- Gospodarka jest zawsze żywym organizmem, nie zwija się ale przekształca, cały czas mamy ewidentny rozwój. Istnieje kwestia tempa. W listopadzie czy grudniu część przedsiębiorców zawiesza działalność ze względów podatkowych by nie wejść w niekorzystny dla nich obszar zobowiązań – to oznacza, że oficjalnie przestają funkcjonować. Mamy rozwiązania blokujące rozwój gospodarczy, które powodują wytracanie i powstrzymywanie się od aktywności. Gospodarka mogłaby się rozwijać przy naszym potencjale, nie tylko ludnościowym, w tempie lat 90., na poziomie irlandzkim, przy rejestrowanym wzroście 7 proc. PKB, a z uwzględnieniem nie rejestrowanego – 10 proc. Nie mieliśmy wówczas systemu bankowego, kilkunastu roczników dobrze wykształconej młodzieży na potrzeby gospodarki, dróg, które po części zostały dotąd zbudowane, fatalna i reglamentowana była łączność. Nie mieliśmy też dostępu do kapitału i mimo to miał miejsce wzrost określany w podręcznikach mianem cudu gospodarczego. Było to możliwe bo Polacy mieli
nieprawdopodobną wolność gospodarczą. Polska gospodarka może „wyskoczyć” jak w latach 90. jeżeli będzie miała zapewniony przynajmniej standard unijny. Postulujemy opcję zero, czyli nic więcej ponad to, co od nas Unia wymaga. Stosując tę zasadę będziemy mieli rozwój na poziomie 10+ dzięki zaradności i pracowitości wyjątkowego w Unii społeczeństwa. Nie ma takiej branży ani takiego przedsiębiorstwa, które przy tak szybkich zmianach technologicznych i zwyczajach konsumentów miałyby trwałe miejsce na rynku. Jeżeli rząd nie będzie określał jaka dziedzina gospodarki czy firma ma odnieść sukces, to będzie się rozwijało wszystko. Do tej pory, przez 20 lat, jest wstrzymywana ta czy inna branża, słyszymy, że któraś ma być kołem zamachowym gospodarki i będzie wspierana. W dawnym NRD rząd niemiecki prowadził na masową skalę pobudzanie gospodarki poprzez sektor budowlany. Dzisiaj przeprowadza się tam planowe wyburzenia substancji mieszkaniowej, bo koszty utrzymania niezamieszkałych budynków są wysokie. Sam fakt budowania
nie czyni gospodarki konkurencyjną i nie zapewnia jakiegokolwiek rozwoju. Czyni ją to, czego bały się kraje starej Unii i co było widać w 2004 roku. Same podpowiedziały Polsce, jakie jest skuteczne pole konkurowania z nimi. Francuzi i Niemcy mówili o dumpingu podatkowym i socjalnym. Twierdzono, że Europę Zachodnią zaleje fala tanich i niewykwalifikowanych pracowników ze wschodu, których będzie trzeba utrzymywać. Okazało się, że Polacy nie wyciągają ręki po zasiłek. W 2004 roku uczestniczyłem w kilku konferencjach organizowanych przez zachodnie instytucje dotyczące owych zagrożeń, na przykład czy podatki powinny być zharmonizowane, czy Europa może sobie pozwolić na konkurencję podatkową? Ówczesny premier rządu Saksonii orzekł, że jest za nią, ale nie na stawki, a na rozwiązania systemowe. Natomiast kandydat na polskiego ministra finansów mówi: jak to możliwe, żeby polski obywatel mógł zapłacić niższe podatki od nieruchomości w Portugalii, niż we własnym kraju. Największe różnice wynikające z rozwoju
gospodarczego w krajach UE są natury systemowej. Irlandczycy mieli lepszy system niż Wielka Brytania i w ciągu życia kilku pokoleń ją wyprzedzili pod względem bogactwa mimo, że przez całe lata byli biednym narodem. Polska zmiana systemowa w 1989 roku zdyskwalifikowała różne zachodnie prognozy mówiące, że nasz kraj dopiero za kilkadziesiąt lat będzie miał zbliżony z nimi poziom rozwoju. Sytuację w sumie mamy taką, jaką zdefiniował Hernando de Soto, znany ekonomista z Ameryki Łacińskiej. Badając przyczyny nędzy w Peru sformułował tezę, że wszyscy ludzie na świecie są tacy sami: chcą pracować, oszczędzać, normalnie żyć. Czynnikiem różnicującym poziom ich bogactwa są rozwiązania instytucjonalno-prawne. Nie ma w tej materii cech narodowych. Chińczycy, gdy pozwolono im się bogacić, ochoczo ruszyli do dzieła. Laboratoryjnym przykładem są państwa koreańskie. Różnica tkwi w systemie nie ludziach. Obecnie mamy zły system w Polsce, rozwiązania proponowane przez komisję Przyjazne Państwo mają trzecio- czy czwartorzędne
znaczenie. Nie dotyczyły fundamentów, nie przywracały wolności gospodarczej do tego poziomu, z którego byłby możliwy szybki rozwój gospodarczy. My to publicznie pokazywaliśmy odwołując się do klasycznej zasady ekonomicznej, którą sformułował Jean Baptista Say: nie ma dobrych podatków, są tylko mniej złe. W Polsce podatki są nie tylko złe, są absurdalne i niezwykle – jak opodatkowanie pracy – wysokie. Konieczny jest w Polsce system, który by nie prześladował kapitału ludzkiego. Występuje podatek skumulowany, z uwzględnieniem składki na ZUS, będącej czystym podatkiem, który jest na poziomie akcyzy na paliwa, alkohole czy papierosy. Praca w Polsce jest potraktowana podatkiem akcyzowym jak towar luksusowy. A największym źródłem rozwoju MSP, które przynoszą 70 proc. PKB, jest kapitał ludzki. To nie jest kapitał z banku. Politycy nie rozumieją, że kapitał sam z siebie jest martwy, to kapitał ludzki go ożywia. To co jest najcenniejsze w Polsce wyeksportowaliśmy, ku radości premiera, że tylu Polaków dostało pracę za
granicą. Oni nie pracują na bogactwo swego kraju, a Irlandii, Niemiec czy Anglii. To co przysyłają do Polski stanowi ułamek w stosunku do wartości dodanej, która zostaje na miejscu.
Rozmawiał Andrzej Uznański