Trwa ładowanie...
Premier Mateusz Morawiecki
Premier Mateusz MorawieckiŹródło: East News, fot: Wojciech Stróżyk

Inflacja. Morawiecki ma rację, Morawiecki się myli

Słowo "inflacja" jest w ostatnich dniach odmieniane przez wszystkie przypadki. Premier Mateusz Morawiecki uspokaja, że nie dzieje się nic strasznego, bo przecież wynagrodzenia rosną szybciej. Kowalska i Kowalski, którzy podwyżek nie dostali, mogą jednak wkrótce stanąć przed dylematem - kupić dziecku nowe buty na zimę czy opłacić wszystkie rachunki.

Share

Od kilku miesięcy mamy do czynienia z inflacją na poziomie, który może niepokoić. Lipcowy wskaźnik wyniósł 5 proc. To najwyższa wartość od dekady - jeżeli zajrzymy do danych Głównego Urzędu Statystycznego, to okaże się, że 5-procentowy wzrost cen względem analogicznego miesiąca roku poprzedniego miał miejsce w maju 2011 roku.

Od początku wakacji media zalewają również "paragony grozy", z których można by wnosić, że do frytek i flądry we Władysławowie dodawane są opiłki złota, a zupa rybna w Ustce gotowana jest na rekinich płetwach.

Oliwy do ognia (o tym, jak wysoki jest płomień, jeszcze będę pisał) dolał premier Mateusz Morawiecki, który pod koniec lipca stwierdził, że "jeśli wynagrodzenia rosną dwa razy szybciej [niż inflacja], oznacza to, że za zarobioną kwotę możemy kupić dwa razy więcej."

dcx939o

Premier dodał: "Kiedy inflacja oscyluje powyżej 4 proc. i jest niepokojąca, wynagrodzenia wzrosły o 9,1 proc". W 2012 roku natomiast "kiedy inflacja wynosiła 2,8 proc., wzrost wynagrodzeń notowany był na poziomie 2,7 proc".

Co prawda nie mamy jeszcze danych z Eurostatu za lipiec, ale jeżeli cofniemy się do czerwca, to okaże się, że byliśmy niemal "europejskimi championami" inflacji. Europejski Urząd Statystyczny szacował inflację w Polsce na 4,1 proc. Większy wzrost cen był tylko na Węgrzech. Wynosił on 5,3 proc.

Według GUS w czerwcu inflacja w naszym kraju wynosiła 4,4 (niewielka różnica między danymi GUS i Eurostatu wynika z nieco innej metodologii szacowania wskaźnika).

"Uśrednianie" koszyków

Co więc z tą inflacją? I czy w przypadku słów premiera mamy do czynienia ze zwykłym politycznym mijaniem się z prawdą, czy jednak jest coś na rzeczy? Zanim do tego dojdziemy, opowiedzmy sobie więcej o tej ciekawej ekonomicznej mierze.

Czym więc w ogóle jest inflacja? Najprościej - to zmiana cen na rynku. I właśnie stąd oficjalna nazwa tej miary w Głównym Urzędzie Statystycznym to "wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych".

Ale nie jest to zmiana ceny jednego czy drugiego towaru. Jeżeli drożeje masło i mleko, nawet znacznie, to jeszcze nie znaczy, że mamy do czynienia z inflacją. Pamiętajmy, że w gospodarce rynkowej cały czas część towarów drożeje, inne towary i usługi tanieją, a ceny niektórych z nich pozostają niezmienne. Inflacją jest dopiero uśrednioną sumą wzrostu cen bardzo wielu produktów.

Aby podać tę miarę, Główny Urząd Statystyczny gromadzi informacje o ponad 230 tys. cen różnych produktów i usług co miesiąc. Z roku na rok zresztą, wraz z poszerzaniem się oferty rynkowej, liczba ta rośnie.

