Trwa ładowanie...
Panie z kół gospodyń wiejskich z gminy Czerwionka Leszczyny prezentują potrawy na wigilijny stół
Panie z kół gospodyń wiejskich z gminy Czerwionka Leszczyny prezentują potrawy na wigilijny stółŹródło: Agencja Gazeta, fot: Dominik Gajda
17-12-2021 21:46

Wszystkiego tańszego!

Narzekać na drożyznę czy błysnąć elokwencją - to wybór, z którym zasiądziemy przy wigilijnym stole. Oto krótki przewodnik po tym, jak znaleźć balans pomiędzy jednym a drugim.

Share

- Wiecie, dlaczego cukier taki drogi?

- Bo w Brazylii zimno!

- Dlaczego olej do smażenia tak podskoczył?

dnukjdu

- Bo w Kanadzie upał!

- A mleko? Droższe, bo w Nowej Zelandii padało! I Chiny wykupują!

- A te ceny energii? Skandal! Widzieliście rachunki? To polska sprawka.

Nie ma wątpliwości - od rozmów o wszechobecnej drożyźnie nie uciekniemy przy świątecznym stole. Goście i gospodarze będą się irytować, bo rzeczywiście łatwiej byłoby wymienić te produkty spożywcze, których ceny akurat spadły. Szybko by poszło.

Dlaczego? To tylko jedna kategoria, która dodatkowo w Boże Narodzenie nie jest najistotniejsza - tańsza jest wieprzowina, która potaniała o 1 proc. w ciągu roku. Wymiana karpia na schabowego w poszukiwaniu oszczędności w grę nie wchodzi.

A niczym w "Opowieści wigilijnej" Charlesa Dickensa, inflacja - tak jak Ebenezer Scrooge - nie zna pojęć "szczodrość" lub "hojność". Żadne ciepło nie może ich ogrzać, żaden mróz oziębić. Nie ma wiatru bardziej gryzącego i śniegu padającego z większą wytrwałością. I siekący deszcz ulega błaganiom i prośbom.

Inflacja nie. Tak jak i Ebenezer Scrooge. Ten drugi, pod wpływem dobrych duchów się zmienił. Ta pierwsza na dobre duchy wciąż czeka.

Jego wysokość "król karp"

- W zasadzie w ciągu ostatnich dwóch dekad Polacy tylko trzy razy mogli powiedzieć, że święta nie są droższe od poprzednich. W pozostałych przypadkach stwierdzenie: jest drożej niż przed rokiem zawsze było prawdziwe - mówi Jakub Olipra, ekspert z banku Credit Agricole. I dodaje: - Sam wzrost cen to jedno, ale jego dynamika to druga sprawa.

A dynamika wzrostu cen to na dobrą sprawę wskaźnik, który najlepiej mówi, jak bardzo zmiana "boli" portfele Polaków.

Za kilka dni, czyli w kluczowym momencie przed świętami, ceny karpi będą 20-25 proc. wyższe niż w ubiegłym roku
Za kilka dni, czyli w kluczowym momencie przed świętami, ceny karpi będą 20-25 proc. wyższe niż w ubiegłym rokuŹródło: East News, fot: Piotr Kamionka/REPORTER

O tym finansowym bólu świątecznych rozmów może być więcej niż o sprawach sercowych i sugerowanych - zwykle przez najbliższych - szybkich małżeństwach i planach rodzinnych w najbliższym czasie. Z drugiej strony, zręczną ucieczką od każdego niewygodnego pytania natury bardziej osobistej, będzie właśnie stwierdzenie: to wszystko przez tę drożyznę!

Bo i dojazd na święta droższy. Benzyna poszła w górę o 34 proc., olej napędowy o prawie 37 proc., a gaz o ponad 53 proc. w stosunku listopad 2020 do listopada 2021. Wskaźniki za grudzień poznamy dopiero w styczniu.

dnukjdu

Dwucyfrowe podwyżki dotyczą też energii. Prąd w rok podrożał blisko o 10 proc., gaz o 17,5 proc., a ceny opału podskoczyły o ponad 37 proc. Droższe jest więc dogrzewanie domowego ogniska, pieczenie i smażenie.

I tak np. smażona rybka w tym roku będzie wyjątkowo cenna. Droższa jest nie tylko ona sama, ale i oleje (lub masło) do jej smażenia. Żeby przerazić się kultowymi "paragonami grozy" nie trzeba już jechać do nadmorskich kurortów. Wystarczy iść do pobliskiego sklepu i zacząć działać w domowej smażalni.

- Dlaczego tak drogo? - rzucam z pretensją do sprzedawcy karpi.

