Trwa ładowanie...
Supraśl. Niewielka miejscowość łączy w sobie najlepsze, co Podlasie ma do zaoferowania
(East News)
#JedziemyWPolskę

Supraśl. Niewielka miejscowość łączy w sobie najlepsze, co Podlasie ma do zaoferowania

Legenda głosi, że znudzony wielkimi festiwalami Roman Gutek szukał wydarzenia, które umożliwi oglądanie filmów bez pośpiechu, a do tego w otoczeniu natury. Ponieważ takiego nie znalazł, stworzył własne. I to był strzał w dziesiątkę.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Artykuł jest częścią naszego cyklu #JedziemyWPolskę.

Mogłabym z przewodnikiem obserwować niebo albo zapisać się na warsztaty twórczego pisania i dowiedzieć się, "jak za Shakespeare'a mięsem rzucano, czyli czy można pięknie przeklinać". A gdybym chciała przeżyć coś naprawdę nietypowego, mogłabym się zapisać na dwudniową Leśną Wyprawę Dzikich Kobiet – wyjście do lasu w sobotę przed południem, powrót "do cywilizacji" następnego dnia.

Mogłabym – gdybym tylko spędziła kilka kolejnych tygodni w oddalonym o kilkanaście kilometrów od Białegostoku Supraślu. Po raz czwarty odbył się tam festiwal Podlasie SlowFest – czyli pochwała spokoju, odprężenia i braku pośpiechu. Bo Supraśl całym sobą zdaje się krzyczeć "zwolnij!".

df0j41e

Cztery kolejne weekendy, 50 punktów w programie.

Prawdopodobnie najbardziej niespieszny festiwal w Polsce.

Gdy wielki świat już się znudzi, człowiek chce wrócić do źródeł

"Podlasie SlowFest jest festiwalem sztuki w bliskości z naturą. Sztuki filmowej, muzycznej, literackiej, kulinarnej i wielu innych (…) Kreuje rzeczywistość, w której sztuka, kultura i natura tracą granice. Te stylistyczne, formalne i te zwyczajne granice w naszym postrzeganiu i odbiorze sztuki i natury" – tak piszą o festiwalu sami twórcy.

W pierwszej chwili te wysublimowane opisy nijak nie kojarzą mi się z Podlasiem, które znam – swojskim, bezpretensjonalnym, nazywającym wszystko po imieniu, bez używania wielkich słów. Od koleżanki, która na supraski festiwal jeździ co roku, wiem jednak, że tam się rzeczywiście dzieją cuda, więc nie warto się sugerować opisem, który brzmi jak zapowiedź modnego "eventu" w warszawskim klubie.

Wątpliwości rosną, gdy doczytuję, że twórcą SlowFest jest Roman Gutek. Warszawiakom znany jest jako właściciel Kina Muranów, wrocławianom – jako szef festiwali filmowych Nowe Horyzonty i American Film Festival, a wszystkim wyrobionym kinomanom jako człowiek, który sprowadził do Polski wiele dobrych filmów, po które nigdy by nie wyciągnęły ręki kina sieciowe.

Dlaczego człowiek, który jest w stanie zorganizować wielki festiwal filmowy w dowolnym miejscu w Polsce i ściągnąć na niego najgorętsze nazwiska, wyłożył pieniądze na organizację imprezy, która obraca się wokół niewielkich pokazów filmowych i "zajęć terenowych", w czasie których uczestnicy dowiadują się o leczniczych właściwościach roślin na pobliskiej łące?

Festiwalowa legenda głosi, że w 2017 r. Gutek wybrał Supraśl zamiast Cannes, bo znudzony był typowymi festiwalami filmowymi, na których widzowie biegną z jednej sali do drugiej, a plan dnia rozpisują niemal w excelu, by mieć pewność, że wybrane prelekcje na siebie nie nachodzą.

- Tu miało być inaczej. SlowFest zaplanowany jest tak, by jednego dnia odbywały się maksymalnie cztery wydarzenia, a między nimi uczestnicy mogą korzystać z tego, co Podlasie ma im do zaoferowania – wyjaśnia mi Piotr Domagała, dyrektor festiwalu.