Aby podać inflację GUS gromadzi informacje o ponad 230 tys. cen różnych produktów i usług co miesiąc. Z roku na rok zresztą, wraz z poszerzaniem się oferty rynkowej, liczba ta rośnie
Aby podać inflację GUS gromadzi informacje o ponad 230 tys. cen różnych produktów i usług co miesiąc. Z roku na rok zresztą, wraz z poszerzaniem się oferty rynkowej, liczba ta rośnieŹródło: East News, fot: Piotr Kamionka

Statystycy GUS nie wrzucają jednak wszystkich cen do jednego worka. Nie miałoby to sensu, ponieważ ludzie nie przeznaczają oczywiście takiej samej części swoich dochodów na przykład na papierosy i na wynajem mieszkania. Aby to wszystko usystematyzować, GUS oraz wszystkie inne instytucje, które gromadzą informacje o inflacji, tworzą tak zwane koszyki inflacyjne. Pozwalają one określić, jaka część naszych wydatków przeznaczana jest na jakie konkretnie dobra i usługi.

dcx939o

I tak – uśredniając – największą "wagę" w koszyku inflacyjnym stanowi jedzenie. Pochłania ono około 28 proc. wydatków statystycznego gospodarstwa domowego.

Następna jest kategoria użytkowanie mieszkania i nośników energii. Stanowi ona 19 proc. wydatków przeciętnych Kowalskich. Następnie jest transport: 9 proc. i używki: 7 proc.

Główny Urząd Statystyczny przyporządkowuje nasze wydatki do 12 tego typu grup. Ceny wszystkich z nich tworzą wspomnianą wyżej liczbę 230 tys.

Ale to nie wszystko. Wspomniałem o tym, że są to koszyki "uśrednione". Jak mawiają statystycy, najtrudniej jest znaleźć przeciętnego Kowalskiego. Każdy z nas różni się pod względem wydawanych przez siebie pieniędzy. Jedna osoba bardziej lubi na śniadanie ser żółty, ktoś inny polędwicę sopocką, ktoś inny szynkę serrano.

Te poszczególne indywidualne wybory – jeżeli spojrzymy na to z góry – tworzą pewne wzorce (precyzując: chodzi o wzorce zakupowe gospodarstw domowych, ponieważ dla tego poziomu GUS agreguje swoje dane).

I tak na przykład w koszykach wydatkowych osób biedniejszych proporcjonalnie więcej zajmuje żywność. Wynika to z faktu, że biedniejsi znacznie mniej niż bogatsi przeznaczają na rozrywkę czy podróże. Jeżeli więc żywność drożeje szybciej niż na przykład sprzęt RTV, to biedniejsi czują tę zmianę w sposób bardziej dotkliwy niż zamożni.

Szczerze mówiąc, zamożni w ogóle w codziennych wyborach konsumenckich w niewielkim stopniu odczuwają inflację, bo to, czy na zwykłe wydatki konsumpcyjne i usługowe wydadzą 100, czy 1000 złotych więcej miesięcznie, nie jest zauważalne dla ich budżetu domowego.

Nie jest przypadkiem, że na promocje w hipermarketach polują raczej osoby biedniejsze, podczas gdy zamożni wrzucają do koszyków po prostu to, na co mają ochotę. I nie mają pojęcia, ile kosztuje chleb, masło czy polędwica, ponieważ ile by nie kosztowała, to oni i tak za nią zapłacą.

Możemy schodzić coraz niżej i niżej w naszych obserwacjach i przyglądać się coraz mniejszym grupom statystycznym. Możemy na przykład wyodrębnić grupę niezamożnych emeryckich gospodarstw domowych z miast do 10 tys. mieszkańców. One będą miały inny koszyk inflacyjny niż gospodarstwa emeryckie z wielkich miast.

dcx939o

Na końcu takiej drogi widzimy piksele – poszczególne gospodarstwa domowe z ich konkretnymi wyborami konsumenckimi.

Bo – co bardzo ciekawe – każdy z nas (a właściwie każde z gospodarstw domowych, w których mieszkamy) ma prywatną inflację. Ta jest uzależniona oczywiście od naszego własnego koszyka, który wynika z naszych przyzwyczajeń: tego, czy jemy śniadanie w domu, czy na mieście, tego, czy nasz partner lub partnerka jeździ do pracy własnym samochodem, komunikacją miejską, czy pracuje na home office i ten wydatek odpada z budżetu w ogóle.

