Rok spadających walut krajów posiadających ropę, dodruku pustego pieniądza i polityki

To był ciekawy rok. Dobrze, że nie za bardzo "ciekawy" dla złotówki. Poza konfliktem rosyjsko-ukraińskim i referendum w Szwajcarii związek złotego z euro nie podlegał większym wahaniom. Za to poza Polską działo się już bardzo dużo. Wiodącą rolę odgrywały banki centralne, politycy i surowce.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Rok spadających walut krajów posiadających ropę, dodruku pustego pieniądza i polityki
(Thinkstockphotos)

To był ciekawy rok. Dobrze, że nie za bardzo "ciekawy" dla złotówki. Poza konfliktem rosyjsko-ukraińskim i referendum w Szwajcarii związek złotego z euro nie podlegał większym wahaniom aż do ostatnich dni grudnia. Za to poza Polską działo się już bardzo dużo. Wiodącą rolę odgrywały banki centralne, politycy i surowce.

W 2014 r. kurs złotego do euro (kurs średni NBP) spadł o 3,4 proc., a na przestrzeni roku wahał się w zakresie tylko 5,0 proc., a największa zmienność dotyczyła właściwie samej końcówki roku. Największy spadek nasza waluta odnotowała właśnie w grudniu, osiągając poziom 4,3060, co tłumaczone jest jako konsekwencja powiązania przez tzw. rynki naszej waluty z Rosją i z jej lecącym na łeb na szyję rublem. Złoty pobił tym samym negatywny szczyt z lutego - 4,2375 - kiedy mieliśmy apogeum rozruchów na kijowskim Majdanie i kiedy pojawiły się pierwsze pogłoski o możliwości podporządkowania Krymu Rosji. Najlepszy kurs - 4,0998 względem euro - nasza waluta osiągnęła na początku czerwca, kiedy oczekiwano deklaracji uruchomienia luzowania ilościowego przez Europejski Bank Centralny - czytaj: to nie złoty się umacniał, ale euro osłabiało.

Jak wskazuje główny analityk internetowykantor.pl, Maciej Przygórzewski: - Złoty nie zmienił znacząco swojej wartości względem euro, ale wynikało to raczej ze słabości europejskiej waluty. Złotówka osłabiła się za to wyraźnie względem zarówno dolara, jak i funta, odpowiednio o około 16 proc. i 9 proc. Z punktu widzenia naszego pieniądza tematem numer 1 jest rosyjska interwencja na Ukrainie. Za tym wydarzeniem poszło spowolnienie w gospodarce, obniżanie stóp procentowych oraz deflacja.

Dla złotówki oraz dla dziesiątków tysięcy polskich kredytobiorców bardzo wrażliwymi miesiącami okazały się październik i listopad.

Na początku października Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe bardziej niż oczekiwano, z 2,50 proc. do 2,00 proc. Już tydzień później za euro trzeba było płacić 1,1 proc. więcej. Pod koniec miesiąca ogłoszono termin referendum w sprawie zwiększenia poziomu rezerw złota Szwajcarii. Pojawiła się nawet, powtarzana przez wszystkie media, pesymistyczna prognoza 4 zł, które trzeba by płacić za franka, gdyby referendum miało wynik pozytywny.

Okazało się, że kampania informacyjna Narodowego Banku Szwajcarii odmieniła początkowe sondaże i Helweci nie przegłosowali zmian. Wiele polskich rodzin odetchnęło z ulgą. Pod koniec grudnia SNB zrobił nawet Polakom prezent, tnąc stopę procentową depozytów poniżej zera i zarazem osłabiając franka względem euro.

Ropa ciągnie za sobą waluty

O wiele ciekawsze rzeczy dzieją się jednak poza Polską. Dołują waluty państw, których gospodarka opiera się na wydobyciu ropy naftowej. Jak mówi Marcin Lipka, analityk cinkciarz.pl: - Przecena ropy naftowej o ponad 40 proc. powoduje prawdziwe przetasowania na arenie międzynarodowej. Państwa, które były przez lata beneficjentami wysokich cen "czarnego złota", stają się obecnie ofiarami zbyt dużego udziału surowców energetycznych w gospodarce.

