Sonda

Najbardziej smakuje mi pizza z restauracji...








Kontakt

Napisz do nas

Napisz swoje uwagi dotyczące serwisów ekonomicznych Wirtualnej Polski

Partnerzy

Wiadomość

Rynek zdrowia Emeryci nie do zastąpienia

Rynek zdrowia | 19.06.2009 | 11:26

  A A A
 

Zbyt mało przybywa nowych lekarzy specjalistów, by można było zrezygnować z usług ludzi mających za sobą kilkadziesiąt lat praktyki...

Są w medycznym fachu takie specjalizacje, do których młodzi lekarze jakoś, z różnych przyczyn, się nie garną. Urzędowo mówi się o takich dziedzinach: "deficytowe". Kim jest lekarz reprezentujący deficytową specjalizację? Jest lekarzem mogącym pracować - będąc nawet na emeryturze - bez wyrzutów sumienia, że odbiera młodszemu chleb! Bo bez zasłużonych, wysłużonych i wciąż pracujących nasz system ochrony zdrowia szwankowałby jeszcze bardziej.

Prawda jest taka, że emeryci pracujący łatają w nim dziury. Tak było i tak jest. I niewiele wskazuje, że w przyszłości w Polsce tak nie będzie...

***

Z danych GUS wynika, że w 2006 r.mieliśmy w Polsce 77 479 lekarzy (bez dentystów). Dane (za 2008 r.) Śląskiej Izby Lekarskiej mówią, że w województwie śląskim zarejestrowano 12 575 lekarzy (również nie licząc stomatologów). W tej statystyce mieszczą się lekarze czynni zawodowo i w stanie spoczynku. Uwaga: 10% z nich, dokładnie 1 278, to medycy mający prawa emerytalne, ale będący nadal aktywnymi zawodowo.

Przed II wojną światową liczba lekarzy była u nas dwukrotnie niższa niż w państwach Europy Zachodniej. Teraz nadal jesteśmy pod tym względem na szarym końcu w zjednoczonej Europie, choć - przyznać należy to szczerze - dysproporcje nie są już tak znaczne, jak np. w 1935 roku.

W cieniu zabiegowców

W 2002 r. w Śląskiem było 587 anestezjologów. A teraz jest ich 463. Wśród nich: Aleksandra Jeżewska. Specjalista II stopnia. 63 lata odkreślone w kalendarzu. Sześć lat temu dorobiła się tzw. wcześniejszej emerytury. Trzy lata temu, jak prawo stanowi, wysłużyła sobie pani doktor emeryturę. Życie jednak nie znosi próżni, więc pracuje jako anestezjolog (i specjalista intensywnej terapii). Na swoim (założyła sobie jednoosobową firmę) i u kogoś - w katowickim szpitalu MSWiA.

Doktor Jeżewska dyżuruje. Ma za sobą dwie operacje. Dwa razy po dwie godziny przy stole. To sobie teraz troszkę może odsapnąć, nim znów wróci na operacyjną.
Człowiek może pracować i cieszy go, że jeszcze może być komuś potrzebny. Żal by było, by wiedza, jaką mam po tych latach pracy, marnowała się! A poza tym praca w mojej specjalizacji, jakkolwiek by to zabrzmiało, daje mi nie tylko pieniądze, ale i satysfakcję.
Tak właśnie jest. Lekarzem nie została przypadkowo. Anestezjologiem została również ze świadomego wyboru.
W czasach Gierka robiłam specjalizację i już wtedy brakowało anestezjologów. Po studiach rozpoczęłam pracę w Sosnowcu, w Szpitalu Miejskim nr 2. Mój mentor, dr Stanisław Wróblewski, widział we mnie anestezjologa. Sam nim był, to się na tym znał. Jakbym prowadziła wtedy pamiętnik, to napisałabym, że od początku chciałam być anestezjologiem.
Dlaczego? Już tłumaczę. Bo to jest jedna z najbardziej interdyscyplinarnych specjalizacji. Gdy zaczynałam, nie było czegoś takiego, co dziś nazywamy medycyną ratunkową. Jej granice wypełniała anestezjologia i intensywna terapia...

W każdej grupie zawodowej jej podgrupy różnie wzajemnie się oceniają. Nie brakuje zawodowych animozji, wywodów, kto w łańcuchu poczynań jest ważniejszy, a kto pełni podrzędną rolę. Anestezjolodzy, można się tak wyrazić dyplomatycznie, w środowisku lekarskim mają zróżnicowane opinie. Nierzadko zazdrości im się wysokich, jak na nasze realia, zarobków; tego, że wywalczyli je sobie w czasach, w których strajki lekarskie jawiły się jako rzadkość niezmierna. Czasem bagatelizuje się ich rolę w ostatecznym rozwiązaniu medycznego problemu.

Ameryki nie odkryje się, mówiąc, że anestezjolodzy nie są bohaterami pierwszego planu.
W tym szpitalu, nie powiem, by mi się źle współpracowało, na przykład z chirurgami. Tylko że wcześniej pracowałam w niejednym szpitalu, przez kilkanaście lat jeździłam w pogotowiu, przez trzy lata pracowałam w Algierii i gdyby nie to, że miałam zawał i wstawiono mi bajpasy, to nie wiadomo, czy nie mieszkałabym dziś na jakiejś wyspie Polinezji Francuskiej, bo tam miałam w 1999 roku jechać do pracy...
A więc po tej dłuższej dygresji powiem tak: zasadniczo anestezjolog był i jest w cieniu chirurgów, w cieniu zabiegowców. Z drugiej strony gdyby nie my - mówię to pół żartem, pół serio - anestezjolodzy, to rozwój chirurgii byłby... niczym nie ograniczony! Niektórzy chirurdzy uważają, że rola anestezjologów w operacji jest drugoplanowa. Takie opinie, przyznaję, są tyleż denerwujące, co niesprawiedliwe...

