Trwa ładowanie...

200 zł od klubu, 750 zł za mistrzostwo

Polski sportowiec równie mocno co miejsca czwartego nienawidzi miejsca dziewiątego. Tuż za podium nie ma medalu, tuż za pierwszą ósemką nie ma co włożyć do garnka. Coś o tym wiedzą nasi łyżwiarze szybcy.

200 zł od klubu, 750 zł za mistrzostwoŹródło: AFP, fot: Yuri Kadobnov
dnqpt1m

4,3 mln zł - tyle wynosi roczny budżet Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. Pieniądze muszą wystarczyć na utrzymanie wszystkich naszych zawodników ścigających się na dużym torze oraz w short tracku. A to ponad 20 seniorów plus juniorzy.

- Roczne utrzymanie jednego zawodnika kosztuje ok. 100 tys. zł. Tyle trzeba wydać na przykład na obozy. Jedno dwutygodniowe zgrupowanie dla jednej osoby kosztuje około 6 tys. zł - wylicza Grzegorz Kałowski, dyrektor sportowy w PZŁS.

W przeciwieństwie do skoczków narciarskich czy biegaczy narciarskich Międzynarodowa Unia Łyżwiarstwa Szybkiego nie nakazuje zwrotu pieniędzy zawodnikom startującym w zawodach. Jak mówi Kałowski, jakieś tam pieniądze z tzw. hospitality dostają, ale są to grosze.

dnqpt1m

- Wyjazd zawodników na Puchar Świata w Berlinie nie jest problemem. Kłopoty pojawiają się, gdy ekipę trzeba wysłać do Kanady. Trzeba wtedy zabrać kilkudziesiąt tysięcy złotych - zdradza szef szkolenia PZŁS.

Swoje kosztuje też sprzęt. Buty to wydatek około 800 euro, płozy 400-500 euro, kostium 300-400 euro. W sumie ubranie zawodnika kosztuje blisko 7 tys. zł. Najtańsza jest tzw. deska Heidena. To najpopularniejsze narzędzie treningowe, w którym zamiast łyżwy ma się na nogach... wełniane kapcie. Choć wygląda to zabawnie, to z prostego urządzenia korzystają wszyscy. Nawet najbogatsi Holendrzy zakładają kapcie i ślizgają się po desce.

Związek większość pieniędzy dostaje od ministerstwa sportu. To z tych pieniędzy finansuje sprzęt, funkcjonowanie biura, wyjazdy na zawody, obozy i trenerów. Szkoleniowiec kadry zarabia ok. 7,5 tys. zł.

dnqpt1m

PZŁS nie zarabia dużo. Podpisane ma tylko dwie umowy, z czego jedna to barter. Niewielkie kwoty przekazuje polski oddział holenderskiej firmy Nijhof-Wassink. Jak mówi Kałowski, współpraca jest na tyle dobra, że po zwycięstwie Zbigniewa Bródki nad Koenem Verweijem Holendrzy umowy nie zerwą.

- Wręcz przeciwnie. Będziemy namawiać sponsora do ufundowania stypendium Arturowi Wasiowi. Po tym, jak zajął 9. miejsce, zostaje praktycznie bez środków do życia. Po Soczi nie będzie miał co do garnka włożyć - mówi Kałowski.

Ponieważ większość naszych zawodników nie ma sponsorów, utrzymują się głównie z dotacji, które wypłaca im ministerstwo sportu. Przyznawane są one tylko za zajęcie czołowych miejsc na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata lub Europy. Kiedyś także w zawodach Pucharu Świata, ale od kilku lat przepisy są bardziej rygorystyczne. Zbigniew Bródka po złotym medalu dostanie miesięcznie 7590 zł. Dotąd za brąz z zeszłorocznych mistrzostw świata otrzymywał 4830 zł.

Waś, który uważany jest za talent naszych panczen pieniądze dostawał dlatego, że był członkiem kadry olimpijskiej. Następne igrzyska jednak dopiero za cztery lata. A ministerstwo zacznie wypłacać stypendium dopiero, gdy ten zakwalifikuje się do koreańskich Pyeongchang.

dnqpt1m

Podobne problemy miały Marta Wójcik i Aida Bella. Zawodniczki startujące na krótkim torze, czyli w short tracku w zeszłym roku najpierw szukały pieniędzy na portalu crowdfundingowym PolakPotrafi.pl. Zebrały tam w sumie 20 tys. zł od indywidualnych darczyńców. Razem z nimi o pieniądze prosił zresztą Zbigniew Bródka. Ostatecznie dwie zawodniczki rozebrały się do…Playboya. Pieniądze im nie pomogły i do Soczi nie poleciały.

- Olimpijczyk Sebastian Druszkiewicz od klubu dostaje 200 zł. Śmieje się, że akurat tyle wystarczy mu na bilet miesięczny do Zakopanego. Nagroda za zdobycie mistrzostwa Polski wynosi: 750 zł. Trzecioligowy piłkarz potrafi zarobić nawet kilkanaście tysięcy złotych, ale na tym polega różnica pomiędzy piłką nożną a sportami olimpijskimi - mówi Sławomir Chmura, były polski panczenista i olimpijczyk.

Może to kwestia związku sportowego, może samych zawodników, a może nawet mediów. Gdy Justyna Kowalczyk zaczęła zdobywać Puchar Świata, kamery już tam były. Kiedy Zbigniew Bródka zrobił to samo w zeszłym roku, nikt wywiadów z nim nie robił. Pieniądze w PZŁS nie pojawiły się też cztery lata temu, gdy nasza drużyna łyżwiarek szybkich zdobyła brąz na igrzyskach w Vancouver.

- Sponsorzy od kryzysu ekonomicznego uciekli od nas. Kiedyś holenderski team zakładało się w jednym miesiącu, a w następnym miał już kilku chętnych do wyłożenia pieniędzy. Dziś to już jest niemożliwe. Nawet drużyny złotych medalistów olimpijskich mają problemy z dopięciem budżetów, a co dopiero mają powiedzieć nasi sportowcy? - retorycznie pyta Chmura.

dnqpt1m

Po olimpijskim złocie Bródki łyżwiarze i związkowcy walczą już nawet nie o większe pieniądze od państwa, ale o postawienie wreszcie krytego toru. Na razie nasi zawodnicy trenują więc głównie w Holandii, czasem na Białorusi.

- Straszy się nas, że tor kryty to 200 mln zł, które nigdy się nie zwrócą. To bzdura. Według naszych wyliczeń koszt zadaszenia toru na Stegnach, to ok. 100 mln zł. A dzięki temu będziemy mogli zarabiać - tłumaczy Kałowski i wylicza. - Dziś na tor przychodzi około 80 tys. osób rocznie. Po zadaszeniu okres jego użytkowania wydłuży się dwukrotnie. Patrząc na popularność lodowiska na Stadionie Narodowym, śmiało możemy powiedzieć, że do ślizgania się u nas też znaleźlibyśmy chętnych. I to takich, którzy za to sporo zapłacą - dodaje.

Na razie są więc prośby. Deklaracji wprost brak. Niby coś tam premier Donald Tusk mówił, ale jeśli Polacy szybko o medalu Bródki zapomną, to nikt pieniędzy nie wyłoży.

dnqpt1m
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dnqpt1m