To jedno z pytań, które Adam Ludwiniak chciałby zadać rządowi.
Jego głębokie rozgoryczenie budzi polityka państwa wobec małych i średnich detalistów, a w zasadzie, jak twierdzi, zupełny jej brak. Jak wielu polskich kupców wierzy, że sieciom z zagranicznym kapitałem jest o wiele łatwiej rozwijać się na naszym rynku niż drobnym rodzimym detalistom takim jak on.
– Władza stawia przed nami kolejne bariery, nie pomagając w żaden sposób. Więcej, nikt tam na górze nie ma pojęcia, czego potrzebujemy, i w żaden sposób nie stara się zdobyć wiedzy na ten temat – mówi.
Adam Ludwiniak twierdzi, że urodził się z handlem w genach. Jego babcia przed wojną miała kram z nabiałem i drobiem na warszawskim bazarze Różyckiego. Jego ojciec w latach 80. zaczął handlować mięsem z własnej hodowli. On sam zajmuje się sprzedażą od dwudziestu paru lat. Od kilku jest wiceprezesem Centrum Szembeka, spółki skupiającej kupców bazaru przy pl. Szembeka w Warszawie, gdzie z bratem prowadzą też trzy sklepy.
Środowisko zna od podszewki. Ubolewa nad tym, że kupcy nie mówią jednym głosem, ale również nad tym, że tak naprawdę nie mają do kogo mówić. Bo w strukturach władzy w naszym kraju niezależnie od szczebla brakuje wyspecjalizowanych jednostek zajmujących się sprawami handlowców.
Z pełnym przekonaniem popiera zatem ideę utworzenia w Ministerstwie Gospodarki wydzielonego departamentu ds. handlu i usług w Polsce. Wniosek w tej sprawie złożyli uczestnicy wrześniowego Kongresu Kupiectwa, który odbył się w Ministerstwie Gospodarki. Pod dokumentem podpisali się szefowie czterech organizacji: Kongregacji Przemysłowo-Handlowej, Naczelnej Izby Zrzeszeń Handlu i Usług, Polskiej Izby Handlu i Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, oraz liczni właściciele
sklepów niezależnych.
Żeby coś się ruszyło – Kongres zorganizowaliśmy, by wywołać dyskusję zarówno na temat departamentu, jak i ogólnie na temat modelu handlu w Polsce – mówi Waldemar Nowakowski, prezes Polskiej Izby Handlu. Ufa, że inicjatywa ta zakończy się sukcesem, do czego przekonuje go to, że ministerstwo najwyraźniej na poważnie zajęło się sprawą. Usilnie domaga się bowiem przekazania opracowywanego właśnie przez organizacje handlowe dogłębnego uzasadnienia wniosku.
Departament handlu miałby się stać – niezbędną zdaniem kupców dla uzdrowienia polskiego handlu – platformą dialogu między nimi a rządem.
– Gdyby w ministerstwie powstała taka jednostka, mielibyśmy się do kogo zwrócić i może wreszcie moglibyśmy skutecznie działać jako środowisko – mówi Adam Ludwiniak. Uważa, że działające dziś organizacje, stowarzyszenia kupieckie (często zakładane lokalnie, z konieczności, w obronie przed konkretnym zagrożeniem) nie mają odpowiedniej siły przebicia. Za niekorzystne dla handlowców uważa również to, że organizacji jest wiele, a „każda sobie rzepkę skrobie”. Być może kongres będzie początkiem pozytywnych zmian w tej kwestii.
Biednemu zawsze wiatr w oczy... Według większości niezależnych detalistów zmiany są konieczne. Kongres wyraźnie ujawnił ich głęboką frustrację. Obawiają się o swoją przyszłość, źródeł trudnej sytuacji upatrując w polityce uprzywilejowującej ich zdaniem tylko największych graczy na rynku i przyzwalającej na nieuczciwe praktyki z ich strony.
– Jeśli w sklepach wielkopowierzchniowych ceny towarów na półkach są o 40 proc. niższe od tych, jakie my musimy zapłacić u producenta, to trudno mi uwierzyć, że działa tutaj tylko efekt skali. Coś musi być nie tak – sądzi Adam Ludwiniak. Zwłaszcza że, jak tłumaczy, hurtownicy z większą siłą negocjacyjną niż pojedynczy detalista mają ten sam problem. Zaznacza, że choć nie ma dowodów na nieuczciwość sieci, nie może w takiej sytuacji nie podejrzewać ich o dumping albo podobne niedozwolone działania.
Podobne głosy dało się słyszeć wśród publiczności kongresu. Polscy kupcy są w dużej mierze przekonani, że ich zagraniczna konkurencja w jakiś sposób unika płacenia podatków, podczas gdy oni sami nie mają szans na żadną ulgę.
Syntezę bolączek niezależnych detalistów przedstawił na kongresie dr Jan Rakowski, prezes Kongregacji Przemysłowo-Handlowej. Dość znamienny jest już sam tytuł jego wystąpienia „Prawne i finansowe aspekty upadku mikroprzedsiębiorstw w Polsce”.
