Pojawia się w związku z tym pytanie, czy to koniec kapitalizmu? Na tak postawione przez "Gazetę Bankową" (nr 5/2009) pytanie Robert Gwiazdowski odpowiedział krótko i dosadnie: "bzdura". Natomiast ja, niestety, nie mogę udzielić tak klarownej, jednoznacznej odpowiedzi ze 100-procentowym przekonaniem. I to nie tylko dlatego, że podzielam przytaczaną przez Czesława Miłosza filozofię "starego Żyda z Podkarpacia". Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelny procent racji, to bardzo dobrze i nie ma się co szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak" (Czesław Miłosz "Zniewolony umysł, Stary Żyd z Podkarpacia). Nie mam tak jednoznacznego jak Robert Gwiazdowski poglądu także dlatego, że to co się może stać, zależy od niezwykle gęstego splotu bardzo
złożonych czynników i racji, trudno poddających się prognozowaniu i apriorycznym ocenom. Kolejną przyczyną trudności ze sformułowaniem jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o kryzys kapitalizmu jest fakt, że kapitalizm niejedno ma imię, na co w "GB" (5/2009) zwracał uwagę m.in. Tomasz Gruszecki. Zapewne inne perspektywy ma skandynawski model kapitalizmu, bazujący na dążeniu do równowagi ekonomicznej i społecznej oraz niedopuszczaniu do pogłębiania się zróżnicowania dochodowego w społeczeństwie, a inne - oparty na ostrej rywalizacji anglosaski model kapitalizmu neoliberalnego.
Nie wdając się w tym miejscu w rozwijanie definicji tych modeli przychylam się do opinii o erozji neoliberalizmu. Dokonujące się obecnie w USA rozlegle państwowe interwencje w gospodarce z symptomami wręcz nacjonalizacji w niektórych dziedzinach, są tego spektakularnym dowodem. Coraz więcej zwolenników zyskuje opinia, że obecny kryzys nie jest typowym kryzysem koniunkturalnym, lecz kryzysem fundamentalnym, ustrojowym, kryzysem neoliberalizmu, nurtu, który zresztą już wcześniej był przez niektórych znawców tej problematyki krytykowany. M.in. harvardzki ekonomista Dani Rodrik skonstatował, że między neoliberalizmem a ekonomią jest taka relacja jak między astrologią a astronomią. Ani bowiem astrologia, ani neoliberalizm nie są naukami, tylko ideologiami. Ujmując to bardziej dosadnie można stwierdzić, że neoliberalizm tak się ma do liberalizmu jak fundamentalizm do fundamentów. Adam Smith, klasyk niezwykle przecież szlachetnej koncepcji liberalizmu, łączył w tej koncepcji idę wolnego rynku z moralnością,
odpowiedzialnością i etyką. W wolnorynkowej koncepcji neoliberalnej takiej symbiozy zabrakło, co stworzyło - urodzajne - podłoże dla kryzysu. Neoliberalizm jest jednak tylko jedną z odmian współczesnych modeli kapitalizmu. Zatem nawet jeśli zgodzić się z tezą o kryzysie neoliberalizmu, to nadal pozostaje pytanie, czy generalnie model kapitalizmu się zestarzał, czy może być on podtrzymany przy życiu za pomocą liftingu, rekonstrukcji systemowej, czy też musi ustąpić miejsca innej formacji. Traktuję te pytania jako otwarte.