Według Marka Rogalskiego, głównego analityka walutowego DM BOŚ, największe rozczarowanie roku to korona norweska. - Przyczyną jest spadek cen ropy, czyli największa niespodzianka rynkowa, a straciły na tym najwięcej właśnie Norwegia oraz Rosja.

- Mimo, że Norwegia to jeden z najbogatszych krajów świata, z funduszem zabezpieczenia społecznego o wartości prawie 1 biliona dolarów, to korona spadła w stosunku do dolara w tym roku o prawie 20 proc. - wskazuje Marcin Lipka z cinkciarz.pl.

Rubel na dnie

Spadek cen ropy dotknął jednak najmocniej Rosję. Rubel, tak jak ropa, stracił w ciągu roku ponad 40 proc.

- Dla Rosji poza ropą miały znaczenie oczywiście sprawy polityczne. Zaczęło się dobrze od olimpiady. Ale Soczi, Soczi, a potem nagle... Krym - komentuje Marek Rogalski z DM BOŚ. - No i teraz mamy spadający rubel i brak perspektyw na odwrócenie trendu. Dramatyczne działania banku centralnego Rosji, który wyraźnie podwyższył stopy procentowe, pozostają bez echa. Nie ma nastrojów do wzrostu, bo straszą takie rzeczy jak możliwość przejęcia przez państwo majątków firm zagranicznych, czy retoryka Putina, typu "Zachód naszym wrogiem". I kapitał ucieka. Kreml będzie zmuszony do dewaluacji rubla. Kursu przestali bronić już kilka tygodni temu. Pod koniec 2013 r. mieli jeszcze plan uwolnienia notowań rubla, teraz wszystko idzie w stronę odwrotną, kursu sztywnego. Obecny poziom to 72 ruble za dolara i 91 za euro - a w styczniu podczas olimpiady w Soczi było jeszcze 33 ruble za dolara i 43 za euro!

- Nie ma powodów, by trendy na walutach surowcowych uległy odwróceniu - twierdzi Marcin Lipka z cinkciarz.pl. - Przynajmniej przez najbliższe kwartały spodziewana jest nadprodukcja ropy. Warto zauważyć, że wiele krajów powinno być jednak beneficjentami tańszej ropy - dodaje. - Dotyczy to tych państw, które są importerami netto tego surowca. Znaczne korzyści osiągnie na tym Europa, Chiny czy Japonia. Co ciekawe, jednym z większych wygranych powinna być Polska. Udział importu w ropy w krajowym PKB to prawie 4 proc. Jeżeli obecne ceny się utrzymają i nie zobaczymy osłabienia złotego w stosunku do dolara, to oszczędności mogą wynieść aż 20 miliardów złotych. Biorąc pod uwagę szacunki Międzynarodowego Funduszu Walutowego dotyczące niższych cen "czarnego złota" i ich wpływu na wzrost gospodarczy, niewykluczone, że tańsza ropa pozwoli przyśpieszyć naszą gospodarkę aż o 1 punkt procentowy w 2015 roku. Wcześniejsze szacunki zagranicznych ekonomistów wskazywały na wzrost w granicach 3 proc., czyli dzięki
tańszej ropie Polska może nawet powrócić na ścieżkę czteroprocentowego wzrostu.

2014 rokiem dolara

- Dolar sprawdził się w prognozach - uważa Marek Rogalski z DM BOŚ. - Miał co prawda zyskiwać już od zimy, ale ta była akurat ostra w USA, co wywołało przejściowe problemy gospodarcze i kurs ruszył dopiero od lipca. Można teraz powiedzieć, że 2014 to właściwie rok dolara, a rozpoczęty marsz w górę może potrwać kilka lat. Powrotu do QE (luzowanie ilościowe, de facto dodruk pieniądza - przyp. red.) nie ma, zostaje tylko oczekiwanie, co może FED zrobić w przyszłym roku. Termin pierwszej podwyżki stóp? Jesień przyszłego roku. Jak wskazują niektórzy eksperci, to właśnie likwidowanie dodruku pieniądza przez Fed jest głównym powodem spadku cen ropy. Drukowany dolar trafiał wcześniej w różne segmenty rynku finansowego, oprócz rynku akcji m.in. w spekulację ropą.