Być anestezjologiem

znaczy nie tylko być lekarzem, ale i rzecznikiem; rzecznikiem pacjentów. Chirurg robi swoje i jest zajęty tym, co wykonuje. Pacjent na stole, po znieczuleniu, nie widzi, nie słyszy, nie mówi.
To ja za niego widzę, słyszę i jak trzeba, to mówię. Choć z drugiej strony jeszcze nie tak dawno pacjenci przed znieczuleniem zwracali się do mnie tak: to siostra będzie mnie usypiała? A propos pacjentów i ich wdzięczności... Nie, nie, nic z tych rzeczy! Było to jeszcze przed emeryturą, gdy pracowałam w Mysłowicach. Dostałam od pacjenta duży bukiet, a w kwiatach tkwiła koperta. Koledzy z innych oddziałów pewnie zachodzili w głowę, co w tej kopercie jest, ile jest i tak dalej. A tymczasem w środku była ozdobna kartka z wierszykiem. Zaczynał się od słów: "O ty, co stoisz przy bezcieniowej lampie"...

O, takie przyjemne wspomnienie.
I tak się czasem zastanawiam, czy gdybym była młodsza, gdyby raz jeszcze trzeba było dokonać wyboru... Nie, niczego nie zmieniałabym. Będąc na emeryturze, też bym pracowała. I tu nie tylko o pieniądze chodzi, choć to jest bardzo ważny motyw. Gdy po zawale byłam przez rok na zwolnieniu, to gdy w telewizji puszczali jakiś serial medyczny, to mnie tak przykro było, że siedzę w domu, zamiast być w szpitalu...

***

Rozwój nauk medycznych wymagał wprowadzenia specjalizacji podstawowych i szczegółowych. Lekarz specjalistą zostaje po odbyciu trwającego od pięciu do siedmiu lat szkolenia w trakcie pracy zawodowej.
Do roku 1999 r. obowiązywał dwustopniowy system specjalizacji. Po dwóch, trzech latach szkolenia lekarz legitymował się tytułem lekarza danej specjalizacji I stopnia. Zdobycie "dwójki" wymagało kontynuacji szkolenia zawodowego.
Teraz obowiązuje jednostopniowy system specjalizacji. Szkolenie zwykle trwa pięć, sześć lat. Obecnie w Polsce wyróżnia się 40 specjalności podstawowych (np. chirurgia) oraz 28 szczegółowych (można je uzyskać tylko, gdy ma się już specjalizację podstawową), np. chirurgia naczyniowa.

Dziadek

Jan Pałka - rocznik 1931, absolwent lubelskiej Akademii Medycznej - pracuje w Centrum Pediatrii im. Jana Pawła II w Sosnowcu. Ma "dwójkę" z radiologii.
W jego szpitalu radiologów jest czworo, na 2,5 etatu. Żeby nie było implikacji wynikających z niedoboru kadr, przydałaby się jeszcze jedna osoba. Jeśliby choć jeden specjalista przestał pracować, a straty tej nie wyrównano, to dyrekcja, lekarze klinicyści i ich pacjenci mieliby kłopot nie lada! W województwie śląskim jest dziś 176 radiologów.

Dawno, dawno temu, jak robiłem tę specjalizację, to już wtedy była ona deficytowa. I taką jest do dziś. I to nie tylko w Polsce. Skoro do mnie, 76-letniego lekarza, przychodzą oferty pracy z Europy Zachodniej, to chyba tam też brakuje radiologów? Dr Pałka nie był jeszcze lekarzem, a już zakładał, że będzie radiologiem.

W Lublinie należał do studenckiego naukowego koła radiologicznego. Co prawda parę lat musiało minąć, nim stanął przy rentgenie, bo zgodnie z socjalistyczną polityką zatrudnienia, młody doktor musiał odbyć służbę na wsi, pracując w ośrodku zdrowia. Przez parę lat jeździł w pogotowiu ratunkowym, pracował jako chirurg urazowy.
Najbardziej podobała mi się jednak radiologia. Pomijając względy natury medycznej, w grę wchodziły zwykłe, życiowe sprawy. Wówczas i długo, długo potem radiolodzy nie mieli dyżurów. Jeśli nie było się wzywanym do przypadków dotyczących ratowania życia, to niedziele były wolne. Wreszcie dla lekarzy tej specjalizacji obowiązywał 5-godzinny dzień pracy. Oficjalnie z tytułu tego, że pracowało się w warunkach szczególnych, promieniowania i tak dalej. Według mnie jednak taką normę wprowadzono dla zakamuflowania niedoboru radiologów.
Można było dzięki temu pracować na dwóch etatach. Lekarz miał więcej pieniędzy, a państwo stwarzało ułudę, że radiologów nie brakuje...
Były i - w znacznej mierze - są także mniej atrakcyjne strony bycia radiologiem. Po pierwsze: bojaźń przed skutkami promieniowania emitowanego przez RTG (teraz już znacznie zminimalizowanego w stosunku do tego sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat).
Po drugie: praca w ciemności (dziś już wykonywana stosunkowo rzadko). Po trzecie, a może nawet powinno być po pierwsze: praca bez kontaktu z pacjentem (wyjątek: badania wykonywane przy użyciu ultrasonografu), bo technik obsługuje rentgena, tomograf, a radiolog analizuje tego efekty.

TAGI: lekarz, zdrowie, anastezjolog

oceń
0
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP.PL

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!