Chiny o swoje prawa i pozycję toczą walkę nie tylko w Afryce. Rząd w Pekinie od dawna zabiega o uznanie chińskiej gospodarki przez społeczność międzynarodową, w tym przede wszystkim przez Unię Europejską, za wolnorynkową. Jak na razie bez skutku, bo przeciwko przemawiają zarówno względy polityczne, jak i ekonomiczne. Taka decyzja postawiłaby rynki krajów członkowskich w trudnej sytuacji konkurencji rynkowej. Rząd chiński, jak na razie, nie robi z tego wielkiego problemu, ale przy każdej okazji spotkań na szczeblu głów państw lub szefów rządów podnosi ten problem. Nie przejmują się tym też zbytnio firmy z Państwa Środka. One indywidualnie poszukują dróg wejścia na rynek europejski i je znajdują, i to nie gdzie indziej, jak w prawie europejskim. Coraz więcej chińskich przedsiębiorstw zabiega o nadanie im statusu producenta gospodarki rynkowej, który jest elementem składowym państwa o gospodarce rynkowej (Market Economy Status – MES). Starają się wykazać europejskim urzędnikom, że ich produkcja oraz sprzedaż
towarów opiera się na wolnorynkowych zasadach, zaś ich decyzje dotyczące cen, kosztów i nakładów są skutkiem mechanizmów rynkowych, odzwierciedlających podaż i popyt, oraz że w te procesy nie ma ingerencji państwa, a nawet jeśli ona jest, to nie ma charakteru poważnego. Uzyskanie statusu MES ma dla chińskich firm niebagatelne znaczenie, bo dzięki niemu otwierają się przed nimi rynki wszystkich państw członkowskich Unii. Choć otrzymanie tego statusu nie jest proste, to nie rezygnują. W przypadku odmowy nie poddają się. Wyczerpują wszystkie dostępne im środki administracyjne, a gdy i te nie przyniosą skutku, to występują na drogę sądową. Chińczycy doskonale wiedzą, że czyjeś nieszczęście jest moim szczęściem, a kryzys to doskonały czas na robienie zakupów, zwłaszcza tego, czego nie mogli kupić w czasie spokoju gospodarczego, czyli technologii. Już wcześniej nabyli Rovera, IBM, a teraz amerykański symbol – Hummera. Następne w kolejności jest Volvo i być może inne marki z pakietu GM. Chińskie przedsiębiorstwa,
banki i instytucje finansowe kupują udziały w firmach, które jeszcze mają dobrą sytuację na rynku. I bynajmniej nie chodzi o sam czysty zysk z zainwestowanego kapitału, ale o przyszłość, a ściślej o właściwą w niej pozycję. Kupują i inwestują we wszystko to, co daje technologię i nowoczesne systemy zarządzania, bo tego im teraz najbardziej potrzeba do dalszego rozwoju.