"To byłby hamulec ręczny polskiej gospodarki”. Wyjazd wszystkich Ukraińców z Polski to scenariusz apokalipsy
(WP.PL, Fot: Paweł Kuczyński)
ukraińcy

"To byłby hamulec ręczny polskiej gospodarki”. Wyjazd wszystkich Ukraińców z Polski to scenariusz apokalipsy

Już 40 proc. polskich firm zatrudnia pracowników ze Wschodu. Gdyby nagle ich zabrakło, ogromny kryzys czekałby m.in. branżę budowlaną, gastronomię czy przemysł. "To byłby hamulec ręczny dla polskiej gospodarki" - mówią eksperci. Scenariusz, w którym Polacy walczą, żeby zatrzymać Ukraińców w Polsce, jest coraz bardziej realny.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

- Pracuję w Polsce, bo mam stąd blisko do domu i mogę zarobić trzy, albo i cztery razy tyle, ile w Ukrainie. Ale jakby się okazało, że mogę równie łatwo i bezpiecznie pojechać do Niemiec i tam zarobić jeszcze więcej, to nawet bym się nie zastanawiała - mówi Ksenia. Pracuje w łódzkim sklepie spożywczym. Biegle zna polski, angielski i hiszpański. Po niemiecku nie mówi. Nauczy się. Nie ona jedna myśli o wyjeździe na Zachód.

1 października niemiecka koalicja rządząca ogłosiła porozumienie w sprawie nowej ustawy migracyjnej. Niemcy chcą uprościć procedury związane z zatrudnianiem cudzoziemców, wprowadzając m.in. 6-miesięczny okres na poszukiwanie pracy, w czasie którego cudzoziemiec ma otrzymać prawo pobytu na terenie kraju.

Po co? Nad Szprewą i Renem panuje rekordowo niskie bezrobocie, a liczba wolnych miejsc pracy sięga miliona. Jednocześnie oferowane średnie wynagrodzenia trzykrotnie przewyższają kwoty, na które imigranci ze Wschodu mogą liczyć w Polsce.

- Koszty pracy w Polsce i tak są już bardzo wysokie, wyższe już być nie mogą - ocenia Andrzej Kubisiak, ekspert od rynku pracy. - Konkurowanie wynagrodzeniami jest nierealne, bo koszty pracy przerosną zyski i zaczną się bankructwa. Jedyne, czym możemy zawalczyć, to różne prawne ułatwienia, ale takich ruchów, póki co, nie widać.

Ogłoszenie wywieszone na słupie w Piasecznie.
Źródło: WP.PL

Szanse na odpływ ukraińskich pracowników z polskiego rynku pracy stają się zatem coraz bardziej realne. Co to oznacza dla polskiej gospodarki? Ogromny kryzys w branży budowlanej, gastronomii i przemyśle.

Budowlanka w rozsypce

Według ostatniego raportu Personnel Service, już prawie 40 proc. polskich firm deklaruje zatrudnianie pracowników z Ukrainy. Nieoficjalne dane, opracowane na podstawie informacji podawanych przez ukraińskie służby mówią, że na terenie Polski przebywa 2,5 mln Ukraińców. Na polskim rynku pracy, według ostatnich danych GUS, jest prawie 160 tys. wakatów.

- Przyjmuje się, że około 0,5 miliona to pracownicy legalni. Łatwo policzyć, że gdyby nagle zniknęli, to ta liczba wolnych miejsc pracy przekroczyłaby 600 tys. - mówi Andrzej Kubisiak. To jest bardzo duży problem dla gospodarki, bo już teraz pracodawcy narzekają na braki kadrowe.

Najwięcej pracowników ze Wschodu jest zatrudnianych w przemyśle, handlu, branży budowlanej, logistyce i usługach.

- Zdarzają się oczywiście pracownicy wysoko wykwalifikowani, którzy przyjeżdżają do nas z Ukrainy, jak np. lekarze czy pracownicy naukowi, ale statystycznie większość to osoby pracujące fizycznie, czy w zawodach nie wymagających kierunkowego wykształcenia - mówi prof. Piotr Krajewski, ekonomista z Uniwersytetu Łódzkiego. - Na takich pracowników jest największe zapotrzebowanie.

Konsekwencje braku pracowników bardzo poważnie widać w sektorze budowlanym. Rosnące koszty pracy, a co za tym idzie również koszty materiałów budowlanych spowodowały, że ceny usług wzrosły do tego stopnia, że wielu wykonawcom nie opłaca się startować w publicznych przetargach.