Chyba nie jestem pierwszym, który zadaje to pytanie, bo facet emocjonalnie wyrzuca z siebie niewiele: - Panie, rozejrzyj się pan! Nie widzisz pan, co się dzieje?

Odpowiadać nie ma jednak zamiaru, tylko rzuca: "To co, ważyć?". Najwyraźniej negocjacji cenowych nie przewiduje.

Podejrzewam, że podobnie jest w sklepach rybnych w całym kraju, które właśnie na tony sprzedają karpie. Bo choć każdy region ma swoje specyficzne potrawy wigilijne, to karp pojawia się wszędzie. Dlatego o tego "króla" stołu bożonarodzeniowego pytam Zbigniewa Szczepańskiego z Towarzystwa Promocji Ryb "Pan Karp".

- Hodowla karpia, choć wydaje się tania i prosta, wymaga sporych nakładów. Karp od ikry do momentu sprzedaży rozwija się przez prawie trzy lata, w sumie około 30 miesięcy - tłumaczy Szczepański.

I nie jest tak, że staw wystarczy zarybić i można czekać na zyski. Na cenę ryby składa się nie tylko wynagrodzenie dla pracowników i utrzymanie stawów - w tym prace przy użyciu ciężkiego sprzętu budowlanego i paliwa.

Do niego trzeba doliczyć pokarm dla ryb, a i czasami koszt dzierżawy miejsca (nie zawsze stawy są prywatne, czasami należą do Skarbu Państwa). Najwięksi producenci zajmują stawami setki hektarów. Utrzymanie takiego obszaru też do tanich nie należy. I hodowca nie zrobi tego w pojedynkę.

I tak krok po kroku cena kilograma karpia wędruje w górę. W 2019 roku - jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego - było to około 16 zł. Dziś to bliżej 20 zł na kilogram żywego okazu. A im bardziej przygotowany jest karp - pocięty i zapakowany - tym oczywiście jest droższy.

dnukjdu

I jak prognozuje Szczepański za kilka dni, czyli w kluczowych dniach przed świętami, ceny będą 20-25 proc. wyższe niż w ubiegłym roku.

Karp za drogi, to może inna rybka? Nic z tego. Również z danych GUS wynika, że cała kategoria "ryby i owoce morza" w ciągu roku zdrożała o około 6 proc. Gdyby więc ktoś chciał "króla" zastąpić śledziem, dorszem, pstrągiem lub morszczukiem, to i tak zapłaci więcej niż przed rokiem. Przed podwyżką w ten sposób nie ucieknie.

Zamiast więc narzekać - uważajmy na ości! - ile to zapłaciliśmy, lepiej błysnąć elokwencją i opowiedzieć o usmażonym bohaterze wigilijnego wieczoru.

Na przykład o tym, że karp w Polsce pojawił się w XII wieku za sprawą czeskich cystersów (o kopalni Turów i "złych Czechach" nie opowiadamy, bo to nie ta okazja), którzy hodowali je w przyklasztornych stawach.

Logiczne, bo ryba była idealnym daniem na czas postu, którego łamanie surowo karano. W sumie postny był niemal co drugi dzień w ciągu całego roku (łącznie 180 dni). I tak cystersi spod Milicza spowodowali, że w tym rejonie jest dziś karpiowe zagłębie Polski.

Gadatliwego wujka Staszka lub lubiącą rozmowy o świecie ciocię Grażynę może zainteresować fakt, że w Polsce mamy dziś blisko 10 tys. hodowców karpi, ale tylko tysiąc z nich to producenci profesjonalni. Reszta to przydomowe hodowle, które służą do wykarmienia siebie lub ewentualnie jeszcze sąsiadów. Tych bardziej lubianych.

- Karp masowo na stoły wrócił w czasach PRL i przez to do dziś ma "PRL-owską gębę", która z prawdą ma niewiele wspólnego. Popularność ryby po wojnie spowodowana była tym, że była jedną z nielicznych łatwo dostępnych. Flota bałtycka po wojnach wymagała odbudowania i o rybach morskich można było zapomnieć.

dnukjdu

- Łatwiej było zarybiać stawy i to dlatego karp stała się symbolem świąt. I tak jest do dziś - puentuje Zbigniew Szymański.

A tych, którzy mówią o "mułowatości karpia", postawiłby w rzędzie wrogów tej ryby.

- Jeszcze się wszyscy przekonają, ile znaczy polski karp. Im mniej ryb w morzach i oceanach, im gorzej są hodowane, tym więcej będzie wielbicieli karpia. Dobre lata jeszcze przed nami - mówi.

Choć przyznaje wprost, że dobrych lat mogą nie doczekać wszystkie przedsiębiorstwa. Hodowcy z lat 70. właśnie odchodzą na emeryturę. I do karpia, jak do roli, młodych nie sposób przekonać.

