Sonda

Jak oceniasz jakość i smak polskiego pieczywa?






Treść czata

Elżbieta Mączyńska | 25.05.2009 | 17:31

Elżbieta Mączyńska

prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Czy kryzys mam już za sobą?

Czat z prof. Elżbietą Mączyńska, prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Chciałabym zapytać, kiedy można się spodziewać końca kryzysu, lub chociażby lekkiego polepszenia sytuacji w gospodarce. A może uważa Pani, że nastąpi dalsze pogorszenie?
Dzisiaj media doniosły, że na Litwie wprowadzono zakaz używania słowa "kryzys". Wnioskowane są nawet kary za jego używanie. Dlaczego? Dlatego, że Litwa uznała, że takie nieustanne mówienie o kryzysie ma cechy samospełniającej się przepowiedni. Podobnie jest z prognozami: czarne pełnią funkcję wczesnego ostrzegania, ale z drugiej strony łączą się z mechanizmem samorealizacji i dlatego odpowiedź na tak postawione pytanie jest bardzo trudna. Zbyt pochopna ocena może być szkodliwa, zwłaszcza jeśli jest negatywna. Jeżeli pytanie dotyczy Polski, to Polska ma dużo szczęścia. Ta fala kryzysowa dociera do nas z opóźnieniem i możemy na te negatywne tendencje się przygotować. Czy wychodzimy z kryzysu? Niemcy mają takie określenia jak "janein", czyli "i tak, i nie";. Pocieszam się, że czarne prognozy Komisji Europejskiej, która wieszczy nam recesję, mają marne szanse, by się spełnić. Diagnozy Komisji Europejskiej zawsze są przestrzelone przynajmniej o połowę. Inna sprawa, że wiele będzie zależeć od działań rządu. Według mnie nie będzie tak źle, jak w innych krajach. Dane statystyczne o produkcji przemysłowej mogą niepokoić, ale warto zwrócić uwagę, że tempo spadku nie pogłębia się gwałtownie, mamy raczej do czynienia ze stopniowym spowolnieniem.

Czy istnieje obawa załamania naszej gospodarki? Czy grożą nam hiperinflacja, blokady kont bądź inny kataklizm?
Nie, mamy gospodarkę stosunkowo silną. Oczywiście nie brakuje jej problemów i słabości, ale na pewno nie grozi nam kataklizm. Jego wieszczenie to straszenie Polaków. Bardzo mnie rozśmieszył w jednej gazecie obrazek, na którym była przedstawiona rodzina siedząca przy suto zastawionym stole. Pani domu wnosi w pięknej wazie zupę, a pan domu, wsłuchuje się w komentarze z telewizji, żeby wiedzieć, na czym polega kryzys. To jest rozpiętość między takim medialnym obrazem i odczuciem jednostkowym, chociaż oczywiście jest wiele rodzin, wiele grup społecznych bardzo kryzysem poszkodowanych. Dotyczy to zwłaszcza tych osób, które w wyniku zjawisk kryzysowych tracą pracę. Bezrobocie to największa zmora współczesnych czasów i niestety tego problemu nie udało się rozwiązać w prawie żadnym kraju. A nie ma większej straty w sensie gospodarczym i społecznym niż strata potencjału ludzkiego. Mamy najniższy w Europie wskaźnik zatrudnienia osób w wieku produkcyjnym; biorąc pod uwagę osoby, które pracują, i te, które mogłoby pracować, jesteśmy w ogonie Europy. Złośliwi mówią, że jeżeli sąsiad traci pracę to jest to spowolnienie, jeżeli ty tracisz pracę to jest to recesja. Ale jeżeli ekonomiści tracą prace to jest to depresja. Ale ekonomista, który dopuszcza do tego, by ludzie tracili pracę zasługuje na to, by sam ją stracić.

Czy może Pani wyjaśnić zrozumiałym językiem jak doszło do tego, że sytuacja stała tak dramatyczna?
Wiąże się z cyklicznością gospodarki, jej sinusoidalnym rozwojem. Najlepiej to wykazać, sięgając do kryzysu japońskiego, z którego tamtejsza gospodarka wychodziła aż 10 lat. Stąd określenie stracona dekada. Dlaczego mówimy o Japonii, a nie o USA? Bo moim zdaniem wiele błędów, które pojawiły się w Japonii powtórzyły się w USA w obecnym kryzysie.
Od 1987 roku w Japonii ceny na rynku nieruchomości rosły, mało komu przychodziło do głowy, że ceny gruntu, mieszkań mogą spadać. Ludzie widząc, że ceny nieruchomości rosną kupowali coraz więcej, czemu sprzyjała polityka banków, które nie sprawdzały zdolności kredytowej, bo uznawano, że skoro nieruchomości rosną i klient przestanie spłacać, to mu się zabierze tą nieruchomość i jeszcze na tym zyska. Nastąpiło ożywienie na giełdzie, ceny akcji podwajały się w ciągu roku swoją wartość, bo brano kredyty na ich zakup, zabezpieczeniem były... nieruchomości. Były to tzw. transakcje lewarowane, inwestorzy wspomagali kredyt na zakup akcji zadłużonymi nieruchomościami. Doszło do rozgrzania gospodarki, czemu sprzyjały niskie ceny kredytu. Panowało przekonanie, że tak będzie zawsze. W pewnym okresie rząd przestraszył się. Nakazał bankom centralnym podnieść stopy procentowe i wprowadzono ograniczenia w udzielaniu kredytów na nieruchomości. Podniesienie stóp procentowych oznaczało, że ci, którzy zaciągnęli kredyt nie byli w stanie ich spłacić, zaczęto im więc odbierać domy i mieszkania. Trend się odwrócił. Ceny zaczęły spadać, doprowadziło to do ogólnej deflacji, gospodarka zaczęła przysypiać, pojawiły się efekty odwrotne od mnożnikowych. Popyt drastycznie zmalał, pojawiło się bezrobocie.
Rząd japoński próbował walczyć z deflacją, wpompował w gospodarkę mnóstwo pieniędzy ratując banki i obniżając stopy procentowe, by zachęcić do kupowania nieruchomości, ale już nie odwrócił tego trendu. Obecna sytuacja w USA miała swoje podłoże w podobnych zachowaniach banków. Tam również nie sprawdzano, czy klienci będą w stanie spłacić pożyczki. Boję się, że ta gospodarcza martwica może potrwać. Co prawda, ogłaszano już, że ona mija, ale dane tego nie potwierdzają. Warto powiedzieć o jeszcze jednym czynniku wychodzenia z kryzysu - starzeniu się społeczeństwa. Jaki wpływ ma stare społeczeństwo na kryzys? Najwięcej kupujących jest w wieku trzydziestu, trzydziestukilku, o wiele mniej w tej grupie jest sprzedających, po sześćdziesiątce krzywa sprzedających szybuje do góry, a liczba kupujących gwałtownie spada. Im starsze społeczeństwa, tym większa podaż, a mniejszy popyt.
Przychylam się do opinii, która powołując się na szkołę austriacką, głosi, że sprawcami tego typu kryzysów są banki centralne i ich polityka.

Polecane: Pogoda | Wyznaczanie trasy | BMI | Tarot | Program tv | Plotki | Moje IP | Wiadomości | Sport | Top News
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska