Zostałem łowcą frajerów. Wiem, jak wyciągnąć od was kasę
(East News)

Zostałem łowcą frajerów. Wiem, jak wyciągnąć od was kasę

Masz nowy e-mail.
Nadawca: Nieznany
Adresat: Mateusz Ratajczak
Temat: Polowanie na łosi
„Jak cię namierzą, facet, to cię zapie***lą. Baw się dalej”.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Oszukiwać i naciągać, byle dobrać się do pieniędzy klienta. Albo jak mówią koledzy z mojej nowej pracy – byle złapać i wydoić jakiegoś frajera. Tak, to bezwzględny świat. Zawsze udaję, że ten tekst z frajerem mnie bawi. Zwykle po prostu lekko się uśmiecham, ale nigdy nie komentuję. Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Albo cię zadziobią. Wyciągać pieniądze od ludzi – to jest moje zadanie na każdy dzień. Liczy się każdy grosz, choć im więcej uda się wydusić, tym lepiej. Tylko tak dostanę brawa od szefa i zaproszenie na ekskluzywną imprezę. Tylko tak wywołam zazdrość u innych. Tylko tak zarobię więcej. Będę kimś. Ekspresowo muszę załapać reguły tej gry.

„Proszę mi dać 1 procent zaufania, a ja przekuję to w 100 procent zysków!” – pod nosem Komisji Nadzoru Finansowego, w biurowcu w centrum Warszawy urabiam ludzi z całej Polski, by przelali po kilka tysięcy dolarów na konta firmy. Dlaczego mieliby to zrobić? Oczywiście z uwagi na życiową szansę, czyli inwestycję w coś, czego na pewno nie rozumieją.

Postarszę was rakiem

Gdy nie wiem, jak kogoś przekonać, obiecuję wolność finansową. To słowo klucz każdego oszusta. Czasami się zastanawiam, co to w ogóle znaczy. Nie pytam kolegów o zdanie. Po prostu powtarzam za nimi. Też nie wiedzą, ale powtarzają ten tekst w kółko. Nie działa? To straszę zabójczym rakiem, rosnącymi opłatami za prąd, niską emeryturą w przyszłości lub chwalę się dobrym samochodem. Tym, którego w rzeczywistości nie mam, ale nic mi nie szkodzi przekonywać, że zarobiłem na nowego mercedesa w miesiąc. Przecież klient po drugiej stronie słuchawki nie wie, co mam w garażu. Nie wie też, że do pracy śmigam autobusem. Często za to wierzy w jedno tak proste zapewnienie, a ja rosnę w jego oczach.

Gdy pierwszy raz pytam potencjalnego klienta przez telefon, czy w rodzinie wszyscy zdrowi, głos mi lekko drży. W środku czuję rosnące upokorzenie. Całe ciało mówi mi, że tak po prostu nie wolno. Kłamstwo jest obciążające. Szybko czuję, jak prowokacja dziennikarska mnie zmienia. To miało być ostrzeżenie dla innych, na własnej skórze miałem się przekonać, jak oszukiwać, a sytuacja coraz bardziej wymyka mi się z rąk. Nie chcę oszukać, nie potrafię, ale jak mam zyskać pozycję w firmie? Oszukują przecież wszyscy w tej robocie. Muszę się wyzbyć przyzwoitości, bo mnie wyrzucą.

- Albo zapier...asz, albo wypie...lasz - rzucił kiedyś jeden z szefów do podwładnego.

W normalnej firmie taki tekst wywołałby szok (przynajmniej tak być powinno). Opieprzany nie był nawet zdziwiony. Poprawił krawat i wybrał następny numer klienta. Wziął się po prostu za robotę. Czyli można powiedzieć wprost, że wybrał zapie...lanie. A ja? Też robię swoje, też nie skomentowałem tego, co wydarzyło się przed chwilą. Po co mi problemy? Obojętność jest mniej kosztowna.

Źródło: Materiały prasowe / Będę patrzył ci w oczy. Nie muszę nic mówić. W chwili, gdy poczujesz zapach pieniędzy - przepadłeś.

- Wie pani, warto się zabezpieczyć na przyszłe lata. Służba zdrowia jest, jaka jest, bez pieniędzy to tylko można umrzeć na brudnym korytarzu jakiegoś fatalnego szpitala albo z głodu tam paść - zagaduję jakąś klientkę. Po głosie wywnioskowałem, że jest starszą osobą. Nawet nie pamiętam jej imienia. Nie pamiętam też, jak się przedstawiłem. Zmyśliłem coś? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Wystraszyłem ją tym szpitalem, wtedy zaczęła mnie słuchać. Najpierw powtarzała, że nie ma czasu, że nie ma pieniędzy, że to nie dla niej. Że „idź pan w cholerę”.

