Spór w szpitalu we Wrocławiu. "Pracowałam po 220 godzin w miesiącu"
We wrocławskim Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym narasta konflikt dotyczący planowanego przekazania usług porządkowych firmie zewnętrznej. Salowe obawiają się gorszych warunków pracy i i utraty szpitalnych benefitów.
Jak podaje "Gazeta Wyborcza", decyzja dyrekcji, by sprzątanie, transport pacjentów i inne zadania pomocnicze powierzyć wykonawcy wyłonionemu w przetargu, wywołała sprzeciw pracowników. Dyrekcja zamierza przekazać firmie zewnętrznej niemal pięćset osób.
Student może używać AI? Wykładowca o zagrożeniach
Konflikt w USK we Wrocławiu
Jedną z osób szczególnie zaniepokojonych jest pani Mariola (imię zmienione), dziś salowa w USK. Wcześniej pracowała dla firmy Impel w Przylądku Nadziei. To Klinika Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej przy ul. Borowskiej we Wrocławiu.
Jednak była niezadowolona z tamtych warunków pracy, więc kilka lat temu przeniosła się do USK, licząc na stabilniejsze zatrudnienie. Teraz obawia się, że ponownie trafi pod skrzydła firmy outsourcingowej, ponieważ USK ogłosił przetarg na przekazanie usług porządkowych zewnętrznemu wykonawcy, a Impel nie wyklucza, że w nim wystartuje.
Jej wspomnienia z pracy dla firmy Impel są trudne. Jak relacjonowała w rozmowie z "Wyborczą", pracowała po 180–220 godzin miesięcznie, często bez dodatków za nadgodziny czy pracę w święta.
Początkowo była zatrudniona na umowę zlecenie, a gdy przeszła na etat, zakres obowiązków wzrósł. — Nie było żadnych niedziel płaconych, świąt i tak dalej. Jak się upomniałam o moje 100 nadgodzin, kierowniczka postanowiła, że dadzą mi premię 105 zł. Za 100 nadgodzin – mówiła.
Według pani Marioli w Przylądku miała więcej pracy, a wynagrodzenie było gorsze, niż teraz otrzymuje jako salowa w USK. – Żeby dostać taką wypłatę, jak tu dostaję na Borowskiej za 160 zwykłych przepracowanych godzin, tam musiałam zrobić około 200 do 220 godzin. Jeżeli chodzi o inne świadczenia, nie było nic. Dziwnym trafem też nie było 160 godzin miesięcznie, tylko tam zawsze było 180 – dodała.
"Wyborcza" zwróciła się do Grupy Impel z pytaniem, czy pracownicy w Przylądku Nadziei nadal pracują po 220 godzin miesięcznie bez dodatków. Rzeczniczka firmy, Katarzyna Marszałek, wyjaśniła, że obowiązuje tam równoważny system czasu pracy, a wszystkie rozliczenia odbywają się zgodnie z regulaminami.
"Mamy o co walczyć"
Pracownicy USK i tak boją się jednak przejść do pracy w firmie zewnętrznej.
– W szpitalu mamy płacone za nadgodziny. Jest dodatek za soboty, niedziele i dni świąteczne - 45 proc., za godziny nocne 65 proc. Mamy płacone za wysługę lat, wczasy pod gruszą, jesienno-zimowy dodatek dla podratowania budżetu, gdy np. trzeba kupić opał na zimę. Odprawy emerytalne są wyższe nawet, niż przewiduje Kodeks pracy. Wszystkie te benefity z automatu przepadną, jeżeli przejmie nas firma. Mamy więc o co walczyć – podkreśliła pani Mariola.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"