Elżbieta Mączyńska | 25.05.2009 | 17:31
prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
Czy jest dobry czas na branie kredytów hipotecznych na zakup mieszkania? Zaznaczę, że mam zdolność kredytową, 20 proc. wymaganego wkładu, no i inne mieszkanie. Kupowane nie będzie pierwsze.
Inwestowanie w nieruchomości jest zawsze opłacalne, ale pod warunkiem, że nie nastawiamy się na szybki zysk, a inwestujemy długookresowo. W przeciwnym wypadku na nieruchomościach można wiele stracić. Z pewnością dla osób dysponujących odpowiednimi środkami, mających względną pewność zatrudnienia i uzyskiwania dochodów nieruchomości jako sposób inwestowania są wciąż godne uwagi. Teraz jest korzystny okres do podejmowania tego typu decyzji ze względu na spadające ceny, ale zwracam uwagę, że to tempo spadania wygasa. W ekonomii jak coś spada to będzie rosnąć tylko dokładnie, nie wiemy kiedy. I teraz, gdy ceny mieszkań spadają, to nastąpi taki okres, kiedy te ceny będą rosły i gdybyśmy chcieli wyrysować linę trendu w długim okresie, to ona będzie wznosząca. Ekonomiści złośliwie mówią, że w długim okresie wszyscy będziemy martwi. W związku z tym każdy inwestor musi do tego typu decyzji musi podejść indywidualnie. Osoby, które nie lubią ryzyka i nie mają kwalifikacji do krótkoterminowego inwestowania, czyli spekulacyjnego (dziś kupuję tanio, żeby jutro sprzedać drogo), powinny właśnie lokować oszczędności i nadwyżki w nieruchomości. Taka jest zasada ogólna.
Czy zdaniem pani profesor struktura długu publicznego, który przekroczył już poziom 600 mld zł może być groźna dla naszych finansów publicznych? Demografia i prognozy lat przyszłych nie są zbyt optymistyczne...
Od lat nie rozwiązaliśmy problemów finansów publicznych. Nie jesteśmy w tak dobrej pozycji jak Stany Zjednoczone i nie możemy sobie pozwolić na to, by finanse publiczne były dotknięte wysokim stopniem nierównowagi. To jest bardzo trudne pytanie, bo dług długowi nierówny. Można robić tutaj analogię do życia codziennego. Jeśli się zadłużamy po to, by budować dom, kupować działkę, kupić sprzęt komputerowy, to jest to dobry dług: w przyszłości przyniesie zyski. Jeśli zaciągamy kredyt, by urządzić przyjęcie dla przyjaciół, rodziny, znajomych, to poza kacem pozostaje dług do spłacenia. I dlatego w kształtowaniu budżetu państwa i w poszukiwaniu oszczędności na wydatkach nie jest obojętne, które wydatki "przycinamy". Jeżeli oszczędności dotyczą inwestycji, to w ten sposób budżet pozbywa się efektów mnożnikowych, które dają inwestycje. Każda złotówka przeznaczona na inwestowanie w nieruchomości daje 10 złotych. Jeżeli z budżetu państwa sfinansuje się budowę szkoły, to ona oznacza, że ludzie zarabiają, akcyza rośnie, zwłaszcza jeśli się uroczyście odbywa otwieranie inwestycji. I często oszczędności na takich inwestycjach przekształcają się w zmniejszenie się wpływów do budżetu z tytułu podatku dochodowego, od wynagrodzeń, itd., dlatego ta walka o to zrównoważenie budżetu jest bardzo trudna i nie może, to być zrównoważenie za wszelką cenę. Odnoszę wrażenie, że niedokładnie jest prowadzony rachunek następstw niezrównoważenia budżetu. Tutaj ta sprawa jest bardzo trudna, bo większość wydatków budżetowych to wydatki sztywne i nie mają charakteru prorozwojowego. W tym wypadku ministerstwo finansów ma ograniczone pole manewru. Niestety, cięcia budżetowe, które są dokonywane, przypominają mi dowcip z okresu gospodarki planowej. Z Komisji Planowania przy Placu Trzech Krzyży ucieka zajączek, nie zważając na czerwone światła pędzi przez ulicę. Zatrzymuje go milicjant i mówi: Zajączku płacisz mandat, bo naruszasz przepisy. Gdzie ci się tak spieszy? Uciekam z Komisji Panowania, bo tam ucinają trzecie ucho - mówi zajączek. Ale ty masz tylko dwa ucha?! Tak, ale oni najpierw ucinają, a potem liczą. Ten dowcip poza anturażem wciąż jest aktualny.
