Reporter WP wcielił się w bezdomnego.
Reporter WP wcielił się w bezdomnego. (WP.PL, Fot: Maciej Stanik)

Reporter WP wcielił się w żebraka. Zobacz, ile można na tym zarobić

Zajmiesz czyjeś miejsce - dostajesz w mordę. Złamiesz niepisany kodeks - w mordę. Pijesz w miejscu pracy - to samo. Bo porządek na "patelni" musi być. Przełamałem strach, wstyd i upokorzenie. Dołączyłem do warszawskich żebraków. Namaścił mnie ich król.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

"Zbieram na leki i na przeżycie. Proszę o ludzką dobroć" - kartkę z takim napisem trzyma Mariusz. Siedzi skulony na schodach prowadzących na "patelnię" - placyk przed zejściem do stacji Metro Centrum w Warszawie.

Mariusz nie jest bezdomny. Z tego, co udaje mu się wyżebrać, wynajmuje pokój.

Nie wpisuje się w powszechne wyobrażenie o wyglądzie żebraka. Fakt, ma znoszoną, beżową koszulę w kratkę, stare dżinsy i wiekową czapkę z daszkiem, ale golił się wczoraj. Jest też czysty i trzeźwy.

- Tylko od tego jestem uzależniony - macha papierosem, którego przed chwilą dostał od młodej dziewczyny. - Ale większość tutaj pije - pokazuje "patelnię" i plac Defilad. Ktoś gra na akordeonie, ktoś śpi na ławce. Ktoś inny pije z plastikowej butelki mętny płyn.

- Widziałeś tego faceta w przejściu podziemnym? - pyta. - Tego z ranami na nogach. Ile on razy był w szpitalu. Proponowali mu leczenie. Ale on nie chce. Woli siedzieć tutaj. Bo cokolwiek zarobi, zaraz wydaje na wódkę.

Mariusz jest na "patelni" od kilku lat. Nie pamięta dokładnie, od ilu. Przyjechał do Warszawy szukać pracy, był brukarzem. Ale praca się skończyła.

- Zdrowie mi siadło - mówi. - Mam kłopot z płucami, nie mogę się schylać, ślepnę. 60 lat na karku i żadnego prawa do zasiłku. Więc siedzę tutaj.

Na schodach jest codziennie. Przychodzi około 11, kończy zazwyczaj o 18.

- Bywa różnie, ale dziennie udaje mi się zebrać jakieś 30-40 złotych - mówi. - Niewiele, ale mnie wystarcza.

Następnego dnia Mariusz mnie nie poznaje. Siadam przy schodach na "patelnię" niedaleko niego. Przede mną kawałek tektury: "Jestem bezdomny, proszę o pomoc" i kubek po jogurcie.

Mijają mnie tysiące par butów ludzi, dla których staję się niewidzialny.

Pękają bariery.

Bariera pierwsza: wstyd

Wstyd pojawia się jeszcze w domu. Mam na sobie podarte, brudne spodnie i ubłoconą, o kilka rozmiarów za dużą bluzę.

Przed wyjściem naciągam na głowę kaptur. Nie zdejmę go przez cały dzień, czuję się w nim bezpieczniej i bardziej anonimowo.

Staję w kolejce do biletomatu. Kobieta przede mną zauważa moją obecność i zaczyna się nerwowo rozglądać. Szybko chowa do portfela bilet i kartę. Czuje się zagrożona, chociaż stoję daleko, trzymam ręce w kieszeniach i nawet na nią nie patrzę.

Na "patelnię" jadę pociągiem. Gdy stoję na peronie, ludzie się ode mnie odsuwają. W pociągu, choć tłoczno, to obok mnie natychmiast robi się pusto.

Wiem, że moje ubranie to tylko charakteryzacja. Nie śmierdzę, ale mimo to czuję się brudny.

Idąc na "patelnię", czuję na sobie spojrzenia przechodniów, ale gdy ja patrzę na nich, natychmiast odwracają wzrok.

W końcu siadam przy schodach, stawiam przed sobą kartkę i kubek. Z tej perspektywy widać tylko buty i walizki, które ciągną za sobą przechodnie. Są dla mnie anonimowi tak samo, jak ja dla nich. Wstyd mija.