Wizja choroby ją zmiękczyła tak bardzo, że nagle zaczęła mnie szanować. Już nie miała w głosie tej pewności, że gadam od rzeczy. Zaczęła myśleć, że mogę jej pomóc, zapewnić bezpieczeństwo, znaleźć pieniądze na przyszłość. A ja zwiększyłem swoje szanse na zyskanie prowizji.

- Córka idzie na studia? - podłapuję innym razem ten temat i wymyślam, jak kosztowne będą. Wynajem mieszkania, książki, nieustannie kserowane notatki. Wyliczam i wyliczam, wszystko, co mi ślina na język przyniesie. I znów trafiam. Miłość do dziecka i troska o jego przyszłość to słaby punkt każdego rodzica. Jeżeli tylko może wspomóc, to spróbuje. Rozmowa trwa, klient słucha, ja przedstawiam dalej ofertę. Znów przybliżam się do prowizji. A gdy wracam do domu z pracy, to nie mogę spojrzeć w lustro. Zbieram materiał do ważnego tematu, ale nie czuję ekscytacji. Szybko zniknęła. Raczej przepełnia mnie obrzydzenie. Co najgorsze, to uczucie w stosunku do siebie samego. Czasami ta myśl mnie przeraża. Często mam wątpliwości. Z jednej strony doskonale wiem, że nie pokażę tego świata bez próby wejścia głębiej.

Nic prostszego: czytam kłamstwa z kartki

Samo siedzenie i oglądanie, jak inni naciągają, to tylko część. Bo jak rozumieć naciągacza, nie próbując się nim stać choć na pewien czas? Zawodowi naciągacze wiedzą, że do sukcesu wystarczą tylko schematy. Żadne tam wyrafinowane strategie. Dlatego, by przekonująco kłamać, wystarczy czytać z kartki. Tam, w scenariuszu, zapisane są wszystkie chwyty perswazyjne. Nie zastanawiasz się, nie analizujesz, nie kręcisz. Po prostu czytasz to, co działało wczoraj i będzie działać jutro. Takiego kłamstwa nauczyć można każdego. I młokosa po podstawówce, i Białorusina ledwo znającego język polski. I starszą kobietę, która od dawna szukała jakiejkolwiek pracy. Od osiedlowego sklepu wolała coś lepszego, coś, z czego będzie dumna, i tak trafiła do nieuczciwego świata finansów. Oni wszyscy byli zdesperowani, by w końcu żyć lepiej. Wystarczyło im obiecać sowitą pensję, by nie zadawali żadnych pytań. Naprawdę żadnych. Tylko pracowali.

Gdy przyjdzie zeznawać przed policją, to właśnie tak będą się bronić: o niczym przecież nie wiedzieli. Właśnie takie osoby poznałem w jednej z warszawskich „kotłowni”. To specyficzna odmiana typowego centrum telefonicznego (call center). Nazywa się je kotłownią (z ang. boiler room), bo ma tam aż kipieć od emocji. Krzyk, szybkie tempo, agresywne zwroty i obrażanie niechętnych klientów. Bez tego naciąganie się nie uda. Zatrudniłem się tam.

Gdzie trafiam? Biurowiec w jednej z prestiżowych dzielnic Warszawy to moje miejsce pracy. Żadna zaniedbana melina. Samo serce biznesowej stolicy, blisko metro, nieopodal są oddziały największych firm w Polsce. Każdego dnia tuż obok przechodzą tysiące osób. Tutaj za każdy metr powierzchni biurowej trzeba płacić od 100 do 200 złotych miesięcznie. Wynajem jednego poziomu w budynku, w którym pracuję, to koszt przynajmniej 25 tysięcy miesięcznie. Oferty wciąż można znaleźć. To prosta matematyka, przynajmniej tyle trzeba wyciągnąć co miesiąc od ludzi, żeby mieć na czynsz. A do tego pensje pracowników i zysk dla „góry”. Żeby się opłacało, trzeba masowo naciągać.

W zaledwie kilka dni zostaję łowcą frajerów. Albo łowcą z kotłowni. Warto to powtórzyć jeszcze raz - „frajerzy” - z taką pogardą mówi się o klientach w kotłowniach. Łowcy od lat oszukują tysiące Polaków i dalej będą to robić. Tymi samymi metodami, ale znajdą inną „okazję życia”. Raz będzie to inwestycja w nieruchomości, innym razem w złoto niczym w Amber Gold. Za chwilę ruszy lawina oszustw związanych z kryptowalutami. A później? Cokolwiek. Mała firma ze Stargardu Szczecińskiego kilka lat temu obiecywała krocie za wyłożenie pieniędzy na ziemniaki i cebulę. Naprawdę. Stworzone przez kilkanaście osób „centrum inwestycyjne” otworzyło oddziały w kilkunastu miejscach w całym kraju.

Z 500 złotych po kilku latach miało się zrobić 15 tysięcy. I to po potrąceniu wszystkich podatków! Prezes tej cudownej maszynki przed założeniem działalności był już skazywany za wyłudzenia i oszustwa, a i tak rozkręcił ten biznes. Sprawa w sądzie ciągnie się do dziś. Klienci pieniędzy nie odzyskali. Wniosek? Można naciągać nawet na ziemniaki. Wystarczy znać uniwersalne zasady oszustwa finansowego.

Oszustwo rodzi patologie. W kotłowniach mówiło się jednak o tym inaczej. To były zabawy. Jedną z nich rok temu opisałem na łamach Wirtualnej Polski.

Taki czelendż

Okrzyk: Ja pier...ę człowieku, nie wierzę! Okrzyk numer dwa: Dajesz, dajesz! Do tego pisk, głośny. Ludzie aż się kotłują. I jakaś dziewczyna przeciska się środkiem wąskiego korytarza. Bez ubrania. Na nosie ma ciemne modne okulary, na nogach czarne botki. Idzie dziarskim krokiem. Wystawia środkowy palec w kierunku gapiów. W ciasnym przejściu jest tłum. Zbiegła się cała firma. Może pięćdziesiąt, sześćdziesiąt osób w krótkim korytarzu. Reszta jest tuż za winklem, czeka na moment, aż do nich dotrze dziewczyna. Wszyscy ubrani w eleganckie garnitury, dopasowane garsonki. Wszyscy chcą mieć miejsce z przodu, żeby lepiej widzieć. Nagrywają. Niektórzy filmują z ziemi, inni wskakują na krzesła i stoły, byle udało się zarejestrować najlepsze momenty. Kilkunastosekundowe filmy za chwilę stają się hitem w biurze. Krążą po WhatsAppie, a potem szybko trafiają na firmowe grupy w mediach społecznościowych. Są wszędzie, ogląda je każdy. W sumie powstało kilkadziesiąt materiałów. A naga dziewczyna? Mam wrażenie, że nawet ją to bawi.

– Taki „czelendż”, rozumiesz? – tłumaczy mi jeden ze świadków. Nie rozumiem. Ponoć dostała za to 10 tysięcy złotych od jednego z menedżerów. Ponoć. Tę wersję usłyszałem od kilku osób, które o życiu w kotłowni wiele mi opowiadały. Po publikacji materiału dostałem kilka wiadomości, że pieniędzy za nagi spacer było znacznie mniej.

„Ta tępa ci...a dostała za to niecałego tysiaka. Może później rozpowiadała, że było więcej, ale nie było” – pisze anonim.

Dopytuję o szczegóły, ale na pytania ode mnie nigdy nie odpowiada. Czasami myślę, że wolę wierzyć w te 10 patyków. Wolę wierzyć, że cena była jednak wyższa. To nie jest fragment kinowego Wilka z Wall Street. Ta historia krąży po wszystkich tego typu miejscach w Polsce. To już niemal legenda. Inspiracja do dalszych zabaw. Warszawa, biurowiec przy ulicy Grzybowskiej, trzecie piętro. Budynek cały w szkle. W ciągu dnia skąpany w słońcu aż błyszczy. Charakterystyczne miejsce. „Bliskość wielu siedzib banków i instytucji finansowych stwarza dogodne warunki do prowadzenia biznesu” - reklamuje się deweloper. I rzeczy wiście banki są pod nosem. Tak jak i dwa sądy: rejonowy i okręgowy. Do każdego jest dziesięć minut spacerkiem. Do inspekcji pracy trzeba za to przejść 900 metrów. Rzut beretem.

Reżyser Patryk Vega w rozmowie z Wirtualną Polską stwierdził, że pseudobiznesmeni z Grzybowskiej faktycznie musieli zainspirować się nominowanym do Oscara filmem Martina Scorsese, czyli Wilkiem z Wall Street. – Dla mnie to smutny film - mówi. - Kino samo w sobie nie jest źródłem zachowań. Jest za to źródłem wzorców. Jeżeli ktoś ma w sobie agresję, to nie wyzwala jej film. Ale może pokazać, jak agresję spożytkować. Myślę, że w tym wypadku tak było - przekonuje. Zdradził również, że od dawna jest namawiany, by zrobić film o polskich korporacjach.

Adam pracował w kotłowni przy ulicy Grzybowskiej przez kilkanaście miesięcy, nim odszedł. Spotykamy się w jednej z większych galerii handlowych, w kawiarni. Tłumaczy mi się, że trochę naciągał, ale niewiele osób miało przez niego problemy. Jeden z klientów zyskał, drugi stracił. Uważa, że się to trochę wyrównało. Większość czasu i tak się bawił, a nie pracował. Obserwował cały nagi spacer. Znał dziewczynę.