Tego, czy jeździmy na wakacje do "costa del babcia", czy wybieramy jednak Jordanię (tu oczywiście jasny jest komponent w postaci zasobności naszego portfela), czy najczęściej kupujemy buty w Carrefourze, na przecenach w Zalando, czy w Moliera2. Czy palimy papierosy, czy kompulsywnie kupujemy gadżety, czy jemy dużo tanich warzyw.

Benzyna 30 proc. w górę

Czy to więc znaczy, że statystyka nie ma sensu? Wręcz przeciwnie! To ona pozwala nam uporządkować ten pozorny chaos i dostrzec w sumie poszczególnych pikseli obraz. Analogia z pikselami zresztą nie jest przypadkowa; każdy z nich podświetla się w nieco inny sposób, dopiero ich suma pozwala Państwu czytać ten tekst.

Z uwagi na "intensywność" inflacji ekonomiści rozróżniają: inflację pełzającą (5–10 proc., z taką mieliśmy do czynienia w lipcu, przypomnijmy – po raz pierwszy od dekady), inflację galopującą (10-150 proc.) oraz hiperinflację (powyżej 150 proc.).

W potransformacyjnym 30-leciu najwyższą inflację mieliśmy w lutym 1990 roku. Wynosiła ona wtedy, w porównaniu do analogicznego miesiąca roku poprzedniego… 1183 proc. Przypomnijmy raz jeszcze – dzisiaj wynosi ona 5 proc.; 30 lat temu towary i usługi drożały 240 razy szybciej.

W lipcu 2021 roku,  w porównaniu do analogicznego miesiąca roku poprzedniego,  na stacjach benzynowych płaciliśmy o 30 proc. więcej
W lipcu 2021 roku, w porównaniu do analogicznego miesiąca roku poprzedniego, na stacjach benzynowych płacimy o 30 proc. więcejŹródło: East News, fot: Marek Bazak

Narodowy Bank Polski szacuje optymalny poziom inflacji na 2,5 proc. plus minus 1 pkt proc. Oznacza to, że dzisiejsza inflacja przebija ów poziom o 1,5 pkt. proc. To z pewnością więcej niż nic, ale raczej jeszcze nie powód do paniki.

dcx939o

Co ciekawe, w ekonomii nie ma kategorii "drożyzna". To termin potoczny. I jak z potocznymi terminami bywa, jest on nieprecyzyjny. Może więc odnosić się i do wysokiej inflacji i do wzrostu ceny jednego albo kilku produktów. A już wiemy, że inflacja to uśredniony wskaźnik tysięcy cen.

A dlaczego inflacja jest zła?

Cóż… z tego, co wyżej zostało już powiedziane, inflacja wcale nie musi być zła. Wręcz przeciwnie, jej niewielki poziom służy oliwieniu gospodarki. Zła jest wysoka inflacja, inflacja pełzająca czy też galopująca, nie mówiąc o hiperinflacji. Ale deflacja, czyli spadek cen, również jest niekorzystny dla gospodarki.

A co powoduje dzisiejszą wysoką inflację? Nie jest to kwestia polityki redystrybucyjnej rządu, co pojawia się w różnych komentarzach. To nie jest tak, że w końcu, po pięciu latach od wprowadzenia program 500+ zaowocowało to wysokimi podwyżkami cen chleba.

Wróćmy na chwilę do koszyka inflacyjnego. Pamiętają Państwo, że GUS grupuje ceny w poszczególne kategorie: żywność, używki, ceny mieszkania, paliwo. Zaglądając na strony Głównego Urzędu Statystycznego, możemy zobaczyć, które z tych cen windują inflację.