Źródło: WP.PL / Wiem, że moje ubranie to tylko charakteryzacja. Mimo to czuję się brudny. (fot. Maciej Stanik)

Bariera druga: strach

Strach ma na imię Grzesiek. Pojawia się zaraz po dwóch policjantach, którzy najpierw mnie mijają, a później przyglądają mi się z pewnej odległości.

- Wy**j stąd - mówi. Podchodzi bardzo blisko. Śmierdzi przetrawionym alkoholem. - Nie możesz tu siedzieć, idź na górę.

Pytam dlaczego. Słyszę, że to nie moje miejsce. Proszę Grześka, żeby wytłumaczył mi, jakie zasady panują na "patelni" i gdzie można siedzieć.

- Nie tu - mówi. - Chodź za mną.

Prowadzi mnie za ścianę, obok zejścia do metra. Zaczyna tłumaczyć zasady. Opowiada o sobie i o tym, jak trafił na ulicę. W pewnym momencie pyta: - A ty?

Mówię, że jestem dziennikarzem. "Długi" - bo tak mówią na Grześka koledzy - zaczyna się śmiać.

- A chciałem ci wp**ić. Byłeś o włos od oklepu - mówi "Długi". - Chcesz browara? - pyta.

Nie chcę, jestem w pracy. Atmosfera się rozluźnia. Strach mija.

Źródło: WP.PL / "Długi" chce mnie wygonić ze schodów. (fot. Maciej Stanik).

Praca w systemie

Można śmiało powiedzieć, że żebractwo to jeden z najstarszych zawodów świata. W średniowieczu żebracy stanowili nawet 2-3 proc. ogólnej liczby ludności większych miast.

Zawodowi żebracy często nie zostawali w jednym miejscu na dłużej. Podróżowali od miasta do miasta, dopasowując swój kalendarz do świąt, odpustów czy pielgrzymek.

Tak samo współcześni żebracy dopasowują się do rytmu miasta. Poranny szczyt, od 8 do 12, to czas dobrego zarobku.

W tym porannym szczycie metro jeździ co 3-4 minuty. Czas odmierzają wskazówki zegara na Pałacu Kultury i tłumy regularnie wylewające się ze stacji podziemnej kolejki.

Ludzie nadchodzą falami. Przez dwie minuty plac przed stacją jest wypełniony potencjalnymi darczyńcami. Potem, przez minutę, tłok jest mniejszy. Aż nadjedzie kolejny pociąg, który "wypluje" kolejne setki pasażerów.

Gdy tętno miasta zwalnia, siedzenie na "patelni" przestaje się opłacać. Wtedy część ekipy robi sobie przerwę. To czas na piwo, papierosa czy chwilę rozmowy. Niektórzy szukają wtedy innego zarobku.

- Ja idę na parkingi - mówi Krzysiek, który przed chwilą poprosił mnie o papierosa. Jest zarośnięty, ubrany w grubą, granatową kurtkę. - Tam się zawsze zarobi, bo ciągle ktoś przyjeżdża i odjeżdża.

Ile Krzysiek zarobi na "pilnowaniu autka"?

- Tak ze dwie stówki, jak jest dobry dzień - odpowiada.

Organizacja pracy, podział na strefy czy okna czasowe jest równie stara, jak zawód żebraka. W XIII-wiecznym Paryżu żyło ok. 4 tys. żebraków. Zorganizowani byli na wzór cechów rzemieślniczych, mieli swoje specjalizacje. Mieli też króla wybieranego podczas karnawału.

Króla ma też "patelnia".

Mariusz i "Długi"
Źródło: WP.PL / Mariusz i "Długi". (fot. Maciej Stanik)

Król "patelni"

"Długi" jest na "patelni" od 18 lat. Zna tu wszystkich. Nieoficjalnie to on zarządza placem.

Jest wysoki, na oko ponad 1.90 m. Stąd zresztą przezwisko. Ma czerwoną, zniszczoną twarz. Przyznaje, że jest alkoholikiem.

- Robiłem na budowach, ale miałem ciągi. Długie, po kilka tygodni - opowiada. - Teraz piję mało, chyba że mnie zassie.

