Trwa ładowanie...

Najwięcej błędów lekarskich zdarza się w długie weekendy. Sądy coraz wyżej wyceniają ludzkie życie

- To się zdarza. Czasem dzieci po prostu umierają – usłyszała pani Eliza chwilę po tym, jak ginekolog poinformował ją, że serce jej córki, która miała przyjść na świat na dniach, przestało bić. To było 5 lat temu. Do dziś walczy w sądzie o ukaranie winnych. Przed nią pewnie jeszcze ze trzy lata, bo batalie ze szpitalami ciągną się czasem i przez dekadę.

Share
Najwięcej błędów lekarskich zdarza się w długie weekendy. Sądy coraz wyżej wyceniają ludzkie życie
Źródło: PAP, Fot: Marcin Bielecki
d1jeotf

Ciąża przebiegała bez komplikacji. Pani Eliza chodziła do prywatnej przychodni, zrobiła komplet badań. 2 listopada 2013 r. pojechała do szpitala na KTG. Była poddenerwowana, bo nie czuła ruchów płodu. Położna uspokoiła ją, że nie należy panikować, bo pod koniec ciąży ruchy mogą być mniej odczuwalne. Lekarz też nie widział nic niepokojącego. Rzucił okiem na wyniki i powiedział, że poród nastąpi za tydzień.

- Następnego dnia odeszły mi wody. Pojechaliśmy do szpitala. Zrozumiałam, że dzieje się coś złego, gdy położna nie była w stanie znaleźć tętna dziecka - opowiada.

d1jeotf

Serce dziecka przestało bić dzień wcześniej.

- Gdy minął pierwszy szok, zaczęłam łączyć fakty. Przecież ciąża przebiegała doskonale, KTG nie wykazało nieprawidłowości. Ktoś musiał popełnić błąd - relacjonuje. Gdy ona jeszcze leżała w szpitalu, teściowa złożyła zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa poprzez narażenie zdrowia i życia dziecka.

Zaczęła się walka o sprawiedliwość, która pomimo upływu 5 lat trwa nadal.

Strach rodzić

Sosnowiec, 2015 r. Lekarz dyżurny zignorował wskazania medyczne do przeprowadzenia cesarskiego cięcia. Dopiero następnego dnia inny lekarz zadecydował o procedurze, ale było już za późno, dziecko było martwe.

d1jeotf

Starogard Gdański, 2014 r. Lekarz opiekujący się pacjentką nie zarządził cesarskiego cięcia. Urodziła dopiero wiele godzin później. Dziecko urodziło się żywe, ale z powikłaniami. Rozpoznano u niego rozmiękanie istoty białej mózgu, padaczkę oporną na leczenie, opóźniony rozwój psychomotoryczny z upośledzonym widzeniem. Dziewczynka wymaga stałej rehabilitacji.

Mysłowice, 2014 r. Pacjentka zgłosiła dwóm położnym, że nie wyczuwa ruchu płodu. Te wyjaśniły, że dziecko pewnie śpi i nie ma powodu do paniki. Następnego dnia kobieta wróciła do szpitala, badania wykazały brak tętna i śmierć płodu. Dwa dni później pacjentka urodziła martwego syna.

Co łączy te sprawy? Ignorowanie przez lekarzy sygnałów zgłaszanych przez pacjentki, rutynowe podchodzenie do wyników badań i brak empatii, który może nie ma wpływu na przeżycie dziecka, ale w kolosalny sposób wpływa na to, jak rodzice - potwornie zagubieni w sytuacji - przetrwają te najtrudniejsze chwile życia.

- Prosiłam lekarza o cesarskie cięcie, bo nie byłam psychicznie w stanie urodzić martwego płodu. Odmówił. Bo skoro nie ma przeciwwskazań natury fizycznej, to cesarki nie będzie. Całą noc czekałam na wywołanie porodu. Zaczęłam rodzić o 8 rano, skończyłam o 16 - opowiada pani Eliza.

d1jeotf

- Miałam nadzieję, że przyjdzie do nas psycholog, ale takowy w szpitalu nie pracował. Po długich prośbach dyrekcja ściągnęła specjalistę, który porozmawiał ze mną przez pół godziny na chwilę przed tym, jak opuściłam szpital.

Najwięcej błędów medycznych w naszym kraju ma miejsce w różne święta i długie weekendy - bo mniejsza obsada w szpitalach, a pacjentów wcale nie mniej.

Najwięcej spraw o błędy lekarskie w naszym kraju dotyczy nieprawidłowości okołoporodowych.
Pani Eliza przyszła na KTG właśnie w długi weekend.

1,2 mln dla dziewczynki, która nigdy nie zagra w berka

W 2008 r. przywrócono możliwość żądania zadośćuczynienia dla bliskich ofiary błędu medycznego. W pierwszych latach sądy testowały granice, w jakich mogą zasądzać rekompensatę za cierpienia emocjonalne będące wynikiem śmierci członka rodziny. Początkowo zadośćuczynienia były symboliczne – zgodnie z zasadą, że pieniądze nie przywrócą nikogo do życia. To się z czasem zaczęło zmieniać, bo składy sędziowskie zrozumiały, że zadośćuczynienie może być rozpatrywane jako rekompensata za zniszczenie marzeń o szczęśliwej rodzinie, strach i łzy.

d1jeotf

A co w przypadkach, gdy pacjent wprawdzie przeżył, lecz z powodu błędu lekarskiego znajduje się w stanie wegetatywnym, nie ma z nim kontaktu i wymaga opieki innych osób? Samodzielnego przepisu na taką okoliczność nie ma, ale prawnicy poszkodowanych wywodzą z innych norm, że owszem, także i wtedy zadośćuczynienie się należy. I coraz częściej przekonują sądy o swojej słuszności.

Takie rozumowanie potwierdził przed kilkoma tygodniami Sąd Najwyższy, który zasądził zadośćuczynienie na rzecz rodziców 10-letniej obecnie dziewczynki (oraz dla niej samej), która wskutek powikłań przy porodzie urodziła się z ciężkim upośledzeniem. Nie ma z nią kontaktu, do końca życia będzie potrzebowała pomocy innych osób.

Wina lekarza od początku była bezsprzeczna. Szpital podnosił tylko, że konieczność zapłacenia 3 mln zł na rzecz rodziców i dziecka (na tę kwotę składa się 1,2 mln zadośćuczynienia na rzecz dziesięciolatki, 200 tys. zł dla ojca i 300 tys. zł dla matki, do tego odsetki za zwłokę - postępowanie trwało blisko dekadę) będzie dla niego rujnująca.

Sąd pozostał na to głuchy. Ma też pełną świadomość, że to prawdziwy precedens, po którym sądy niższych instancji przestaną bać się zasądzać wysokich rekompensat.

d1jeotf

- Za wysokim zadośćuczynieniem dla dziecka przemawia nie tylko jego stan, ale i to, że trwał będzie przez całe jego życie, trudno powiedzieć jak długie. Może przeżyć rodziców, i musi mieć jakieś zabezpieczenie, a zadośćuczynienie wypłacane jest jednorazowo - powiedziała sędzia SN Katarzyna Tyczka-Rote.

Zadośćuczynienie to nie roszczeniowość, a elementarna uczciwość

- Rośnie świadomość społeczna, że w przypadku błędów medycznych należy się zadośćuczynienie. To nie wynika z myślenia o zysku, ale to wyraz troski o przyszłość - bo przecież ta dziewczynka już zawsze będzie potrzebowała pomocy, a na to są potrzebne pieniądze.

Mecenas Jolanta Budzowska, która reprezentowała rodziców dziesięciolatki (jest też pełnomocnikiem pani Elizy) nie ma wątpliwości, że wyrok, o którym niektórzy piszą jako o przełomowym, który da setkom rodzin w podobnej sytuacji szanse na lepsze życie i jakieś elementarne poczucie sprawiedliwości, jest też tak po ludzku słuszny.

- Gdyby nie błąd okołoporodowy, to dziecko byłoby zdrowe, a tak jest w stanie wegetatywnym. Cierpienie bliskich jest bezgraniczne, bo chyba nie ma nic gorszego niż niemoc, że nic nie można dla tej cierpiącej osoby, własnego dziecka, zrobić, poza dwudziestoczterogodzinną opieką i pielęgnacją. To nieszczęście nie jest następstwem nieszczęśliwego wypadku czy wady genetycznej - ktoś dopuścił się potwornego zaniedbania i dlatego szpitale powinny ponosić za to odpowiedzialność, czyli przynajmniej wypłacić odszkodowanie - przekonuje mecenas.

d1jeotf

- Bardzo różne czynniki mają wpływ na ostateczną kwotę zadośćuczynienia: to, czy mówimy o zadośćuczynieniu z tytułu śmierci osoby bliskiej czy zadośćuczynieniu dla osoby najbliższej poszkodowanego, który jest w stanie wegetatywnym, wiek, relacje między zmarłym a jego bliskimi, rozmiar krzywdy i wiele innych okoliczności, które sądy ustalają indywidualnie - wyjaśnia mecenas Budzowska.

