenę, trzeba przyznać rację premierowi Gordonowi Brownowi, że Wielką Brytanię na to stać. Stąd żadna agencja ratingowa, pomimo pojawiających się od czasu do czasu spekulacji na ten temat, nie zdecydowała się na obniżkę najwyższej oceny wiarygodności kredytowej Londynu (AAA).
Także inwestorzy nie wpadają w panikę. Podczas gdy rentowność greckich dziesięciolatek oscyluje dziś wokół 6,1 proc., w przypadku brytyjskich papierów jest to 4 proc. W porównaniu międzynarodowym nie jest to poziom niebezpiecznie wysoki: rentowność amerykańskich obligacji wynosi 3,6 proc., francuskich 3,5, a niemieckich 3,2.
Wciąż też pozostaje wyraźnie niższy, niż przed kryzysem, w przeciwieństwie do państw, do których rynki naprawdę straciły zaufanie (Grecja, Irlandia). To prawda, że w gronie państw o niższych niż
Wielka Brytania ratingach, obligacje niektórych (Włochy, Hiszpania), mają nieco niższą rentowność, niż angielskie, ale nie musi to być kara za fiskalną nieroztropność Londynu. Inwestorzy mogą po prostu żądać premii za ryzyko walutowe, jakie wiąże się z posiadaniem brytyjskiego długu.
Wielka Brytania jest zresztą relatywnie odporna na spadek zaufania inwestorów, gdyby faktycznie do niego doszło. Jak ocenia agencja Fitch, rząd w Berlinie, któremu w 2010 r. zabraknie w budżecie 140 mld euro (5 proc. PKB), będzie musiał wyemitować więcej papierów skarbowych niż rząd w Londynie, którego deficyt sięgnie około 190 mld euro. Na rynek kapitałowy trafią w tym roku niemieckie obligacje o wartości 386 mld euro.
Papierów francuskich będzie ponad 450 mld euro, a brytyjskich „zaledwie” 279 mld euro. To konsekwencja tego, że średni okres zapadalności brytyjskich obligacji sięga 14 lat, podczas gdy w przypadku Niemiec i Francji jest to sześć, siedem lat. Korzystna struktura długu sprawia, że koszt jego obsługi nie rośnie gwałtownie wraz z ewentualnymi zwyżkami rentowności obligacji. Obecnie w Wielkiej Brytanii sięga on 3 proc. PKB, podczas gdy w Grecji, której zadłużenie ma średnią zapadalność ośmiu lat, niemal 12 proc.