"Długi" też nie wpisuje się w stereotyp żebraka. Jest ubrany w czystą, polarową bluzę, spod której wystaje czerwona koszulka. Do tego nieco sprane bojówki i sportowe buty.

Na pierwszy rzut oka nie wygląda na bezdomnego.

Jak mówi, mieszka w namiocie nad Wisłą. Myje się i pierze u sióstr zakonnych. Do noclegowni nie chce iść, bo "smród i robaki".

- Nad Wisłą mi dobrze - mówi. - Namiot mam ocieplany, mam grilla. Co jakiś czas przyjeżdża policja czy straż miejska sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku. Czasem zostawią coś do jedzenia.

Jego terytorium zaczyna się na schodach prowadzących na plac. Obejmuje też schody po drugiej stronie ulicy i te prowadzące na przystanki autobusowe.

Bez zgody "Długiego" żebrać nie można.

- Jak tu przychodzi ktoś, kogo nie znam, to go wyrzucam. A jak jest oporny, to dostaje bombę. Widzisz te krzaki? - mówi "Długi", pokazując zarośla na górce. - Tam nie ma kamer. Tam się delikwenta zabiera i spuszcza łomot. Potem przyjeżdża policja i poprawia.

Ale taki "łomot" zdarza się rzadko. O tym, że "patelnia" to miejsce "Długiego", na ulicy się po prostu wie. I ktokolwiek chciałby tam żebrać, musi być przez niego zaakceptowany i przestrzegać zasad.

Niepisany kodeks

- Tu możesz siedzieć - mówi długi, pokazując mi miejsce na środku placu. - Tylko nie tak blisko ściany, bo cię nikt nie zauważy.

Za kilka minut obok mnie staje starszy pan z akordeonem.

- Dziadek jest nieszkodliwy, pogra 3 godziny, coś tam zbierze i odchodzi, to mu pozwoliłem - wyjaśnia "Długi".

Zaczyna padać. Zmieniam miejsce. Siadam pod dachem, w przejściu podziemnym. Król "patelni" przynosi kartony.

- Usiądź na tym, bo się przeziębisz - mówi.

Niedaleko wejścia na stację metra ustawia się stragan z warzywami. Nielegalny. Ziemniakami i marchewką handlują bezdomni, ale utarg nie jest dla nich. Są słupami. "Długi" doskonale ich zna. Dziennie dostają po kilkadziesiąt złotych. Dzięki temu, że ktoś ich "zatrudnia", faktyczni handlarze nie płacą mandatów.

"Długi" interweniuje, gdy podjeżdża straż miejska i chce wlepić im mandat. Podchodzi też, gdy z przejścia podziemnego wyrzuca mnie ochroniarz metra.

- Usiądź obok. Już nie pada, a w przejściu faktycznie nie wolno - tłumaczy.

Kiedy "Długi" nie zarządza "patelnią", prosi ludzi o pieniądze. Ma inną metodę niż ja, Mariusz, czy Adam, który siedzi z kubkiem i kartką na schodach po drugiej stronie ulicy.

"Długi" wędkuje - zaczepia ludzi przy biletomatach, kiedy mają wyjęte portfele.

- Trzeba być grzecznym i mieć dobre teksty - tłumaczy. Jakie? Tego mi nie zdradzi. Mówi jednak, do kogo nie wolno podchodzić.

- Inwalidzi, matki z dziećmi i kobiety w ciąży. Za to jest od razu w ryj - mówi. - Był tu niedawno taki koleś, który podszedł do matki z dzieckiem. Sprzedałem mu bombę. Tłumaczył, że "nie wiedział". No to teraz już wie i więcej się ma na "patelni" nie pokazywać.

Czego jeszcze nie wolno?

- Nie wolno pić. Przynajmniej tutaj, na widoku - tłumaczy. - Za to policja goni, a ja mam z nimi taką umowę, że będę pilnował.

Źródło: WP.PL / Od "sandałów w białych skarpetkach" dostaję kilka złotych. Dziękuję. (fot. Maciej Stanik)

Umowa z policją

Walka z żebractwem przypomina walkę z wiatrakami. Już w późnym średniowieczu problem próbowano rozwiązać, zmuszając ludzi do pracy, karząc za włóczęgostwo czy organizując przytułki.

