Trwa ładowanie...

Dopadło go przekleństwo firmy Amber Gold

Był 2005 rok, gdy Mirosław Sokołowski zakładał w Koszalinie firmę zajmującą się telekomunikacją w internecie i telemarketingiem. Sądził, że nazwa Amber Gold będzie dla niego najlepsza z możliwych.

Dopadło go przekleństwo firmy Amber GoldŹródło: Przemysław Gryń, newspix.pl
d1n2iie
d1n2iie

– Łatwo wpada w ucho i dobrze się kojarzy. Wtedy nie widziałem potrzeby, żeby zastrzec nazwę w sądzie – wspomina po latach właściciel firmy. Teraz wie, że zrobił wtedy wielki błąd, który słono go kosztował!

Przez pewien czas obie firmy funkcjonowały, nie przeszkadzając sobie w interesach. Nawet, kiedy już wybuchła afera związana z firmą Marcina P., panu Mirosław nie przypuszczał, że może mieć z tego powodu jakieś problemy.
– Przecież zajmujemy się telekomunikacją, a nie handlem złotem – opowiada.

Ale życie szybko rozwiało jego nadzieje na spokój w interesach. Już pierwsza próba zaciągnięcia kredytu na jeden z projektów zakończyła się totalnym niepowodzeniem.
– Powodem było to że firma Amber Gold jako niebezpieczna figuruje na czarnej liście w nadzorze bankowym. Nikt nie chciał mi uwierzyć w to, że to nie jest ta sama firma – mówi pan Mirosław.

Nazwa Amber Gold stała się dla właściciela przekleństwem.
– Nikt nie chciał mi nic sprzedać na kredyt. Nawet gazety gdzie już wcześniej zamieszczałem ogłoszenia, że poszukuję osób chętnych do pracy, zażądały zapłaty z góry. Podjąłem decyzję, że nazwę trzeba zmienić – opowiada biznesmen. Tak zrobił. Teraz jego firma nazywa się Perfektel. Ale jak mówi pan Mirosław, jeszcze długo będzie odczuwał straty z powodu tej pierwszej nazwy:
– To wszystko kosztowało mnie ładnych parę tysięcy złotych, a strat związanych z utratą kontrahentów nie potrafię nawet wyliczyć.
Po starej nazwie zostało tylko parę wizytówek i korespondencja przychodząca na skrzynkę internetową w sprawie zwrotu wpłaconych do firmy Marcina P. pieniędzy.

d1n2iie
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1n2iie