Opowieść opowieścią, ale od karpiowych cen całkowicie nie uciekniemy. To dlatego, że zanim ryba wyląduje na talerzu, musi trafić do mąki, panierki i na patelnię. I tu znów są cenowe schody - mąka droższa (o 8,7 proc.), pieczywo też w górę (o 12,4 proc.), a olej i tłuszcze podskoczyły o 16 proc. Smażenie na maśle też niewiele pomoże. Droższe o 11,6 proc.

Na osłodę nie pomoże cukier. Też droższy o 19 proc. Do cukru i słodyczy wrócimy jednak nieco później. Na razie możemy błyszczeć wiedzą z kolejnych dziedzin. I cenowych historii.

Kanadyjski trop

Cenową katastrofę olejową (w zasadzie większości produktów oleistych i tłuszczy) mamy w Polsce przez Kanadę. To nie problemy z brakiem rzepaku w Polsce odbijają się na półkowej cenie oleju kujawskiego, wielkopolskiego, polskiego, beskidzkiego lub każdego innego rzepakowego, który wybierzemy w najbliższych dniach.

Co Kanada ma do Polski? Ekstremalne upały przypaliły blisko 90 proc. terenów do upraw pszenicy, jęczmienia i rzepaku w Kanadzie. A to właśnie ten kraj - choć u nas mało kto się tym pewnie zainteresował - jest jednym z największych producentów zbóż (2/3 światowej produkcji pochodzi właśnie z Ameryki Północnej).

I choć kanadyjski rzepak wcale do Polski nie musiał trafiać, to wystarczyła fatalna pogoda 7 tys. kilometrów od nas, by ceny poszybowały w górę. Bo tak właśnie działa skomplikowany i połączony świat.

W tym roku warunki pogodowe w Kanadzie były dla upraw dramatyczne. Jak bardzo? W miejscowości Lytton padł wieloletni rekord temperatur - ponad 49,6 stopni Celsjusza. Meriel Barber, mieszkanka Lytton, opowiadała w rozmowie z brytyjską telewizją BBC: - Wstawałam o 4 nad ranem, by zrobić cokolwiek poza domem, bo później było to już niemożliwe.

Uprawa rzepaku w Kanadzie. W tym roku na tamtejszych plantatorów spadły chyba wszystkie "plagi egipskie"
Uprawa rzepaku w Kanadzie. W tym roku na tamtejszych plantatorów spadły chyba wszystkie "plagi egipskie"Źródło: East News, fot: Dave Reede

Krótko potem Lytton spłonęło. To pokazuje, jak ekstremalna była pogoda w Kanadzie. W oczywisty sposób takie warunki ograniczyły możliwości produkcji kanadyjskich rolników. Plony nie rosły, a wyzwaniem była nawet dostępność siana dla zwierząt.

dnukjdu

Efekt? Kanadyjscy rolnicy wyprodukowali w tym roku (to wciąż szacunki) o około 20 milionów ton zbóż mniej niż rok wcześniej. Taki towar zapełniłby około 800 tys. TIR-ów lub wymagał około 20 transportów jednym z największych kontenerowców na świecie (i to z wypełnionymi po brzegi kontenerami). Dużo? Dużo.

I to rozpoczęło efekt domina. Drogie zboża w kanadyjskich portach, to drogie zboża na europejskich giełdach i u innych dostawców (np. na Ukrainie, skąd Unia Europejska ściąga rok w rok tony zboża, a część spławiana jest Dnieprem do portów i wyrusza dalej w świat).

W przypadku cen zboża jest jeszcze jeden czynnik pchający ceny w górę. Im droższe są klasyczne paliwa, tym gorzej. I wcale nie chodzi tylko o zużycie paliw w maszynach rolniczych. Zwiększa się też zapotrzebowanie na biopaliwa. A spora część plonów nie musi być przerabiana na olej czy śrut wykorzystywany przy karmieniu hodowli zwierząt. Może stać się lepszym źródłem zarobku.

- Im większe zawirowania są na rynku ropy naftowej, tym więcej chętnych do wykorzystania roślin oleistych w inny sposób - wyjaśnia ponownie Jakub Olipra z Credit Agricole. I to cała tajemnica, dlaczego cena rzepaku w ciągu roku, do końca listopada, urosła o 80 proc.

Tu warto jednak powtórzyć: sytuacja na międzynarodowych rynkach to tylko jeden czynnik ciągnący ceny w górę. W każdym przypadku swoje dokłada to samo trio czynników z Polski. To presja płacowa (na podwyżkę wynagrodzeń), koszt energii oraz koszt paliw. Od paliw droższych o 36 proc. (listopad 2020 do listopada 2021 roku) i energii o 13 proc. nie sposób uciec w cenach produktów. A rosnąca cena gazu - 17,5 proc. w skali roku - wpływa na rynek nawozów. Im tam drożej, tym większej zapłaty będą oczekiwać rolnicy i producenci.