Król Jan Olbracht w statutach piotrkowskich polecił radom miejskim i proboszczom wiejskim wyznaczanie dopuszczalnej liczby żebraków w danej miejscowości, a nawet wydawanie im specjalnej odznaki uprawniającej do korzystania z jałmużny.

Dziś z żebractwem też się walczy. Teoretycznie. Na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, ilu żebraków jest w Polsce. Policyjne statystyki sprzed kilku lat mówiły nawet o 200 tys., z czego połowa robiła to zawodowo.

Według kodeksu wykroczeń żebrać nie może osoba zdolna do pracy lub osiągająca dochody wystarczające na przeżycie. Nie wolno też żebrać w sposób natarczywy.

Kto łamie przepisy, podlega karze grzywny lub aresztu.

Policji jest na "patelni" dużo, choć nie wszystkich funkcjonariuszy widać.

- Tajniaków jest dwa razy więcej - wyjaśnia "Długi". - O, tam na przykład - pokazuje kobietę w średnim wieku, ubraną po cywilnemu. - To jest Mariola. Bardzo fajna babka. Zresztą, oni tu wszyscy są fajni. Po tylu latach to już z każdym jestem po imieniu.

Jak mówi król "patelni", policjantom zależy na porządku. Dlatego nie wyganiają ani Grześka, ani jego nieszkodliwych kolegów.

- Tajniakom zależy na łapaniu złodziei. Nas zostawiają w spokoju, bo nikomu nie robimy krzywdy - mówi "Długi". - Raz pomagałem im testować kamery. Podstawiali gościa, którego miałem okraść i sprawdzali, czy dobrze widać.

O tę niepisaną umowę zapytałem Komendę Stołeczną Policji. Na razie milczy.

Źródło: WP.PL / Ochroniarz wyprasza mnie z przejścia podziemnego. (fot. Maciej Stanik)

"Rumunów nie wpuszczamy"

W 2012 roku policja rozbiła "grupę Koli", odpowiedzialną za handel ludźmi i zmuszanie ich do żebractwa. Grupa sprowadzała przede wszystkim kobiety. Najbardziej pożądane były te z niepełnosprawnymi dziećmi.

- Wszystko wskazywało, że jest to przestępstwo handlu ludźmi. Zebrany materiał potwierdził te przypuszczenia. Wynikało z niego niezbicie, że sprawa dotyczy zorganizowanej grupy przestępczej. Świadczyły o tym hierarchiczność i hermetyczność jej struktury, panująca w niej dyscyplina, podział ról i zadań poszczególnych jej członków - mówił w rozmowie z magazynem 997 funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego, który brał udział w rozbiciu grupy.

Młode Ukrainki, żebrząc z dzieckiem na rękach, potrafiły zarobić nawet 800 złotych dziennie.

Co jakiś czas policja rozbija zorganizowane "mafie żebracze". Mimo to proceder trwa.

Poza jurysdykcją "Długiego" na placu Defilad siedzą też bezdomni. Niektórzy grają na akordeonach, inni proszą o wrzucanie pieniędzy do kubków, jeszcze inni aktywnie "wędkują". Niektórzy po prostu śpią na ławkach pod drzewami.

Wiele osób proszących o pieniądze posługuje się językiem rumuńskim - to Romowie lub Rumuni. Na placu siedzą kobiety, niekiedy z małymi dziećmi.

- Oni nie mają tu wstępu - mówi "Długi". - Nie pracują dla siebie. Mają "opiekunów", którzy zbierają od nich kasę. Niektórzy przywożą ich tu na siłę i zmuszają do pracy. Takich policja goni.

Godność żebraka

Grzesiek opowiada mi o swoich początkach na "patelni". Gdy stracił pracę i mieszkanie, to było dla niego jedyne wyjście. Ale zanim zaczął żebrać, minął miesiąc.

- Wstydziłem się - mówi. - Kilka razy próbowałem, ale w ostatniej chwili coś mnie zatrzymywało. Zacząłem, jak już naprawdę musiałem się napić, a nie miałem za co.