- Już teraz niektóre firmy schodzą z kontraktów, bo mają braki kadrowe, których nie są w stanie wypełnić - mówi Andrzej Kubisiak.

- Ponad połowa mojej załogi to Ukraińcy - mówi właściciel niewielkiej firmy budowlanej z Łodzi. - Gdyby ich nagle zabrakło, to właściwie mogę się zwijać, bo nie będę w stanie dokończyć żadnej budowy. Nie mogę podnieść ceny na kontrakcie, który już jest podpisany, a jeśli podniosę pensje, to okaże się, że robię poniżej kosztów. Już jestem na granicy.

Kryzys na rynku pracy prędzej czy później odczują też konsumenci. Rosnące koszty pracy przełożą się na wzrost cen.

- Niedobór pracowników będzie oznaczał niższą podaż i w konsekwencji rosnące ceny - mówi prof. Krajewski. - Pracodawcy będą też zmuszeni do jeszcze mocniejszej walki o pracownika. A to będzie oznaczało rosnące koszty pracy. Ceny raczej nie wzrosną od razu. Na początku trzeba się liczyć raczej z niedoborem towarów czy usług, ale z czasem na pewno także i ceny będą coraz wyższe.

Dzień, w którym stanęła Biedronka

Warszawski Mokotów, godz. 18:00. W sklepie popularnej sieci trwa szczyt zakupowy. Z sześciu kas czynne są dwie. Na jednej towary skanuje na oko 25-letni Dima. Na drugiej naklejki na maskotki wręcza klientom niewiele starsza Olga. Oboje mówią z wyraźnym wschodnim akcentem.

Źródło: East News

Kolejki do kas ustawiają się obok półek z kawą i herbatą, przyprawami, zakręcają przy regałach z mlekiem w kartonach i cukrem, by zatrzymać się gdzieś w okolicy zamrażarek. Gdyby nagle Dima i Olga wyparowali z polskiego rynku pracy, na placu boju zostałaby tylko pani Krysia, która właśnie biegnie otworzyć trzecią kasę.

Kolejka ominęłaby zamrażarki i pomknęła w stronę wędlin, nabiału, a po ostrym zakręcie trafiła na stoisko z chemią domową. Stamtąd jest już niebezpiecznie blisko do półek z alkoholem.

Rozmowy w kolejce, siłą rzeczy, schodzą na polski rynek pracy. Pytam towarzyszy niedoli, co by było, gdyby zniknęli Ukraińcy. - Wie pan co by było? Ja panu nie powiem, bo tu są dzieci i nie wypada bluźnić - mówi jeden z klientów sklepu. W koszyku ma sześciopak, parówki i 7 bułek.

- Taki sklep to by trzeba było zamknąć. Tu przynajmniej połowa obsługi to są Ukraińcy. A jakby nie zamknęli, to kolejki by były takie, jak za PRLu - mówi na oko 50-letnia klientka. W koszyku ma krojony schab, jabłka, masło i szczypiorek.

- No bez przesady - odzywa się nagle stojący z boku nastolatek. W koszyku ma ziemniaki, żółty ser, puszkę groszku i mrożoną pizzę. - Przecież zawsze można robić zakupy w internecie.

Gdy wracam ze sklepu, zaczepia mnie zdezorientowany kierowca dostawczaka, który rozwozi zakupy. Pyta o drogę. Łamaną polszczyzną.

Pracownik sezonowy poszukiwany

Według ostatniego Barometru Imigracji Zarobkowej, 88 proc. pracowników z Ukrainy przyjeżdża do Polski na maksymalnie 6 miesięcy - tyle, ile umożliwia im uproszczona procedura zatrudniania cudzoziemców. 62 proc. planuje przyjechać do pracy ponownie, a 74 proc. nie ma zamiaru zostawać w Polsce na stałe.

Ponieważ średnia polska pensja jest nawet pięciokrotnie wyższa niż ukraińska, wielu Ukraińców przyjeżdża do pracy sezonowej, a po kilku miesiącach wraca i utrzymuje się z zarobionych pieniędzy.

- Na Ukrainie bardzo drogi jest opał. Gdybym pracował tylko tam, nie byłoby mnie stać na rachunki za ogrzewanie - mówi Igor. Pracuje jako kucharz w sezonowej restauracji, a na Ukrainie prowadzi niewielką firmę transportową. - Za zarobione tutaj pieniądze jestem w stanie spokojnie przeżyć zimę i nie martwić się o opłaty.