Podobnie jak Roman Gutek, i on nie ma podlaskich korzeni. Jest z Krakowa, a więc miasta, które jak żadne inne kojarzy się ze sztuką i w którym pewnie taki festiwal też miałby rację bytu. Ba, na pewno przyszłoby więcej widzów, więc i wpływy z biletów byłyby wyższe.

Źródło:

Odtrutka na męczącą łatkę

Nie o kasę jednak chodziło, przekonuje. Stowarzyszenie Dalapenia, którego jest członkiem, szukało miejsca, w którym można organizować festiwal łączący różne rodzaje sztuki. Los jakoś przeciął ich drogi z Romanem Gutkiem, któremu dokładnie to samo chodziło po głowie i tak trafili do Supraśla. Założenie od początku było jasne: to mają być kameralne wydarzenia. Żadne tam sale nabite do ostatniego miejsca, ale koncerty dla 30 uczestników, chodzenie po lesie w grupie 10 osób.

df0j41e

Szybko się okazało, że przy tak dużej popularności zapotrzebowanie na dostawianie nowych krzeseł jest duże, więc o ten kameralny charakter nieco trudno. Na festiwalowe wydarzenia przychodzą mieszkańcy Supraśla i sąsiednich miejscowości, sporo osób z Białegostoku, ale najwięcej jednak na parkingach aut z mazowieckimi rejestracjami.

- Wracamy do źródeł – mówi Piotr Domagała, delikatnym gestem wskazując salę kinową, na której co drugie krzesło, zgodnie z zasadami, jest zaklejone taśmą w sposób uniemożliwiający siadanie na nim.

Jak nad każdym tegorocznym festiwalem, również nad przyszłością SlowFest zawisł wielki znak zapytania. Udało się. Wprawdzie program chudszy niż w poprzednich trzech edycjach, ale chętnych i tak więcej niż dostępnych miejsc. Największym zainteresowaniem cieszył się siedmiodniowy kurs pisania ikon. Skąd ikony w Supraślu – wyjaśnię później.

Źródło:

Nie oszukujmy się. Tak się jakoś przyjęło, że nie zestawiamy obok siebie słów "Podlasie" i "kultura". Bo disco polo, bo przaśne, bo gdzieżby indziej Zenek Martyniuk mógł zrobić benefis w operze, jak nie w Białymstoku. Piotr Domagała przyznaje, że władzom samorządowym bardzo zależało na tym, by wesprzeć organizację wydarzenia, które trochę to Podlasie odczaruje i będzie efektywnym narzędziem do pokazywania tej głębszej, subtelniejszej strony kultury regionu.

Najwyraźniej łatka miejsca, w którym synonimem artysty jest muzyk śpiewający proste rymy, któremu obowiązkowo towarzyszą zgrabne dziewczyny z formacji tanecznej, zaczęła samorządowców uwierać.

Tym bardziej, że wielokulturowe Podlasie ma w kwestii kultury i sztuki wiele do zaoferowania – gdzieś się jednak to wszystko schowało pod pierzynką tego, co dla ucha statystycznego odbiorcy miłe, ładne i proste.

- Nie jest tak, że my kulturę do Supraśla przywieźliśmy – zastrzega mój rozmówca na wypadek, gdybym chciała taka insynuację uczynić.

Źródło:

Bo Supraśl był z wielką sztuką związany na długo przed festiwalem.

df0j41e

- Liceum plastyczne, Akademia Supraska, monaster, odnoszący sukcesy w kraju i za granicą teatr Wierszalin. Jak na tak niewielka miejscowość, jest tych punktów styczności z kulturą bardzo wiele – mówi. – My nie robimy żadnego desantu, nie przywozimy sztuki w walizce, ale korzystamy z tego, co Supraśl ma do zaoferowania i dajemy coś od siebie: popularność, rozgłos.

Nazywa to "rozgłosem kwalifikowanym", bo informacja trafia do ludzi, którzy takiej właśnie nieoczywistej oferty kulturalnej szukają. I nie ma wątpliwości, że tych ludzi będzie coraz więcej.

- Powoli turystyka festiwalowa staje się coraz większym motorem przemysłu turystycznego. Na Zachodzie to normalny sposób planowania czasu wolnego, u nas ludzie dopiero się przekonują, że warto połączyć urlop z udziałem w jakimś festiwalu – przekonuje.