Nie jest to żadna magiczna sztuczka, wystarczy po prostu otworzyć odpowiednią zakładkę i wszystkie bajdurzenia o tym, że polityka redystrybucyjna pobija wzrost cen, rozpływają się niczym sen na dźwięk budzika. Co więc pompuje inflację? Głównie wzrost cen paliw.

W porównaniu do analogicznego miesiąca roku poprzedniego na stacjach benzynowych płacimy o… 30 proc. więcej! To tak zwany efekt bazy: ceny benzyny w zeszłym roku bardzo spadły z powodu koronawirsa, który drastycznie ograniczył popyt na ropę.

Rynki zareagowały szaleństwem obniżek cen. Dzisiaj sobie ten okres rekompensują.

Daniel Obajtek, prezes PKN Orlen, pochwalił się, że firma, którą kieruje, zanotowała w I półroczu 2021 roku 4,116 mld zysku wobec 2,123 mld przed rokiem. Wskazywał, że za sukcesem kryją się "właściwe decyzje inwestycyjne"

Miejmy jednak świadomość, że wzrost cen przy dystrybutorach nastąpił po okresie spadków; litr benzyny 95 w lipcu 2020 nie kosztował nawet… 4,30 zł. Tak, były takie czasy. W zeszłym miesiącu średnia cena tego samego paliwa to 5,63. Ale cena tego samego produktu w analogicznym okresie 2019 roku wynosiła 5,13.

dcx939o

Część z nas może powiedzieć, że ceny paliw przekładają się na wszystkie inne ceny w gospodarce, ponieważ przecież wszystkie produkty wymagają transportu. I jest w tym trochę prawdy. Za podwyżkami cen benzyny często idą podwyżki cen innych towarów, jednak – przynajmniej na razie – nie widać tego w szacunkach GUS. Dla przykładu żywność względem lipca 2020 zdrożała o… 3 proc. Więcej, bo o 5 proc. wzrosła cena energii.

Pojawia się istotne "ale"

Skupmy się teraz na wadach inflacji, co nas zresztą doprowadzi w końcu do odpowiedzi na pytanie o to, czy Mateusz Morawiecki miał trochę racji w swoim stwierdzeniu, czy tylko robił dobą minę do złej gry.

Wysoka inflacja – z perspektywy zwykłego zjadacza chleba – jest zła z dwóch powodów.

Premier Morawiecki na zakupach w katowickiej ciastkarni, wrzesień 2019 roku. W tamtym czasie deklarował: "Inflacja jest jak najbardziej w 'ryzach', ale nie chciałbym tego problemu stracić z oczu; Polska ma być krajem coraz bardziej rosnących płac, to jest podstawa naszej polityki
Premier Morawiecki na zakupach w katowickiej ciastkarni, wrzesień 2019 roku. W tamtym czasie deklarował: "Inflacja jest jak najbardziej w 'ryzach', ale nie chciałbym tego problemu stracić z oczu; Polska ma być krajem coraz bardziej rosnących płac, to jest podstawa naszej polityki Źródło: PAP, fot: Piotr Nowak

Po pierwsze, jeżeli ów przysłowiowy chleb jest droższy, to "zjadacz" może kupić go coraz mniej za te same pieniądze. Wiemy już jednak, że w inflacji nie chodzi konkretnie o chleb czy masło, ale o sumę cen tysięcy produktów, z których jedne tanieją, inne drożeją ("chleb" w zdaniu powyżej jest pewną przenośnią). Jeżeli inflacja jest wysoka, to możemy po prostu kupić mniej za te same pieniądze. A więc – przy wysokiej inflacji – teoretycznie spada nasz poziom życia wyznaczany przez zasobność portfela.

Z drugiej strony inflacja negatywnie wpływa na oszczędności. I tu mechanizm jest podobny: inflacja de facto oznacza spadek wartości pieniądza. Jeżeli mamy do czynienia z wysoką inflacją, to szybko spada wartość naszych oszczędności. To jednak nie musi być dużym problemem, ponieważ osoby zamożne (a więc takie, które mają większe oszczędności) uciekają z nimi w inwestycje.