Przed kilkoma laty wywalczyła rekordowe zadośćuczynienie w kwocie pół miliona dla matki dwudziestokilkuletniej dziewczyny, która zmarła po tym, jak w wyniku fatalnie przeprowadzonej operacji neurologicznej nastąpiła śmierć mózgu.

- To było jedyne dziecko tej samotnej matki. Były ze sobą bardzo silnie związane. Matka sama była schorowana i potrzebowała wsparcia, więc miała nadzieję, że córka będzie służyła jej pomocą na starość.

Za strach i bezsilność

Pani Eliza też walczy o zadośćuczynienie. Nie chce zdradzać kwoty, ale jej pełnomocnik zapewnia, że nie będzie odbiegała od kwot, które są zasądzane w sprawach o błąd lekarski w przypadku śmierci dziecka w łonie matki. Pozostają w przedziale 150 - 250 tys. zł dla każdego z poszkodowanych (w tym przypadku: rodziców).

- Mam żal do personelu szpitala za zignorowanie wyniku KTG. Nie mieli prawa mnie wypuszczać. Nikt nigdy mnie nie przeprosił, o żadnej skrusze nie było mowy - opowiada pani Eliza.

Myśl o tym, że warto wystąpić o zadośćuczynienie, przyszła do niej dopiero po wielu miesiącach po śmierci dziecka, na początku chciała tylko, by lekarzowi odebrano prawo do wykonywania zawodu. Tylko że szpital szedł w zaparte. Unikał kontaktu, ale w mediach jego przedstawiciel opowiadał, jak im wszystkim przykro i że będą szukać prób rozwiązania problemu.

Na żadną ugodę jednak nie chcieli pójść.

Boli ją, że choć straciła dziecko przez błąd lekarza, do końca pobytu czuła się jak intruz, który kręci się nie wiadomo po co.

- Próbowałam rozmawiać z lekarzem, ale nie ma w nim pokory. Pamiętam, że gdy poprosiłam o leki hamujące laktację, spojrzał na mnie tym aroganckim wzrokiem i, powoli artykułując każde słowo, zapytał: "Pani Elizo, czy pani obie wyobraża, ze będę z panią dyskutował najpierw o prawej piersi, później o lewej piersi, a na koniec może jeszcze o kroczu?".

Zwykłe upomnienie to kara zbyt wygórowana

Sprawy o błędy medyczne toczą się z reguły na kilku płaszczyznach. Obok postępowania cywilnego są jeszcze bardziej wycieńczające emocjonalnie postępowanie karne, które ma ustalić winę i ukarać sprawcę – oraz postępowanie dyscyplinarne, prowadzone przez Okręgowy Sąd Lekarski. Sądy lekarskie mają opinię instytucji, które ze sprawiedliwością mają niewiele wspólnego i choćby wina lekarza była ewidentna, z dużym prawdopodobieństwem należy założyć, że skład orzekający (składający się nomen omen, z innych lekarzy), zrobi wszystko, by do skazania nie doprowadzić lub wymierzy bardzo niską karę.

- Uważam, że lekarz, który nie dopatrzył się nieprawidłowości w wynikach KTG, powinien stracić prawo do wykonywania zawodu - jeśli nie do końca życia, to przynajmniej na 5 lat. O to walczyłam. Po czterech latach sąd orzekł karę nagany. To brzmiało jak kpina - opowiada pani Eliza

Nie miała siły dalej kopać się z koniem i odwoływać. Odwołał się natomiast lekarz, dla którego wyrok był głęboko krzywdzący. I wygrał. Żadnej nagany nie dostał.

Postępowanie karne trwa. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, skończy się za jakieś dwa, trzy lata. Samo skompletowanie przez prokuraturę wszystkich dokumentów trwało prawie trzy lata.

- Najpierw szpital nie wydał pełnej dokumentacji. Zabrakło kilku kluczowych dokumentów. Później miesiącami czekaliśmy na opinie biegłych. Jeden z zakładów medycyny sądowej tłumaczył się, że nie może jej przygotować, bo w budynku trwa remont. Zachodziłam w głowę - lekarze w godzinach pracy malują ściany, że nie mają czasu zająć się swoimi zadaniami?