Czytaj o fenomenie disco polo: Oni "wyczuli piniądz". Opowieść o disco polo, którego nikt nie słucha, a wszyscy znają

Telewizja odkryła Supraśl już dawno

Lipcowy weekend w Supraślu był moim czwartym spotkaniem z tym niewielkim, bo liczącym trochę ponad 5 tys. mieszkańców miasteczkiem. Po raz pierwszy pojechałam tam trzy lata temu i zakochałam się w nim od razu.

Ci, którzy oglądają serial TVP "Blondynka", doskonale wiedzą, o czym mówię. To właśnie Supraśl udaje serialowe Majaki – nieco senną miejscowość zamieszkaną przez ludzi o wielu męczących nawykach i dość niedzisiejszym spojrzeniu na szereg spraw, zwłaszcza obyczajowych. Widzowie najwyraźniej pokochali losy pogubionej pani weterynarz, która przyjechała z Warszawy do tego nieco karykaturalnego przedstawienia polskiej wsi, bo TVP kręci już dziewiąty sezon serialu.

- Ubolewamy, że to filmowe Majaki, a nie Supraśl, ale i tak cieszymy się, że w tle pojawiają się nasze zabytki. Obecnie kręcone są sceny na plaży i w tle będzie monaster – mówi Magdalena Szymańska-Smarżewska z biura promocji Supraśla.

W serialu gra też urząd, w którym pani Magdalena na co dzień pracuje. Przyznaje, że wszyscy już się przyzwyczaili do rytmu serialu i zaakceptowali, że kiedy kręcone są sceny, trzeba na przykład zmienić trasę, by nie wpakować się filmowcom przed kamerę. Zresztą mogą się przed nią znaleźć zupełnie "legalnie", bo mieszkańcy Supraśla regularnie statystują.

Źródło:

Pani Magdalena podpowiada, że fani serialu, którzy mają nadzieję zobaczyć ulubionych aktorów, powinni do Supraśla przyjechać na przełomie lipca i sierpnia, bo wtedy kręcone są sceny plenerowe. Aktorów można spotkać wtedy na ulicy lub na jakiejś leśnej ścieżce, gdy odpoczywają po pracy.

df0j41e

- Tak mi się tutaj podoba, że niezależnie od pracy w "Blondynce", dość często przyjeżdżam tu na wakacje. Uwielbiam Podlasie. Uważam że jest to jeden z najpiękniejszych rejonów nie tylko w Polsce, ale chyba i w Europie. Właściwie to gram w 'Blondynce' głównie po to, żeby przyjeżdżać do Supraśla – powiedział w rozmowie z serwisem "Nasze Miasto" aktor Grzegorz Małecki.

A komu nie będzie dane popatrzeć na pracę ekipy, może przynajmniej zrobić zdjęcie z szyldem zakładu fryzjerskiego "U Elwirki", który znajduje się przy samym wlocie na historyczną ulicę 3 Maja. Dekoracja filmowa na tyle dobrze się przyjęła, że właściciel działającego w tym miejscu naprawdę zakładu zdecydował się pozostawić kolorowy szyld. Przeczytałam gdzieś, że to jeden z najczęściej fotografowanych obiektów w Supraślu, ale uwierzcie mi: to dopiero wstęp do doznań estetycznych, które czekają na nas kilka kroków dalej.

Źródło: wp.pl

Osada wokół monasteru

Ale zaraz, zaraz, skąd się właściwie w sercu Puszczy Knyszyńskiej wziął Supraśl? Legenda mówi, że nic by tu nie było, gdyby nie rzeka. Oto bowiem w XV wieku mnisi z nieodległego Gródka dość mieli hałasu, który uniemożliwiał im modlitwę i odciągał od życia w cnocie. Uzyskali zgodę odpowiednich władz na przeniesienie się do nowego miejsca, ale jego wybór nie miał być dziełem przypadku. Mnisi puścili na rzekę Supraśl drewniany krzyż i postanowili osiedlić się w tam, gdzie się zatrzyma. Krzyż zatrzymał się w szuwarach pod wzgórzem. Lokacja dla monasteru ze wszech miar doskonała! Czy to wyłącznie boska ingerencja, czy może nieco mnisi losowi dopomogli – trudno dociekać.