- W nadchodzących miesiącach powinniśmy obserwować kontynuację trendu wzrostu dolara, zwłaszcza w stosunku do walut krajów, których władze monetarne zamierzają łagodzić politykę pieniężną, czyli głównie euro oraz jena - twierdzi Marcin Lipka z cinkciarz.pl. - Wycena pary EUR/USD w 2015 roku spadnie prawdopodobnie poniżej granicy 1.20, a USD/JPY może nawet poszybować w okolice 130.

Europa słaba, jak... Japonia

- Rok 2014 wyróżniał się wzmożoną aktywnością banków centralnych - podkreśla Anna Wrzesińska z Noble Securities. - Ich wysiłki koncentrowały się przede wszystkim na wspieraniu gospodarki tanim pieniądzem. Na uwagę zasługują decyzje Europejskiego Banku Centralnego i Banku Japonii o dalszym luzowaniu polityki monetarnej. W czerwcu ECB obniżył główną stopę procentową i wprowadził ujemną stopę depozytową. Ponadto Mario Draghi uruchomił niskooprocentowane pożyczki TLTRO dla banków komercyjnych w celu pobudzenia akcji kredytowej oraz zapowiedział skup papierów zabezpieczonych aktywami (ABS) oraz kontynuacje skupu obligacji zabezpieczonych. W październiku BoJ podjął decyzję o dalszym zwiększaniu bazy monetarnej, tak by rosła ona o 80 bln JPY rocznie.

To odwrotnie niż Fed, który zdecydował się na zakończenie programu skupu aktywów i zmienił swoją retorykę na bardziej jastrzębią, sygnalizując rozpoczęcie procesu normalizacji polityki pieniężnej w przyszłym roku - dodaje Anna Wrzesińska.

- Ten rok pokazał, że EBC jest zmuszany do podejmowania zadań, których nie chce realizować - zauważa Marek Rogalski z DM BOŚ. - Obecnie mamy ujemną stopę od depozytów, stopę główną bliską zeru, działania takie jak skup ABS. Rynek oczekuje, że do marca Draghi ogłosi skup aktywów, podejmie szerokie działanie walki ze zbyt niską inflacją. Strefa euro zaczęła wchodzić w schemat japoński: lata stagnacji w gospodarce i deflacja. Druk pieniądza w Japonii pchnął w górę inflację (obecny cel 2,0 %), ale BOJ drukuje, a gospodarka... i tak kuleje.

Co się stanie jeśli jednak EBC nie zrobi QE z możliwością wykupu papierów rządowych, a nie tylko korporacyjnych? - zastanawia się Marek Rogalski. - Moim zdaniem byłby to duży wstrząs na rynkach. Obligacje Włoch, Hiszpanii zaczną być wyprzedawane, co się odbije też i na złotym.

- W dalszym ciągu kraje południa kontynentu mają poważne problemy - wskazuje Maciej Przygórzewski z internetowykantor.pl. - To już co prawda nie czasy, kiedy północ musiała się zrzucać, by je utrzymać, ale dalej wskaźniki makroekonomiczne pozostawiają wiele do życzenia. W rezultacie nie dziwi niemal dziesięcioprocentowy wzrost wartości dolara względem euro.

- Przyszły rok będzie bardzo ważny dla polityki w strefie euro - podkreśla Marek Rogalski z DM BOŚ. - Głównym problemem jest Grecja. Fiasko głosowań przy wyborze prezydenta oznacza wygraną lewicowej Syrizy we wcześniejszych wyborach parlamentarnych już w lutym. Tymczasem ta partia postuluje umorzenie części ogromnych, greckich długów. Niby chcą być w strefie euro, ale jednocześnie umorzenia długu - rynek będzie się bać, tego co może się stać.

Polub WP Finanse