W końcu przyszła lakoniczna opinia, ale biegli pominęli odpowiedź na kilka pytań. Wniosek o uzupełnienie, kolejne miesiące oczekiwania, znów niepełna opinia. Jedno dobre, że na pięć wydanych w sprawie, cztery są dla pani Elizy korzystne. Biegli nie mają wątpliwości: gdyby 2 listopada ktoś zadał sobie trud zapoznania się z wynikami KTG i zarządził natychmiastowe cesarskie cięcie, dziewczynka przyszłaby na świat zdrowa.

"W ciążę zajść pani umie, a rodzić nie potrafi?"

Czas leciał, postępowania trwały. Lekarz nadal przyjmował porody, ba, wciąż zajmował stanowisko ordynatora. Jak gdyby nic się nie stało – i tak do kwietnia 2017 r., gdy na oddziale zmarło inne nienarodzone dziecko.

Znów popis ignorancji. Około 6 rano kobieta została przyjęta na porodówkę. Wyniki w normie, ciąża przebiegała bez problemów. Poród się przedłużał. W południe kobieta zaczęła opadać z sił. Wzmacnianie jej lekami nic nie dało. Około 16 zaczęła prosić lekarza, by przeprowadził cesarskie cięcie, bo nie da rady rodzić siłami natury.

- Skoro pani wie, jak zajść w ciążę, to też wie, jak rodzić – miał odpowiedzieć ordynator na prośbę o przeprowadzenie cesarki. Było sine. Reanimacja nic nie dała.

Tego samego dnia prokuratura zabezpieczyła dokumentację medyczną i wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka. Może gdyby ordynator podjął decyzję o cesarskim cięciu 14 godzin wcześniej, nie doszłoby do dramatu?

- Idąc na grób mojej córeczki, mijam grób tego dziecka. Dopada mnie wielka bezsilność i zastanawiam się wtedy, czy zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by doprowadzić do tego, że ten lekarz przestanie leczyć – opowiada pani Eliza.

I jestem wściekła, bo tyle lat moich starań, tyle złożonych pism, wyjaśnień, cała machina prawna – a ten człowiek nadal leczy i niszczy ludziom życie.

Sądy coraz częściej po stronie pacjenta

- Sprawy o błędy lekarskie są trudne i trwają latami, bo szpitale są wymagającymi przeciwnikami. Mimo to warto walczyć, bo każdy pacjent, który się nie poddaje, przeciera szlaki innym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Wierzę też w to, że każdy przegrany dla szpitala proces to krok w kierunku refleksji, wprowadzenia zmian poprawiających bezpieczeństwo pacjentów - mówi mecenas Jolanta Budzowska.

Na sporach ze szpitalami zjadła zęby i widzi, że warto walczyć, bo coraz więcej sędziów ma rozeznanie co do tego, jak prowadzić sprawę o błędy medyczne. Jeszcze kilka lat temu uparcie polegali na opiniach biegłych, które nawet gdy były niekompletne i nierzetelne, to gdy tylko na końcu zawierały zwięzła konkluzję o braku błędu medycznego, stanowiły podstawę wyroku.

Dziś sędziowie nie tylko bardziej krytycznie traktują opinie biegłych (którzy nierzadko osobiście sympatyzują z pozwanymi lekarzami, więc wydają przychylne dla nich opinie), ale też nie dają sobie wmawiać każdej bzdury, którą opowiada lekarz. Bo jeszcze do niedawna, gdy przeciwko szanowanemu medykowi występowała pogrążona w żalu, nierzadko nie panująca nad emocjami kobieta, której dziecko zmarło dwie godziny po porodzie, sąd podświadomie sprzyjał temu pierwszemu, jako osobie, której z założenia należy wierzyć, bo w końcu jest lekarzem.

- Po tym, jak straciłam dziecko, wiele osób pocieszało mnie, że przecież jestem młoda i jeszcze urodzę (miałam wtedy 25 lat). To nie jest dobry sposób na podtrzymanie kogoś na duchu. Rzeczywiście, niedługo potem urodziłam córeczkę, ale 9 miesięcy oczekiwania to straszny czas strachu, bo wciąż z tyłu głowy miałam myśl, że w każdej chwili coś może pójść nie tak - opowiada.

Walkę ze szpitalem o sprawiedliwość traktuję jako swój obywatelski obowiązek. Żyje od rozprawy do rozprawy i to jest bardzo trudne, ale chcę być fair w stosunku do innych kobiet, które spodziewają się dziecka i mogą znaleźć się w podobnej sytuacji. Nie można odpuszczać.

d1jeotf

Podziel się opinią

Share
d1jeotf
d1jeotf