Aby potomni pamiętali tę legendę, miejsce, w którym zatrzymał się krzyż, zostało godnie upamiętnione.

Źródło: wp.pl

Wkrótce na skarpie powstał drewniany monaster, który z czasem zastąpiony został ogromnym gotyckim budynkiem z czterema basztami obronnymi. To jeden z niewielu w Polsce obiektów sakralnych o cechach obronnych.

df0j41e

Czytaj więcej: Tam, gdzie bije serce polskiego prawosławia. Zagubić się na podlaskich drogach

Wysadzona przez Niemców w powietrze w 1944 r., odbudowana została pod koniec XX wieku. Dziś to nie tylko miejsce modlitw, lecz również jeden z najważniejszych ośrodków życia prawosławnych w Polsce. To za sprawą mieszczącego się w budynkach monasteru Akademii Supraskiej, czyli centrum szkoleniowego i konferencyjnego, a jeśli wynajmiecie pokój w Domu Pielgrzyma, będziecie mieli okazję poprzyglądać się od wewnątrz gmachowi, który zasadniczo dla turystów jest zamknięty. Regularnie spotykają się tu prawosławni teologowie, odbywają się wystawy, kursy. A może chcecie nauczyć się pisać ikony? Sprawdzajcie informacje na stronie Akademii.

Na terenie monasteru działają dwa muzea: Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa oraz Muzeum Ikon. To drugie polecam również tym, którym generalnie z muzeami nie jest po drodze. Sposób ekspozycji ikon i muzyka, która otoczy Was z chwilą, w której przekroczycie grube, zimne mury podziemi zostają w pamięci i warte są 18 zł (cena biletu dla dorosłego).

Do Supraśla przyjeżdżają nie tylko pielgrzymi i uczestnicy SlowFestu. Biorąc pod uwagę, jak w niedzielne popołudnie zatłoczona była plaża, nie mam wątpliwości, że to po prostu popularne miejsce dla mieszkańców wielu okolicznych miejscowości. Każdy znajdzie coś dla siebie. Plażowanie? Pewnie. Kajaki? Proszę bardzo. Rowery (czy wspomniałam już, że Supraśl znajduje się na Wschodnim Szlaku Rowerowym Green Velo?), spacery, zwiedzanie, próbowanie podlaskiej kuchni, która jest uważana za jedną z najciekawszych w naszym kraju – czego tylko zapragniecie.

Źródło: wp.pl

Kulinarni turyści kochają Podlasie

Jak kuchnia podlaska – to babka ziemniaczana i kartacze, do tego w różnych powiatach znajdziecie masę "regionalnych osobliwości". Bo nie ma czegoś takiego, jak jedno Podlasie. Historycznie region obejmuje również część województw mazowieckiego i lubelskiego, a jednocześnie nie całe województwo podlaskie to Podlasie. Niezależnie od niuansów, właściwie w całym województwie do posiłku zaproponują Was kwas chlebowy, a jak już impreza pójdzie w dobrym kierunku, oto na stół może wjechać Duch Puszczy.

Jeśli ktoś nie wie, czym ów Duch jest, to wyjaśniam: bimber po prostu. Puszcza Knyszyńska, która okala Supraśl, jest tradycyjnym miejscem ogromnej aktywności bimbrowników. W miejsce jednej zlikwidowanej bimbrowni szybko powstają kolejne i wcale nie brakuje opinii, że tak jak oscypek jest symbolem Podhala, tak samogon nierozerwalnie wiąże się z Podlasiem.

Ale Podlasie, tygiel kultur, to też fyrsztyk, kobate i manty. Te nazwy nie zdziwią tych, którzy wcześniej odwiedzili Kruszyniany, czyli miasteczko polskich Tatarów. Skąd się w Polsce wzięli i czy faktycznie rodzą się z łukiem w ręku, pisaliśmy w naszym cyklu kilka tygodni temu. A w Supraślu?