W sobotę prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę antyinflacyjną, która w założeniu ma obniżyć ceny paliw i energii w pierwszym kwartale przyszłego roku. O tym, jak wytrzymała jest tarcza, można przeczytać tutaj.

"Kiwi" winni cenom nabiału

A warto dodać, że zawirowania na rynku zbóż to nie tylko drogi olej, ale też mąka (i jej wypieki) oraz mięso. Drogi rzepak to drogi śrut rzepakowy, który jest źródłem białka w wielu hodowlach.

Numerem jeden drożyzny w żywności jest drób, który kosztuje prawie 24 proc. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. I tu znów "podziękowania" możemy wysyłać w różne strony świata. Choć świąteczna kartka może mieć też adresatów w Polsce.

Od miesięcy producenci drobiu i jaj (te podrożały o 10 proc.) walczą z ptasią grypą. Ta dziesiątkuje stada, a to odbija się na cenach. Giną nie tylko polskie kurczaki, ale również duńskie indyki i niemieckie gęsi. Francuzi muszą przez wirusa zabijać za to kury nioski. I tak spirala cenowa znów się nakręca.

Statystyczny Polak zjada w ciągu roku około 30 kilogramów drobiu. Może albo płacić więcej, albo zredukować spożycie o 7 kilogramów. I wtedy płacić wciąż tyle samo, choć jeść mniej.

Mleko i produkty mleczne? Również droższe. W tej chwili na ich ceny wpływa… sytuacja w Nowej Zelandii.

To największy na świecie eksporter produktów mlecznych, który cierpi przez problemy pogodowe. O ile w Kanadzie prażyło, to u "Kiwi" zbyt często pada. - Rolnictwo lubi równowagę, a tej nie było - ocenia Jakub Olipra. W tym przypadku różnica cenowa to około 6 proc. w ciągu roku.

W tym jednak - mleko 6,6 proc., jogurty, śmietana i napoje mleczne 5,6 proc., a sery i twarogi 6 proc. Oczywiście wszystko w górę.

Do wzrostu cen mleka, sera i masła swoje trzy grosze wtrącili również Chińczycy. Sami nie są w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości, więc importują. I pod tym względem są numerem jeden. Polscy producenci na tym zyskują (my jednak tracimy), bo Chiny są zaraz po Czechach i Niemczech na liście krajów, do których wysyłamy najwięcej produktów mleczarskich.

O chiński rynek walczą jednak ze sobą głównie Australijczycy, Nowozelandczycy i Amerykanie - europejskie firmy zwykle miewają problem z przebiciem konkurencyjnej oferty. I tylko obserwują zmiany cen.

Brazylijczyków zmroziło, a my zapłakaliśmy

Wrócę do cukru, który miał coś posłodzić, a nie osłodzi - on też znajduje się na liście drożejących produktów. Zdrożał o ponad 19 proc. - a to dlatego, że jego ceny na rynkach światowych rosną, więc analogicznie dzieje się w Polsce. Tym razem niewinna jest Kanada i Nowa Zelandia, a Brazylii.

To największy eksporter tego produktu, ale tym razem plantacjom zaszkodził nie upał, tylko przymrozki, które uszkodziły plony.

Na światowe ceny ma wpływ też to, jak sytuacja wygląda w Indiach i Tajlandii, które są również w "cukrowej" czołówce. Im gorzej tam, tym więcej Polacy płacą w sklepach.

I znów - polski cukier nie pochodzi z trzciny cukrowej, a buraka cukrowego, ale dla międzynarodowych rynków nie ma to większego znaczenia.

Jednocześnie warto dodać, że trzcinę cukrową - wykorzystywaną w Brazylii, Indiach i Tajlandii - można przerobić albo na cukier, albo na bioetanol. I choć to może zaskakiwać, to od lat notowania cukru powiązane są z notowaniami ropy naftowej. Jednocześnie od dwóch lat na rynku jest deficyt, czyli zapotrzebowanie zdecydowanie przewyższa możliwości produkcyjne.

Życzę wszystkim i sobie zdrowych, spokojnych i tańszych świąt. A prezenty pod choinką warto docenić podwójnie. Odzież? Droższa niż przed rokiem. Obuwie? Droższe niż przed rokiem. Wyposażenie domu? Też. Warto być wdzięcznym za każdy.

Tylko żarty wujka wciąż pozostają bezcenne i nie drożeją.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią

Share