Zresztą mogą to robić również i drobniejsi ciułacze, których oszczędności sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych (tak, zdaję sobie sprawę z tego, jak niewiele osób dysponuje takimi oszczędnościami). A pokłosiem ucieczki od inflacji jest boom na rynku mieszkań.

Co jest największym problemem związanym ze wzrostem cen? Właśnie wyżej wspomniany spadek realnej wartości dochodu! To właśnie dochód jest ostatnim elementem tej złożonej układanki. I tu wracamy do wypowiedzi premiera. Twierdził on, że o ile rosną nasze pensje, to nie odczuwamy inflacji. I to rzeczywiście jest… prawdą.

Jeżeli wzrost naszych dochodów jest równy inflacji, to nie odczuwamy tego w poziomie życia. Tak, pieniądz traci wtedy na wartości, ale jeśli zarabiamy więcej, to nie ma to większego znaczenia, bo ciągle możemy kupić tyle samo towarów i usług, co wcześniej. Jeżeli natomiast wzrost pensji wyprzedza inflację, to… stać nas na więcej! Jeżeli więc przy wysokiej inflacji mamy wysoki wzrost pensji to mimo tego, że pieniądz będzie mniej wart, to my będziemy się bogacić.

I tu pojawia się pewne istotne "ale".

Nie mamy danych z lipca, natomiast według GUS w czerwcu wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło niemal o 10 proc. rok do roku. To naprawdę sporo. Tym samym znacznie wyprzedziło inflacje.

Statystyczny Kowalski jest więc bogatszy, niż był w zeszłym roku! Ale jak już wiemy, najtrudniej w społeczeństwie jest znaleźć statystycznego Kowalskiego. Jeśli chodzi o tę konkretną gusowską statystykę, to należy wiedzieć, że w tym przypadku GUS zbiera dane tylko dla osób zatrudnionych na umowę o pracę, tylko z sektora prywatnego oraz tylko z przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób.

I tu pojawiają się przynajmniej dwa problemy. Po pierwsze są to dane bardzo niereprezentatywne, ponieważ na przykład pracownicy budżetówki wcale nie musieli dostać podwyżek rekompensujących wzrost inflacji! Podobnie jak pracownicy małych firm, albo osoby zatrudnione na śmieciówkach.

Po drugie również wśród osób, zatrudnionych w większych firmach prywatnych nie wszyscy dostali podwyżki w 2021 roku. Natomiast wzrost cen benzyny dotknął wszystkich, którzy jeżdżą samochodami. I choć można mówić, że przecież nie każdy ma samochód, a i samochód nie jest niezbędny do życia, tak np. podwyżki cen energii dotykają już w zasadzie wszystkich, bo trudno nie ma zbyt wielu osób, które nie korzystają z energii elektrycznej.

W całym tym skomplikowanym obrazie najpilniej trzeba się przyglądać tym, którzy zarabiają najmniej. Dlaczego? Ponieważ, jak już pisałem, spora część klasy średniej de facto nie czuje inflacji. Po prostu bierze do sklepowych koszyków to, co zwykle i nie wie ile, kosztuje chleb (przyznajcie się Państwo, wiecie, ile kosztuje kostka masła, albo bułki?).

Tymczasem wahania cen, zwłaszcza cen żywności, czy cen związanych z utrzymaniem mieszkania może w dużym stopniu może pogorszyć jakość życia osób najbiedniejszych.

I choć tegoroczny wzrost płacy minimalnej jest wyższy niż lipcowa inflacja (w 2021 pensje wzrosły w stosunku do 2020 o około 8 proc.), to nie wszystkie zasiłki rosły w tym samym tempie. Część osób najbiedniejszych może więc szczególnie dotkliwie odczuć podwyżki.

I kiedy jesienią staną oni przed dylematem czy kupić dziecku nowe buty na zimę, czy opłacić rachunek za telefon, to kiepskim dla nich pocieszeniem będzie to, że w sektorze przedsiębiorstw wzrost pensji wyprzedził inflację.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Podziel się opinią

Share