Wstyd minął. Dziś "Długi" nie ma już oporów przed proszeniem ludzi o pieniądze.

- Czasem ktoś coś odwarknie albo uda, że mnie nie widzi. Trudno - mówi.

- Zdarzają się tacy, co ubliżają. Mówią "weź się do roboty", wyzywają od Rumunów - opowiada Mariusz. - A ja żadnym Rumunem nie jestem, nie pozwolę się obrażać. Czasami to ignoruję, ale czasami wstaję i pytam, "z czym masz problem?". Albo "dlaczego tak powiedziałeś?". Wtedy się peszą i odchodzą.

Źródło: WP.PL

Perspektywa chodnika

Z poziomu chodnika przestaje się dostrzegać ludzkie twarze, są za wysoko. Widać tylko setki, tysiące par butów. Każde gdzieś się spieszą, i te eleganckie, i te sportowe. Stare trampki i nowiutkie mokasyny.

Złotówkę wrzucają mi do kubka sportowe sandały. 5 złotych dostaję od czarnych szpilek. Im wyższy obcas, tym wyższy datek. Beżowe baleriny z różowym kwiatkiem wrzucają dwa złote, a po chwili dorzucają jeszcze kilkadziesiąt groszy. Znoszone adidasy dają mi dwa bilety tramwajowe i wytrząsają do kubka zawartość kieszonki na monety - 2,70 zł.

- Tylko nie prze**ol wszystkiego - rzucają żartobliwym tonem czarne glany, wrzucając do kubka złotówkę.

Skórzane sandały na niedużym obcasie zatrzymują się na chwilę przede mną. Obok nich jedzie czarna walizka. Zmuszam się, żeby spojrzeć w górę, ale właścicielka butów unika kontaktu wzrokowego. Szybko sprawdza coś w telefonie i odchodzi.

Brązowe kowbojki przyspieszają kroku. Ich właścicielka patrzy na mnie z mieszanką odrazy i zażenowania.

Źródło: WP.PL

- Zmień ten napis - radzi mi "Długi". - Młody jesteś, napisz, że zbierasz na piwo. Więcej dostaniesz.

Nie dostaję więcej. Liczba datków spada, ale wzrasta zainteresowanie. Coraz więcej butów zatrzymuje się obok. Słyszę śmiech i komentarze.

- Zobacz, przynajmniej szczerze mówi, że na piwo zbiera - komentują szare tenisówki i niebieskie trampki.

- Na browarka to tu zawsze dostaniesz - mówi "Długi". - Sam bym ci wrzucił. Ludzie doceniają szczerość.

Finansowo na zmianie napisu wychodzę jednak gorzej. Godzina żebrania przynosi dwa złote zysku. "Długi" tłumaczy, że to zła pora i trzeba poczekać na wieczorny szczyt.

Na picie wystarczy

Jako bezdomny proszący o pomoc w ciągu godziny zbieram 12.70. Mam szczęście. Początkujący zarabiają na ulicy znacznie mniej.

- To dobry wynik - mówi z uznaniem "Długi". - Jak na pierwszy raz, bardzo dobry. Wiesz, z czasem nabiera się wprawy i można zgarnąć znacznie więcej.

Pytam "Długiego", ile on dziś zebrał.

- Zjadłem obiad w KFC, mam na dwie flaszki i jeszcze zostanie - mówi. Nie ma jeszcze czternastej. - Im dłużej, tym więcej, bo ludzie zaczynają cię poznawać. Czasem zagadną, pytają co potrzeba. Tacy dają najwięcej. Stali klienci.

Najlepszy czas na "biznes" to weekend. Metro jest czynne do 3 nad ranem, ludzie idą na imprezy. Są w dobrych nastrojach i stają się hojniejsi.

- Wczoraj od jednej pani dostałem 50 złotych - mówi "Długi". - Kupiłem sobie obiad za 28 zł. Reszta została.

Ile "Długi" może zarobić?

- Jak w weekend jest ciepło i dużo ludzi, to nawet cztery stówy dziennie - mówi.

Żegnamy się. Zanim jednak odejdę, "Długi" wyciąga komórkę i robi sobie ze mną zdjęcie.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Finanse