- Dzień jak co dzień. Siedzieliśmy, dzwoniliśmy, zwyczajna końcówka dnia. Nie pamiętam tylko, kurde, czy to był czwartek, czy inny dzień. No nic, nie będę kłamał. Nagle wpada do sali menadżer w sombrero. Mówi, że zbiera kasę, a jak uzbiera odpowiednią sumę, to jakaś laska przejdzie nago przez biuro. Ludzie z miejsca rzucili się do portfeli, przecież to hit. Mówił coś, że potrzebowała pieniędzy na bilet lotniczy dla matki. Że niby jest chora i ona chce ją sprowadzić do Polski. Uzbierało się trochę forsy. Pięć sekund i wszyscy wiedzieli o sprawie, zleciały się wszystkie piętra. Wskoczyłem na krzesło, żeby lepiej widzieć i nagrywać. Przeszła, a w zasadzie przebiegła, pokazała kilka razy środkowy palec. Mało się nie zsikałem ze śmiechu, powiem szczerze. Jak można zrobić coś takiego? Wszyscy mieli to zaraz na Snapchacie. I nie tam w jakichś prywatnych wiadomościach, ale publicznie na profilach. Właściciel też wiedział, też się śmiał. Nawet kazał sobie wysłać nagranie. Taka wesoła atmosfera. Teraz to trochę inaczej widzę. Dla kogoś, kto niewiele wie o życiu, to może i fajne. A to jednak było trochę straszne - mówi.

Wideo, opublikowane na Money.pl i Wirtualnej Polsce, podbierają za to media z całej Europy. Kilka materiałów produkuje brytyjski serwis „Daily Mail”. Garściami czerpią również tabloidy. Podśmiewują się, że naga dziewczyna przeszła przez biuro za pieniądze. Nie interesują się żadną inną historią z kotłowni. W materiałach nie wspominają o problemach oszukanych klientów i nie tykają opieszałości prokuratury.

Temat znałem przez kilka długich miesięcy. Nie ruszałem go. Sam trochę nie dowierzałem. Sam sobie wciskałem, że to pewnie wynajęta dziewczyna. Że zadzwonili po jakąś laskę lekkich obyczajów dla zabawy. Gdy każdy kolejny świadek mówił, że to była tylko zabawa, to coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że muszę to opisać. Po to, by pokazać paskudną twarz polskiego pseudobiznesu. Jeden z ministrów pracy w prywatnej rozmowie ze mną śmiał się, że przerzuciłem się na pisanie telenowel i jakichś głupot: - A tak dobrze się pan zapowiadał.

Nie potrafił zrozumieć, że w tym dramacie jest kawałek jego kraju. Jest sporo bezsilnych urzędników, powolnych śledczych. Państwowa Inspekcja Pracy nigdy nie zainteresowała się sytuacją. Nie zapytała, o jakim miejscu mowa. A podałbym wszystkim służbom dokładny adres. Zresztą… wystarczyło poczytać komentarze pod materiałami. Adresy, sytuacje - wszystko jak na dłoni. Każda pracownicza krzywda została tam opisana. To kawałek złej Polski, która istnieje i musimy mieć tego świadomość. Której może by nie było, gdyby sami świadkowie zrobili coś więcej niż tylko rozsyłanie materiału przez media społecznościowe.

Odwracanie głowy jest wygodne. Spuszczanie uszu po sobie wyjątkowo łatwe. A co ja sądzę o tym wszystkim? W końcu przez chwilę żyłem w tym świecie. To wszystko dla pieniędzy? Tak. Może to płytkie spojrzenie na ludzką naturę, ale nie sądzę, by ta cała szopka miała źródło gdzie indziej. Ten nagi spacer to nie było dramatyczne szukanie atencji, to nie było poszukiwanie adrenaliny czy znudzenie pracą. To był układ biznesowy. Na tak paskudnych warunkach, jak pozostałe zawierane w tamtym miejscu. Gdy tylko dotknąłem tego epizodu, natychmiast dostałem dziesiątki wiadomości od byłych pracowników. Trzymali tę wiedzę w tajemnicy. Trochę ze strachu, trochę z braku świadomości, że to ważne.

Polacy byli, są i będą oszukiwani. Każdego dnia polują na nich prawdziwi łowcy.

Źródło: WP.PL

19 września w księgarniach pojawi się książka pt. "Łowcy z Kotłowni. Dziki świat finansowych naciągaczy". Można ją kupić w internetowych księgarniach lub serwisach aukcyjnych.