wp

Wakacyjny koszmar prawie każdego rodzica. Znalazłam sposób, jak się przed nim uchronić

Są wszędzie: na miejskich deptakach, przy barach i smażalniach ryb, w każdej wakacyjnej miejscowości, w której spędzamy - miesiącami wyczekiwany - urlop wraz z dziećmi. Automat z kulkami - urządzenie, do którego nienawiścią pała prawie każdy rodzic. I jeszcze to zdanie, które brzęczy w głowach, jak natrętna mucha: - Mamo! Daj na kulkę!
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Wakacyjny koszmar prawie każdego rodzica. Znalazłam sposób, jak się przed nim uchronić
(East News, Fot: MARIANNA OSKO)

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy Córka Starsza zobaczyła automat z kulkami. W środku każdej z nich znajdowała się mini zabawka. Pamiętam ten błysk w jej oczach. Stała jak zaczarowana. Nikt ani nic nie było jej w stanie wytrącić z tego transu. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam zdanie, które - niestety - pada również dziś: - Maaaaamooo, daj na kulkę!!

Tak wyglądał nasz "pierwszy raz" trzy lata temu na wakacjach nad polskim morzem. Do tamtego momentu udało nam się ustrzec Młodą przed automatami z kulkami. I nie tylko przed nimi. Są jeszcze mini karuzele czy różnej maści pojazdy, które buczą i poruszają się po wrzuceniu "jedynych" 2 zł.

wp

Pamiętam ten rozbiegany wzrok Córki Starszej, który prześlizgiwał się od automatu do automatu. Niestety, 99 proc. przedmiotów, które dzieci znajdują po otwarciu plastikowej większej lub mniejszej kulki, to chińska tandeta, która potem wala się po całym mieszkaniu albo - po krótkiej zabawie - trafia do kosza.

Dzieci są jak sroki. Dają się złapać na wszystko, co się świeci. A my za to płacimy z własnej kieszeni. Ale jak wakacje to nie tylko automaty. To także salony z grami, dmuchańce i rzędy stoisk z zabawkami czy pamiątkami, głównie "made in China". Dzieci biegają od jednego do drugiego i co chwilę powtarzają, jak mantrę zdanie: Mamo, tato daj na ...!

Płaca minimalna w górę. Nowa stawka od 2018 roku

wp

Po tamtym wyjeździe usiadłam i podsumowałam, ile kosztowały nas przyjemności Córki Starszej. W ciągu 12 dni wydaliśmy 240 zł, czyli średnio dziennie jakieś +/- 20 zł. Nie wliczyłam w to przyjemności typu lody czy gofry z bita śmietaną. Ktoś powie, że wakacje to można zaszaleć. A ja odpowiadam, że owszem, ale jak szaleć, to lepiej robić to z głową. Wtedy przypomniałam sobie opowieść koleżanki-matki, już wprawionej w bojach, o słoiku. I postanowiłam zastosować taką samą metodę.

Na trzy - cztery miesiące przed wakacjami zaczęliśmy do słoika wrzucać wszystkie 2 zł i 5 zł, jakie trafiły do naszych portfeli. Tuż przed wyjazdem wysypałam z Córkami uzbierane monety i przeliczyłam zebraną sumę. Następnie podzieliłam ją na pół, a potem jeszcze każdą połówkę rozdzieliłam na 12 mniejszych "kupek". Wyszło nam, że dziewczynki na każdy dzień wyjazdu mają po 15 zł.

Usiadłyśmy i zaczęło się wyjaśnianie 3-latce i niespełna 5-latce zasady wydawania pieniędzy. Ustaliłyśmy, ile mają na każdy dzień i na co mogą je wydać. Najgorzej było z tłumaczeniem, że muszą tak manewrować ustaloną kwotą, aby - z jednej strony - zaspokoić swoje zachcianki, a z drugiej - tak nią gospodarować, aby starczyło na wszystko: kulki, dmuchaną zjeżdżalnię czy jazdę na karuzeli.

A potem był wyjazd i operacja na żywym organizmie. Pierwsze dni to była totalna katastrofa. Szczególnie w przypadku Córki Młodszej, która jeszcze miała duże kłopoty z liczeniem - to raz, a dwa - to były jej pierwsza prawdziwa styczność z automatami i dmuchańcami. Rok wcześniej jeszcze była za mała na takie "przyjemności".

wp

Wieczorem, trzeciego dnia usiadłyśmy i jeszcze raz przeanalizowałyśmy dzień i sposób wydawania pieniędzy. Przeliczałyśmy je na rzeczy, które chcą za nie kupić. I Młode załapały. Następnego dnia było już dużo lepiej. Co prawda Młodszej trzeba było jeszcze pomagać, ale w połowie wyjazdu już załapała i tak, jak Starsza, rozkładała sobie kasę, że starczało i na kulkę, i na dmuchańca, i jeszcze zostało na jeden przejazd karuzela.

Nie ukrywam, byłam dumna z Dziewczynek. Rok później znowu zastosowaliśmy tę metodę. Tym razem dziewczynki miały trochę więcej pieniędzy, bo dziadkowie dorzucili po 100 zł. Postanowiłam więc, że wprowadzimy jeszcze jedną zasadę i dorzucimy kolejny - drugi "słoik". Tym razem pierwszy tydzień wyjazdu spędzaliśmy w Wielu na Kaszubach, a drugi w małej miejscowości nad Bałtykiem. Ustaliłam z Młodymi, ile mają kasy na każdy tydzień z rozkładem na poszczególne dni. Obiecałam też, że jeśli w każdym tygodniu zaoszczędzą sobie jakąś sumę, to ja dołożę drugie tyle i będą mogły sobie kupić coś większego.

Dziewczynki przynętę chwyciły i codziennie przeliczały oszczędności, sprawdzały, ile wydały i odkładały to, co zaoszczędziły. Tak gospodarowały pieniędzmi, że w pierwszym tygodniu każdej zostało po 25 zł, a w drugim po 35 i 37 zł. Mama, zgodnie z obietnicą, dołożyła kasę. I tak wzbogaciliśmy się o pluszowego słonia i pandę, a potem większy zestaw Lego - Córka Młodsza - oraz torebkę, siatkę na motyle i małą syrenkę - Córka Starsza.

Od małego uczymy obie córki, że nie ma nic za darmo. A pieniądze nie spadają z nieba lub nie biorą się z bankomatu, tylko rodzice ciężko na nie pracują. Ustrzegliśmy się też przed często słyszanym w sklepach dziecięcym rozkazem: - Mamo, kup mi!

wp

Nie tylko na wakacjach uczymy córki oszczędzania i szacunku do pieniądza. O samego początku wprowadziliśmy też jasne zasady, które do dziś obowiązują na zakupach. I twardo się ich trzymamy. Dzięki temu ustrzegliśmy się przed dantejskimi scenami, jakie często można obserwować przy stoiskach ze słodyczami czy kasach sklepowych. Nie ma krzyków, ryku, tarzani się po ziemi, aby wymusić zabawkę czy słodycze.

Za chwilę wyjeżdżamy na kolejne wakacje. Jak będzie w tym roku? Zobaczymy. Córki już o jakiegoś czasu przeliczają swoje pieniądze. Ostatnio Starsza zapytała: - Mamo, a w tym roku też możemy oszczędzać na wakacjach? – Oczywiście Córeczko – odpowiedziałam. – To dobrze – usłyszałam. – Bo marzy mi się duży zestaw Lego, wiesz ten z elfami.

Polub WP Finanse
wp
wp
wp