Polacy utknęli w drodze z Tajlandii. Koczują. "Loty odwołane"
Wylecieliśmy o czasie i po godzinie dostaliśmy informację, że wracamy z powodów operacyjnych - relacjonuje WP Finanse pan Jakub. Na lotniskach w Bangkoku i w Dosze utknęły setki turystów, m.in. z Polski. To efekt konfliktu między Iranem a Izraelem, który doprowadził do zamknięcia portów lotniczych na Bliskim Wschodzie. A te są kluczowym punktem przesiadkowym dla podróżnych z Europy, udających się do Azji.
- Jest tu bardzo dużo personelu. Rozdawali wodę, kocę i vouchery na jednorazowy posiłek - słyszmy od pana Jakuba, który w sobotę próbował opuścić Tajlandię. Udało mu się dotrzeć do Dochy, stolicy Kataru. Kolejne połączenie w kierunku Polski zostało już zawrócone.
Jak relacjonuje nasz rozmówca, dostał on propozycję noclegu w hotelu, ale na miejsce trzeba było czekać w wielogodzinnych kolejkach. - W końcu w nocy zabrakło miejsc - dodaje. Sytuacja poprawiła się dopiero nad ranem. W tym czasie obsługa lotniskowa udzielała informacji podróżnym. - Często sprzecznych ze sobą, szczególnie na początku ataku - zauważa z przekąsem pan Jakub.
Nie ma planów alternatywnego powrotu do kraju. Czekają na otwarcie przestrzeni powietrznej - informuje nasz rozmówca.
Wielki powrót polskiej marki. Prezes ujawnia, co go uratowało
Konflikt paraliżuje ruch lotniczy
Do ataku rakietowego Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran doszło w sobotę rano. Reżim ajatollahów odpowiedział własną salwą skierowaną w stronę obu agresorów.
Izrael podjął decyzję o zamknięciu przestrzeni powietrznej dla lotów cywilnych. Ministerstwo Transportu w oświadczeniu poprosiło podróżnych o nieprzyjeżdżanie na lotniska. Operacje z Tel Awiwu zawiesiły m.in. PLL LOT. Swoje niebo zamknęły także Jordania, Kuwejt, ZEA, Irak, Iran, Bahrajn i Jordania.
Dla polskich turystów szczególnie uciążliwy okazał się zakaz lotów z Dubaju. W nocy z soboty na niedziele na forach internetowych pojawiły się wpisy osób, próbujących przyspieszyć powrót do Polski. Internauci radzili, by zamówić taksówkę i udać się nią na granicę z Omanem i dopiero z tego kraju starać się złapać lot w kierunku Europy.
Bloomberg określił, że skala tych zakłóceń jest "niespotykana od dziesięcioleci". Utrudnienia dotknęły jednak nie tylko podróżnych przebywających na Bliskim Wschodzie. Region ten jest punktem przesiadkowym dla osób podróżujących do Azji. Szybko okazało się więc, że konflikt dotknął także turystów, którzy wyjechali do Tajlandii.
"Wszystkie loty odwołane"
Właśnie wróciłem z lotniska. Wszystkie loty są odwołane - mówi nam o sytuacji w porcie lotniczym w Bangkoku Paweł โคมานัม, właściciel biura AsiaTrip.pl.
Dodaje, że rozmawiał już z około 250 osobami, ale z godziny na godzinę odzywa się do niego coraz więcej pasażerów. - Jesteśmy w stałym kontakcie z naszymi klientami i aktywnie pomagamy w organizowaniu alternatywnych połączeń oraz innych rozwiązań umożliwiających powrót do kraju - deklaruje.
Przedsiębiorca pokazuje nam wiadomości, które otrzymał od zestresowanych podróżnych. W jednej z nich nadawca przyznaje, że ma nocleg zorganizowany przez Air Arabia, ale poza tym nie otrzymał żadnych dalszych informacji.
Pan Jakub: Jak się czujemy? Fatalnie. Koczujemy na lotnisku w Doha. Niebo zamknięte. Nie wiadomo co dalej.
Paweł โคมานัม zauważył, że część osób wciąż koczuje na lotnisku w Tajlandii, mając nadzieję, że sytuacja niespodziewanie się zmieni. - Linie lotnicze nie są w stanie udzielić informacji, kiedy to się zakończy. Część ludzi dostała już hotele - podkreśla.
- To jest problem całej Europy, na lotnisku są też Niemcy, Szwedzi, obywatele Wielkiej Brytanii. Zgłosiło się do mnie też kilka osób które przyleciały ze Stanów Zjednoczonych i przebywają na Phuket - słyszymy.
Właściciel AsiaTrip.pl przyznaje, że w obecnej, dynamicznej sytuacji trudno o gotowe rozwiązania. - Polecam rejestrować się w systemie Odyseusz (portal Ministerstwa Spraw Zagranicznych - przyp. red.). To sposób, by dać znać polskiemu konsulatowi, gdzie jesteście - tłumaczy przedsiębiorca.
Adam Sieńko, dziennikarz WP Finanse i money.pl