Nabici w wolną Wigilię. Kasjerzy jadą na oparach [OPINIA]
Nie ma chyba grupy zawodowej, która ma prawo bardziej czuć się poszkodowana po wprowadzeniu wolnej Wigilii, niż sprzedawcy. W ich wypadku dodatkowy dzień wolny na odpoczynek okazał się w praktyce fikcją. Zamiast usiąść wypoczętym przy świątecznym stole, pracownicy handlu będą w trakcie świąt zmęczeni jak nigdy - pisze Adam Sieńko, dziennikarz WP Finanse i money.pl.
Gdy rok temu resort pracy z dumą ogłosił, że w 2025 r. Polacy dostaną dodatkowy dzień wolny, by przygotować się w spokoju do świąt, kasjerzy mogli skakać z radości. Listopad i grudzień to okres w handlu, który jest szczególnie przeładowany obowiązkami. Jak pisaliśmy w WP Finanse, wiele sieci handlowych wręcz zabrania pracownikom brać urlop wypoczynkowy w tym czasie.
Czy karp śmierdzi mułem? Pojechaliśmy do hodowli ryb, by to sprawdzić
Związkowcy alarmowali, że przez duże obłożenie pracą w Wigilię pracownicy zasypiają przy świątecznym stole. Dodatkowy dzień wolny miał sprawić, że tego dnia będą bardziej wypoczęci i pełni sił do spędzania czasu z rodziną. Za takim pomysłem byli wszyscy pracownicy handlu. Z wyjątkiem Ryszarda Petru. Złośliwi twierdzą, że to dlatego, że poseł Polski 2050 w sklepie w ramach happeningu spędził wyłącznie jeden dzień. I to głównie udzielając wywiadów licznie odwiedzającym go dziennikarzom.
"Odpracowywanie" Wigilii
Wraz z wolną Wigilią przegłosowano jednak jeszcze jedną zmianę. Mniej korzystną dla kasjerów. W zamian za dodatkowy dzień wolny od pracy, sieci handlowe dostały w grudniu trzecią niedzielę handlową. Już wtedy pracownicy sklepów zauważali, że jako jedyni w Polsce będą musieli swój wolny dzień "odpracować". Nie spodziewali się jednak zapewne, że to dopiero początek kłopotów.
W teorii żaden z kasjerów nie powinien spędzać w pracy wszystkich grudniowych niedziel handlowych. W praktyce, jak czytamy na grupach internetowych poświęconych pracy w zawodzie sprzedawcy, część kasjerów owszem, jedną z niedziel handlowych miała wolną, ale... po zarwaniu nocy w pracy. Jak to możliwe? Pracownicy sieci handlowych meldują, że zdarzało im się kończyć pracę o 1.00 lub 2.00 w nocy z soboty na niedzielę.
W ostatnich dniach przed świętami takie późne godziny powrotów do domu stały się zresztą normą. Lidl i Biedronka dumnie ogłosiły, że wychodzą naprzeciw potrzebom klientów, wydłużając godziny otwarcia swoich placówek. Przed świętami w ponad trzech tysiącach sklepów sieci Biedronka zakupy można było robić od 6.00 do 1.00 bądź między 5.00 a 23.30.
Swoją drogą, jeżeli znalazły się w Polsce dyskonty, w których klienci naprawdę tłumnie robili zakupy koło północy, to znaczy, że obchodzenie świąt wymaga od nas coraz większego heroizmu. Zarywanie nocy w celach służbowych było dotychczas domeną pracowników korporacji w warszawskim "Mordorze", służb oczyszczania miasta i kierowców nocnych autobusów. Teraz do listy możemy dopisać gospodynie domowe (tudzież gospodarzy) polujące na płaty z karpia.
Kasjerzy odpowiedzieli na to z przekąsem, że szkoda, iż pracodawca choć raz nie wyszedł naprzeciw ich potrzebom i nie pomyślał, w jaki sposób mają wrócić do rodzin w środku nocy. Problem okazał się szczególnie palący w mniejszych miejscowościach, w których o tej porze trudno liczyć na jakąkolwiek komunikację publiczną.
Kasjerzy wolą pracującą Wigilię?
Resort pracy chciał pomóc pracownikom handlu, ale dobry zamysł spalił na panewce. Sieci handlowe szybko zorientowały się, że wolna Wigilia nie zaboli ich finansowo, jeżeli dołożą pracy kasjerom w poprzedzających święta tygodniach. Zamiast odpoczynku, sprzedawcy dostali kilkutygodniowy maraton, w dodatku kończący się szybkim finiszem. A po takich biegach, jak wiadomo, jedyne na co człowiek ma ochotę, to wizyta w łóżku. I tyle ze świątecznej atmosfery.
Najlepszym podsumowaniem wolnej Wigilii w handlu niech będzie zresztą wpis jednej z kasjerek w mediach społecznościowych. "Pracuję w handlu i osobiście wolałam wyjść o tej 14.00 w Wigilię z pracy, niż teraz pracować w tę niedzielę do tak późnych godzin - czytamy.
Adam Sieńko, dziennikarz WP Finanse i money.pl