– Zawsze żartowałam, że za życia trafię do raju. Teraz jestem w raju, więc po śmierci bez żalu pójdę do piekła. Zresztą tam więcej znajomych – śmieje się pani Alina, która prowadzi niewielką restaurację Tatarynka przy placu Kościuszki. Sąsiadują tu ze sobą najpopularniejsze supraskie restauracje i w niedzielne popołudnie wszystkie są pełne.

Źródło: wp.pl

Przez ponad 20 lat mieszkała za granicą, ale chciała wrócić w rodzinne strony. Gdy tylko zwolnił się odpowiedni lokal, nie zastanawiała się i założyła restaurację z kuchnią tatarską. I dziś nie wyobraża sobie powrotu do Wielkiej Brytanii, w której mieszkała przez ponad 20 lat.

- Cisza i spokój. Człowiek tu nie pędzi w galopie – mówi, gdy pytam, co najbardziej w Supraślu kocha.

Bo takie jest Podlasie: wszyscy pod tym samym niebem

Na spokój i harmonię zwracają uwagę wszyscy, którym zadaje to pytanie. Ta harmonia to coś więcej niż idylliczny pejzaż z monasterem; to również historia, w której obok siebie żyli obok siebie katolicy, prawosławni, ewangelicy, żydzi i muzułmanie. Na odcinku kilometra stoją świątynia prawosławna, kościół katolicki i kościół, który swego czasu służył ewangelikom. Wybudowali ją fabrykanci, którzy przybyli na te ziemie w połowie XIX wieku, gdy na Białostocczyźnie zaczął się intensywnie rozwijać przemysł włókienniczy. Do pracy zjeżdżali biedni robotnicy z zaboru rosyjskiego, ale nie brakowało też Niemców, których trudna w tamtym okresie sytuacja w Prusach, a nawet odległej Bawarii, zachęcała do szukania szczęścia w nowym miejscu.

Źródło:

Właśnie Niemcy upodobali sobie Supraśl, a trwałym śladem ich obecności są – poza wspomnianym kościołem ewangelicko-augsburskim (dziś już rzymskokatolickim) i obco brzmiącymi nazwiskami na nagrobkach cmentarzu ewangelickim – charakterystyczne Domy Tkaczy, które zachowały się przede wszystkim wzdłuż reprezentacyjnej ulicy 3 Maja. Projektowane były dwa dwóch rodzin. Obok części mieszkalnej, wydzielone były pokoje tkackie na tyłach budynku.

Źródło: wp.pl

Kawałek zupełnie innej Polski w sercu puszczy

Gdy zapytałam Piotra Domagałę, dyrektora SlowFest, za co najbardziej lubi Supraśl, powiedział, że zachwyca go, że w niewielkiej miejscowości jest tak wiele różnorodności. Bogata historia, ale i natura, przenikanie się religii, oferta kulturalna spod znaku ambitnego teatru. "Każdy znajdzie coś dla siebie" – przekonywał.

Ja też znalazłam, co sprawiło, że poczułam się jak w domu. W tym niewielkim Supraślu, który nigdy nie miał ambicji wielkomiejskich, 50 km od granicy z Białorusią, znajduje się secesyjny pałac – jakby żywcem przeniesiony z mojej rodzinnej Łodzi. Ktoś pozazdrościł łódzkim fabrykantom? No, trochę tak było: twórca "tkackiej potęgi" Supraśla chciał zrobić wrażenie na przyszłym teściu, łódzkim potentacie włókienniczym. Ten stanowczo wymógł, że skoro jego córka ma mieszkać w jakimś małomiasteczkowym Supraślu, to niech ma przynajmniej pałacowe warunki.

I tak w tej supraskiej mozaice, na skraju gęstej puszczy, powstał pałac, którego już przed Scheiblerami zięć nie musiał się wstydzić.

Podlasie pełne jest takich nieoczywistości. I zaczynają się już kilkanaście kilometrów od Białegostoku.

#JEDZIEMYWPOLSKĘ

Źródło: WP

Jeśli w Twojej miejscowości dzieje się coś ważnego, ciekawego, poruszającego - zgłoś się do nas za pośrednictwem platformy dziejesie.wp.pl

Polub WP Finanse
df0j41e

Podziel się opinią

Share