Czy w związku z kryzysem i wszystkimi komplikacjami, jakie przyniósł (deficyt, inflacja, bezrobocie), Polska ma szansę przyjąć euro do 2012 roku? Chyba dobrze by było, gdyby w czasie trwania MŚ w piłce nożnej, wszyscy płacili w euro?
Charakterystyczne jest, że kiedyś w NBP robił badania, kto jest za euro, a kto przeciw i wyszło na to, że wprowadzenia euro nie chcą ... banki. Dlaczego? Otóż po wprowadzeniu wspólnej waluty, banki straciłyby źródło dochodów. Dzisiaj wyjeżdżając za granicę, musimy wymieniać jednostki pieniężne, płacimy za to i tracimy czas. W podobnej sytuacji są przedsiębiorstwa, które handlują z UE. Wprowadzenie euro doprowadziłoby do obniżenia tych kosztów albo całkowitego ich wyeliminowania. A połączenie euro monetarnego z Euro sportowym byłoby wspaniała sprawą. Niestety moim zdaniem ta perspektywa podwójnego euro się oddala. Strefa euro wymaga spełnienia kryteriów z Maastricht. A Polska z taka dziurą budżetową jak obecnie nie ma szans na szybkie przyjęcie europejskiej waluty.
Czy warto rozważać przyjęcie euro skoro nasz gospodarka opiera się wyłącznie na eksporcie?
Polska nie jest krajem autarkicznym, czyli samowystarczalnym, i musi też wiele rzeczy importować. Właśnie te relacje między importem a eksportem pokazują, że jeśli waluta się osłabia to bardzo źle albo bardzo dobrze. W pierwszym przypadku, owszem, zyskują eksporterzy, ale tracą importerzy, bo za każdy importowany towar muszą zapłacić więcej. Sytuacja dodatkowo się komplikuje, gdy firma musi sprowadzić towar z zagranicy, żeby w kraju coś z niego wyprodukować, a potem znów wysłać za granicę.
Chodzi mi o to, że więcej korzystamy na tym, co sprzedajemy za granicę.
To również nie do końca prawda. Warto przywołać w tym miejscu przykład hut z Krosna, które eksportowały szkło w ubiegłym roku, gdy złoty był mocny. Doprowadziło to do ogromnych trudności finansowych w tym przedsiębiorstwie. Został złożony wniosek o upadłość. Ale od kilku miesięcy, gdy wystąpił trend osłabienia złotego, sytuacja tej spółki bardzo się poprawiła. Dlaczego? Bo przy produkcji szkła bazuje na krajowych surowcach i nie ma amortyzatora w formie tańszego eksportu. Natomiast we wszystkich tych przedsiębiorstwach, które eksportują, ale i importują surowce, to ten rachunek opłacalności wygląda różnie w zależności od tego, jakie są proporcje między eksportem a importem, a także od tego, i jaki jest kurs walutowy. Krótko mówiąc, wymaga to sporządzenia bardzo dokładnego rachunku korzyści i niekorzyści. I dlatego wszelkie uogólnienia, że coś jest czarne albo białe, mogą być mylące.
Czat był organizowany wspólnie z "Gazetą Bankową".
Tylko sześć banków wprowadziło do oferty rachunki powiernicze, na które docelowo powinny trafiać wpłaty pochodzące od osób kupujących mieszkania od dewelopera. Prawdziwym problemem może okazać się otwarcie rachunku z gwarancją. Banki albo czekają na moment, kiedy deweloperzy nie będą już mogli uniknąć posiadania rachunków, albo uznały ten produkt za mało atrakcyjny.