Dane bardzo złe? Nic nie szkodzi…

W USA już po czwartkowej sesji można było stwierdzić, że żadne dane czy informacje się nie liczą – liczy się tylko koniec roku i gigantyczne window dressing w celu wypracowania zysków pozwalających na otrzymanie olbrzymich premii. Piątkowa sesja to potwierdziła. Zdaje się, że rynek działa teraz tak: dobre dane to trzeba kupować akcje. Złe dane? Nie szkodzi – Fed niedługo pomoże, bo przecież tak się zdeklarował. Wniosek z tego prosty – na razie, w grudniu, tylko europejski rynek długu może bykom zaszkodzić.

Obraz
Źródło zdjęć: © Fot. Xelion

W piątek czekano z nadzieją na raporty makro. Okazało się jednak, że dane z amerykańskiego rynku pracy były po prostu fatalne. W listopadzie ilość miejsc pracy zwiększyła się jedynie o 39 tysięcy – oczekiwano, że będzie to około 100 tysięcy więcej. Podobnie było z zatrudnieniem w sektorze prywatnym (wzrost tylko o 50 tys.). Stopa bezrobocia wzrosła z 9,6 ma 9,8 proc. Listopad jest miesiącem poprzedzającym sezon sprzedaży świątecznej, więc zatrudnienie (tymczasowe) rośnie, co czyni te dane szczególnie niedobrymi. Rynek akcji bardzo często całkowicie lekceważy raport z rynku pracy, o czym równie często uprzedzam. Tym razem też zlekceważył zgodnie z zasadą opisaną w pierwszym akapicie.

Kolejny zestaw danych był niejednoznaczny. Indeks ISM – usługi wzrósł z listopadzie z 54,3 na 55 pkt. Oczekiwano wzrostu do 54.9 pkt. Nic dziwnego, że indeks wzrósł, bo działa przecież ten sam czynnik, który powinien pomagać rynkowi pracy – sezon świąteczny zwiększa aktywność w usługach. Raport o zamówieniach w przemyśle USA był jednak słaby. Zamówienia w październiku spadły o 0,9 proc. (oczekiwano spadku o 0,7 proc.). Faktem jest jednak, że we wrześniu wzrosły aż o 3 proc. m/m, więc korekta nie była niczym nadzwyczajnym.

Rynek akcji od początku sesji reagował na słabe dane bardzo leniwie. Widać było, że indeksy spadać nie chcą. Mało tego – tak się byki rozochociły, że indeksy wzrosły po kilka dziesiątych procent, a S&P 500 praktycznie dotknął maksimum z listopada. Rynek jest w niezwykle byczym nastroju. Zbyt byczym, co zapowiada przystanek.

GPW rozpoczęła piątkową sesję od wzrostu indeksów. W przypadku WIG20 było to z początku tylko i wyłącznie odrobienie spadku z czwartkowego cudo-fixingu. Jednak indeks rósł nieustannie, a po niecałych dwóch godzinach, kiedy na innych giełdach sytuacja znacznie się poprawiła, indeks przebił poziom 2.700 pkt. i wszedł w marazm połączony z lekkim osuwaniem indeksów.

Przed pobudką w USA indeks zaczął się znowu podnosić szykując się do publikacji dobrych danych w USA. Jednak dane z rynku pracy były tak zimnym prysznicem, że indeks wrócił blisko poziomu czwartkowego zamknięcia. To też jednak nie był koniec, bo w miarę spokojne (chociaż spadkowe) zachowanie rynków europejskich pozwoliło na utrzymanie niewielkich wzrostów indeksów, a potem nawet na ponoszenie indeksów. Kropkę nad i postawił fixing, dzięki czemu zakończyliśmy sesję ponad jednoprocentowym wzrostem. Minusem był niewielki obrót, ale na naszej giełdzie to zupełnie nie ma znaczenia.

Do oporu z marca 2008, do górnego ograniczenia 18. miesięcznego kanału trendu wzrostowego i do szczytu z listopada, czyli do obszaru 2.750 - 2.780 pkt., zostało już tylko 1,5 – 2,5 proc. Bardzo niewiele. Jeśli europejski rynek długu naprawdę w grudniu się uspokoi to ten poziom przełamiemy, co zapowiadać będzie dalszy ruch ku 3.000 pkt.

Piotr Kuczyński
główny analityk
Xelion. Doradcy Finansowi

Wybrane dla Ciebie
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE