Z symulacji MF wynika, że kapitał każdego uczestnika OFE powiększy się. Po 35 latach oszczędzania kobieta będzie miała na swoim koncie więcej o 4360 zł, a uczestnik systemu emerytalnego – po 40 latach – 5831 zł (przy 5-proc. stopie zwrotu). Czy są to rzeczywiste obietnice? Jak pan, jako jeden z twórców reformy emerytalnej, zapatruje się na takie zmiany w systemie emerytalnym po 10 latach jego funkcjonowania?
To gruszki na wierzbie. Zabranie środków FRD ośmiesza te kalkulacje. A poza tym walka z kosztami OFE nie może oznaczać zabrania przez budżet z kont Polaków pieniędzy, od których towarzystwa emerytalne pobierają prowizje. Warto tu jednak dodać jeszcze dwa argumenty. Na wysokość przyszłych emerytur mają zdecydowanie większy wpływ stopy zwrotu niż opłaty (co nie znaczy, że i te ostatnie mają, ale niewielki). Dlatego analiza wrażliwości przedstawianych szacunków pokazuje, że są one niewiarygodne. To w gruncie rzeczy populizm. A na dodatek koszty funkcjonowania ZUS są bardzo podobne do kosztów funkcjonowania OFE (po ostatniej obniżce). Dla ZUS (po odpowiednim przeliczeniu) to 2,44 proc., dla OFE to 3,5 proc. minus 0,8 proc. opłaty dla ZUS oraz 0,3 proc. szacunkowy koszt nadzoru, utrzymania rezerw, etc. W sumie faktyczny koszt obsługi przez PTE to około 2,4 proc. wartości strumienia
składek. W przypadku funduszy emerytalnych jest jeszcze opłata za zarządzanie, ale po ostatniej obniżce nie wpływa ona istotnie na przedstawiony rachunek, a ponadto ZUS nie zarządza jakimikolwiek aktywami, trudno więc mówić o opłacie. Notabene w ten sam sposób policzone koszty KRUS to 2,8 proc. A na koniec argument główny, obie części powszechnego systemu mają się wspierać, a nie konkurować ze sobą. Długookresowo obie dadzą podobne wyniki i nie warto na bieżąco się kłócić, która część jest lepsza. Wszak system emerytalny jest przedsięwzięciem długookresowym.