Mieszany oszukany. Tak naciągają Polaków na kebabach
Kontrole IJHARS pokazują, że w wielu kebabowniach to, co napisano w menu, niewiele ma wspólnego z tym, co trafia w ręce klienta. Brak deklarowanych mięs, fałszywe nazwy, błędne składy i porcje "na oko" to powszechny problem. Rykoszetem uderza także w uczciwe lokale.
Coraz więcej kebabowni określa się mianem kraftowych. Podkreślają one jakość swoich dań w kontrze do tańszych i gorszej jakości kebabów, których nie brakuje w polskich miastach.
Kebab to potrawa pochodząca z krajów arabskich, która początkowo oznaczała mięso nadziewane na szpikulce i opiekane nad ogniem. Dzisiejsza forma kebaba, przygotowywana na pionowym rożnie, wywodzi się z XIX-wiecznej Anatolii, a pierwszy lokal serwujący go w bułce powstał w 1945 r. w Stambule. Na Zachodzie danie spopularyzowali tureccy imigranci w latach 60. i 70. W Polsce kebab podaje się najczęściej w bułce lub tortilli, z różnymi rodzajami mięsa i sosami, choć nie jest to wariant zgodny z turecką tradycją. W samej Turcji funkcjonują liczne odmiany tego dania, m.in. shish, adana i patlican kebab.
Co jedzą Polacy pod nazwą kebab?
O "stan polskich kebabów" zapytaliśmy specjalistów w temacie jakości i bezpieczeństwa żywności - Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.
IJHARS przeprowadziła w ubiegłym roku ogólnopolskie kontrole dań oferowanych jako kebab. Wyniki przesłane WP Finanse są jednoznaczne - 64,1 proc. partii zakwestionowano pod względem parametrów, a aż 90,9 proc. pod kątem oznakowania. To nie są pojedyncze przypadki, ale zjawisko na poziomie całego rynku.
Kolejka do kebaba w Warszawie. Oto "efekt Książula"
Mięso z menu a mięso w środku
Najpoważniejsze nieprawidłowości dotyczyły deklarowanego gatunku mięsa. Inspekcja wskazuje, że lokale potrafią opisywać kebab jako "wołowy" czy "barani", podczas gdy w środku znajdują się inne gatunki zwierząt - często drób lub mięso niedeklarowane w ogóle. Zdarzały się też porcje, w których całkowicie brakowało gatunku wskazanego w nazwie.
Odnosząc się do kwestii wskazywania pochodzenia surowca mięsnego użytego do produkcji kebaba, to przepisy prawne nie nakładają takiego obowiązku. Zatem w lokalu gastronomicznym nie musi być podany kraj/miejsce pochodzenia mięsa wykorzystywanego do przygotowania potrawy - podkreśla dr Tomasz Białas z IJHARS.
Laboratoria potwierdziły, że nieprawidłowości są częste, choć - co ważne - żadna partia nie została zakwestionowana organoleptycznie, czyli pod kątem smaku i zapachu.
"Nazwa musi mówić prawdę"
Dr Tomasz Białas z IJHARS przypomina, że zgodnie z przepisami nazwa środka spożywczego musi pozwolić konsumentowi poznać rzeczywisty charakter dania. Fantazyjne nazwy typu "frito kebab", które nie pozwalają ustalić rodzaju mięsa, są niedopuszczalne.
Restauracja musi podać pełny wykaz składników, w tym alergeny i składniki złożone, w miejscu dostępnym bezpośrednio dla klienta. Jeżeli lokal użyje w nazwie określenia "wołowy", mięso wołowe musi być głównym składnikiem - użycie samego tłuszczu wołowego nie daje prawa do stosowania takiej nazwy.
Nieuczciwi psują rynek
Na problem zwraca uwagę także branża gastronomiczna, a w szczególności kebabownie oferujące droższe i bardziej zróżnicowane kebaby.
Takie praktyki nieuczciwych przedsiębiorców psują wizerunek całego rynku i wpływają negatywnie na postrzeganie uczciwych biznesów - podkreśla Łukasz B. Błażejewski, zarządzający siecią Carat Kebab.
Jak twierdzi, w jego lokalach pieczywo, mięsa i sosy powstają na miejscu według autorskich receptur, a w menu są także niestandardowe propozycje, jak kebab z mango czy z orzechowym dressingiem.
Fałszywe sosy, pieczywo z hurtowni i porcje "na oko"
Łukasz B. Błażejewski podkreśla, że manipulacje dotyczą nie tylko mięsa. Powszechnym problemem są sosy, które w wielu lokalach przedstawiane są jako przygotowywane według autorskich przepisów. W praktyce często okazuje się, że zamiast świeżych, własnych mieszanek używane są gotowe produkty z hurtowni.
Klienci mogą mieć wrażenie, że dostają sos zrobiony na miejscu, podczas gdy faktycznie jest to wyrób przemysłowy jedynie lekko zmieniony lub podgrzany.
Zastrzeżenia branży dotyczą także pieczywa. W części lokali określenie "własny wypiek" bywa jedynie hasłem marketingowym, ponieważ w rzeczywistości podawane są pity lub bułki kupione w hurtowni i jedynie podgrzane na miejscu.
Choć reklama sugeruje wypiek od podstaw, często nic nie powstaje w lokalu, a pieczywo pochodzi od zewnętrznych producentów. Tego typu praktyki mogą wprowadzać klientów w błąd co do sposobu przygotowania i jakości produktu.
Michał Krawiel, dziennikarz WP Finanse i money.pl