Nie zaskakuje mnie kwota zapowiadanego deficytu, ponieważ taki byłby rzeczywisty deficyt tegoroczny, gdyby wszystko zostało uczciwie policzone. Tymczasem część deficytu rząd ukrył – np. z 23 mld zł na budowę dróg kwotę 10 mld wepchnięto z wydatków budżetu do funduszu drogowego, a co z resztą – nie wiadomo. Zaskakuje mnie natomiast to, że po pół roku liczenia i opowiadania bajek słyszymy następną bajkę, że ponad 52 mld deficytu to wcale nie jest tak dużo, bo inni mają więcej. Pozwalam sobie przypomnieć, że faktyczny deficyt całego sektora finansów publicznych sięga ok. 100 mld zł. A już dziś zadłużenie Polaków przekracza 16 tys. zł na głowę. I sytuacja staje się bardzo poważna. Ewidentnie minister finansów realizuje jakiś plan, ale tak samo niejasny jak jego personalia. Jest on realizowany wytrwale i konsekwentnie. Sądzę, że w państwie takim jak Polska, demokratycznym, ale biednym, na dorobku – konieczne jest zebranie się głównych sił politycznych. Być może w formie jakiegoś „okrągłego stołu”, i odważne,
uczciwe porozmawianie o przyczynach, dla których doszliśmy do tak wysokich deficytów, tak wielkiego zadłużenia, i o sposobie wyjścia z tej matni, z tej pętli finansowej. Czas PR-owskich sztuczek się skończył, trzeba poszukiwać takiego rozwiązania, żebyśmy nie realizowali scenariusza węgierskiego. Z trudem przyjmuję do wiadomości, że być może chodzi o to, żeby sprywatyzować polską energetykę. Chętni na nią zgłaszali się już dziesięć lat temu. W czasach dekoniunktury wszelkie decyzje muszą być podejmowane bardzo ostrożnie, a ja zgadzam się z prezydentem, że bez „pereł w koronie” nie ma korony. Chyba że jest to korona cierniowa. Musimy koniecznie pamiętać o przypadku RWE-Polska, dawny Stoen, ponieważ jest bardzo pouczający. Cały stołeczny rynek energii oddano Niemcom. Oni ewidentnie mają ochotę na więcej. Podobnie jak szwedzki Vattenfall, który już ma rynek śląski.