Cezary Mech zwraca jednak uwagę, że sytuacja jest daleko gorsza. Tragedia zaczyna się od roku 2030, kiedy Polska stanie się najwolniej rozwijającym się krajem świata (wśród krajów badanych, rzecz jasna). Wzrost w tym czasie będzie na poziomie zaledwie 1%, przy statystyce opartej na cenach z 2005 roku. Znacznie od nas bogatsze kraje OECD będą się rozwijały w tempie o 70-80% szybszym (1,7-1,8%). Czy w takim wypadku można mówić o rozwoju? Silnie dotknięta demograficzną zapaścią Japonia (ubytek wzrostu w całym okresie o 0,5 pkt procentowego średniorocznie) ma się rozwijać szybciej, bo o 1,4% rocznie w latach 2030-2060. Szybciej się będzie rozwijać również Rosja, mimo że jej strata demograficzna będzie wyższa (o 0,1 pkt procentowego) od naszej. W efekcie udział populacji w wieku produkcyjnym w całości ma spaść w Polsce z 71,4% do 53,4%. Efektywny udział zasobów pracy w gospodarce będzie jeszcze mniejszy. W tym momencie trzeba przypomnieć nieoczywiste założenia tego modelu. Co się stanie z Polską, jeżeli Stany
Zjednoczone nie będą tak produktywne, jak zakłada model OECD? Co się stanie z naszym krajem, jeżeli procesy konwergencji nie będą tak podręcznikowe, jak chciałaby organizacja najbogatszych krajów świata. Już teraz wydaje się, że kapitał wcale nie wybiera Polski w tak jednoznaczny sposób, mimo niskich kosztów siły roboczej. W roku 2060 dystans Polski wobec USA, jeżeli chodzi o PKB na głowę, będzie taki jak Meksyku, RPA i Indonezji. Stare kraje UE będą poza naszym zasięgiem, sąsiedzi będą nieco lepiej się rozwijać, zaś nowe kraje będą nas mijać szybkim tempem. Jednym słowem, w tym rankingu też znajdujemy się na szarym końcu.