To nie błąd. Rosyjski system bankowy nie jest w żaden sposób porównywalny z europejskim czy amerykańskim systemem bankowym. Tam coś do powiedzenia ma tylko ten bank, który jest posłuszny Kremlowi. Przede wszystkim państwowy, czyli np. Sbierbank, Gazprombank, Wnieszekonombank Wniesztorgbank, Rossielchozbank. Te instytucje jako jedne z niewielu były dystrybutorami pomocy publicznej w latach 2008 i 2009. Uzewnętrzniało się to m.in. w postaci kredytów z dopłatami państwowymi na zakup rosyjskich samochodów, co stymulować miało popyt wewnętrzny. Rząd, by ratować swoje banki przed kryzysem, zdeponował na prowadzonych tam rachunkach wielomilionowe depozyty oraz uruchomił programy, rzekomo mające wspierać gospodarkę. W rzeczywistości wspierały one wybrane państwowe firmy i koncerny powiązane z włodarzami. Państwowe banki, w tym głównie Sbierbank i Wnieszekonombank musiały się jednak wywiązać z poleceń szefa szefów, Władimira Putina, czyli np. udzielać kredytów przedsiębiorstwom wskazanym przez premiera – bez względu
na możliwości finansowe tych firm. Doprowadziło to do sytuacji, że poziom kredytów zagrożonych i kredytów straconych drastycznie wzrósł. Mało tego. Bankom, głównie tym prywatnym – bo i one, choć w mniejszym stopniu, finansują gospodarkę – nie wolno było, w imię jedności z narodem, upominać się o zwrot długów. Ratowanie gospodarki – państwowej, bo sektor prywatny nie ma znaczenia dla Kremla, chyba że koncernem zarządza przyjaciel – przebiegało więc w oparach nadużyć finansowych i wpędzania banków w problemy z płynnością. Władimir Putin nie przejmował się jednak kłopotami prywatnych bankierów, wychodząc z założenia, że jeśli sobie poradzą to dobrze, a jak nie, to ich majątki zostaną przejęte przez… państwo i moskiewskich urzędników w postaci premii i nagród.