Zaczęło się ono od zasadniczego problemu – braku odpowiedniej legislacji, która stymulowałaby rozwój mikroprzedsiębiorstw handlowych w naszym kraju. Obowiązujące przepisy są jego zdaniem wyjątkowo niekorzystne dla niezależnego, drobnego handlu i w wielu punktach pozwalają na nadużycia. Osławioną ustawę o WOH oskarża wprost o spowodowanie bankructwa tysięcy tradycyjnych rodzinnych firm oraz upadku lokalnego handlu i przetwórstwa rolno-spożywczego.
Zmian wymagają według niego także między innymi ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, nieuczciwej konkurencji, monopolu. W dzisiejszym brzmieniu nie chronią małych i średnich przedsiębiorców przed konkurencją (także nieuczciwą) gigantów.
Jan Rakowski poruszył także problem wyjątkowo bliski Adamowi Ludwiniakowi, który zresztą jest członkiem Kongregacji Przemysłowo-Handlowej.
– Chodzi o tę absurdalną opłatę targową, która natychmiast powinna zostać zlikwidowana. To archaiczny, bezsensowny twór rodem z czasów Bieruta – irytuje się wiceprezes Centrum Szembeka. Jak tłumaczy, taka opłata na rzecz gminy miałaby uzasadnienie, gdyby ponosiła ona koszty sprzątania, ochrony, remontów targowisk. – My jednak robimy to we własnym zakresie, a przy tym płacimy czynsz za teren, na którym działamy – podkreśla.
Wciąż wraca również sprawa handlu w niedziele i święta. Adam Ludwiniak sądzi, że nikomu, w tym klientom, nie zaszkodziłoby zamknięcie sklepów w te dni. A właściciele małych placówek, często spędzający w nich cały tydzień, zyskaliby dzień na wypoczynek.
Z jego poglądami pokrywa się także kolejny punkt prezentacji prezesa KPH. Chodzi o uproszczenie spraw podatkowych dla mikroprzedsiębiorstw oraz uzależnienie wpłat na rzecz ZUS od wysokości uzyskiwanych dochodów.
– Koszty pracy i podatki bardzo utrudniają funkcjonowanie małych firm. Nie możemy tu liczyć na jakiekolwiek ulgi, a moim zdaniem one wcale nie musiałyby zubożyć budżetu – mówi Adam Ludwiniak. Tłumaczy, że gdyby obniżono np. podatek dochodowy z 19 na 15 proc., to państwo tego zbytnio nie odczuje. Poza tym przecież polscy przedsiębiorcy wszystko, co w ten sposób zyskają, zainwestują (czy po prostu wydadzą) w naszym kraju. – W przeciwieństwie do zagranicznych firm, które swój „polski” dochód spożytkują za granicą – podkreśla.
...a trzeba wiatru w żagle – Konieczne jest ustanowienie nowego modelu handlu wewnętrznego w Polsce. Przede wszystkim chodzi o wprowadzenie odpowiednich regulacji na rzecz zrównoważonego rozwoju handlu jako szczególnej formy służebności wobec społeczeństwa – podkreśla Waldemar Nowakowski. Jego zdaniem, by sektor mógł się solidarnie rozwijać, konieczne jest m.in. doprowadzenie do uwzględnienia małych i średnich przedsiębiorstw handlowych w rozdziale środków unijnych.
– Dziś mają dostęp do dotacji na szkolenia. To dużo za mało, gdy przepaść między handlem tradycyjnym a nowoczesnym tworzą przede wszystkim ogromne różnice technologiczne – mówi. Jeżeli nie wesprze się niezależnych detalistów w tym względzie, nie mają dużych szans, by przy niełatwym dostępie do kredytów poradzili sobie z tym sami. Szef PIH przyłącza się także do postulatu zmian legislacyjnych, według niego potrzebnych zwłaszcza w ustawie o zagospodarowaniu przestrzennym oraz w przepisach dotyczących konkurencji i monopolu.
Jan Rakowski lekarstwo na chorobę polskiego niezależnego handlu widziałby między innymi w ograniczeniu nadużyć przy budowie obiektów wielkopowierzchniowych, poprzez chociażby zmianę definicji zapisanych w ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzeni. – Dopuszczalna powierzchnia dla takich obiektów określona jest pojęciem powierzchni sprzedażowej, która nie ma konkretnej definicji w prawie budowlanym – mówi. Tłumaczy, że choć przyjmuje się, że są to powierzchnie ekspozycyjne wraz z ciągami komunikacyjnymi i kasami, sieci często wyłączają te ostatnie ze swojej interpretacji. Dodaje, że efektem jest kilkadziesiąt toczących się w tej sprawie procesów. Bo często okazuje się, że supermarket według planu o powierzchni sprzedaży 2,6 tys. mkw. ma halę wielkości 4 tys. mkw.