Źródło: Archiwum prywatne

Większość hoteli i restauracji od kilku lat utrzymuje się dzięki pracownikom z Ukrainy. O ile w zawodach związanych z bezpośrednią obsługą klientów wciąż dominują Polacy, to na zapleczach słyszy się przede wszystkim język ukraiński.

- Prowadzę cztery knajpy. Na kuchniach pracuje trzech Polaków - mówi pan Krzysztof, właściciel nadmorskich restauracji. - Gdyby Ukraińców zabrakło, to musiałbym pozamykać lokale. Utrzymałbym może jeden, ale z trudem.

Półtorej godziny czekania na jedzenie. Jak Ukraińcy wyjadą, knajpa padnie

Nadmorska restauracja, godz. 16, szczyt sezonu. Wszystkie stoliki zajęte, na zewnątrz na wolne miejsce czeka jeszcze kilka osób. Czas oczekiwania na zamówienie dobija do 1,5 godziny.

W kuchni pracuje 6 osób. Skwierczenie patelni skutecznie zagłusza ukraińskie disco, dudniące z małego radyjka stojącego przy piekarniku.

- Przyzwyczaiłem się - mówi Mateusz, jedyny Polak, który tu pracuje. - Już nawet zaczynam trochę mówić po ukraińsku. Pytam co by się stało, gdyby Ukraińcy nagle wyjechali. - Nie wyobrażam sobie tego. Na moje oko, 1/3 ludzi, którzy pracują w wakacyjnym biznesie to Ukraińcy. Miejscowości turystyczne by po prostu padły - mówi.

Po pracy Igor, Tatiana, Oleg, Wasyl i Sasza wychodzą na piwo. Pytam, czy gdyby mogli, to wyjechaliby dalej. - Jakbym miał gdzieś wyjechać na stałe, to wolałbym do Polski - mówi Wasyl. - Znam już język, dobrze się tu czuję. Ale do takiej sezonowej pracy, to jasne że wybrałbym kraj, gdzie lepiej płacą.

- A ja tam na zarobki nie narzekam - mówi Igor, szef kuchni. - Za stary już jestem na to, żeby po całym świecie jeździć.

- To wcale nie jest tania siła robocza - mówi pracodawca Igora, pochylony nad fakturami. - Ale ja mu wolę zapłacić więcej, bo jak wyjedzie gdzie indziej, to leżę.

Dziury po Ukraińcach nie ma jak załatać

Odpływ ponad 2 milionów pracowników może oznaczać poważne zahamowanie kluczowych gałęzi gospodarki - tych, w których potrzebni są przede wszystkim pracownicy fizyczni. Sytuacja jest o tyle trudna, że "dziury" nie ma jak załatać.

- Do pewnego stopnia odpływ pracowników ze wschodu będzie wiązał się z wyższymi płacami i aktywizacją zawodową osób, które dziś nie pracują - komentuje prof. Krajewski. - Mówi się, że programy socjalne typu 500 + wypychają ludzi z rynku pracy. Wyższe płace sprawią, że tym, którzy dziś nie pracują, praca będzie się opłacać bardziej niż socjal. Ale to też tylko do pewnego momentu, bo zapotrzebowanie rynku będzie znacznie większe.

Źródło: PAP

Prognozy demograficzne nie są optymistyczne. Rocznie na rynek pracy wchodzi około 400 tys. osób. Ubywa ok. 700 tys.

- Już na poziomie demografii mamy lukę rzędu 300 tys. osób, a do tego trzeba jeszcze doliczyć emigrację zarobkową, która nadal trwa - komentuje Andrzej Kubisiak. - Warunki kadrowe się kurczą, więc jeśli zabraknie imigrantów, to napięcia będą bardzo duże.

Polska wciąż jest dla Ukraińców atrakcyjnym celem zarobkowych wyjazdów, ale jeśli polityka imigracyjna Niemiec faktycznie zostanie uproszczona, sytuacja może się zmienić. Zwłaszcza w przypadku pracowników, którzy wyjeżdżają na krótko i są nastawieni na wysoki zarobek.

- Jeżeli ktoś będzie miał do wyboru wyjechać pod Poznań, albo pod Berlin i tam zarobić 2-3 razy więcej, to można się spodziewać, że wielu pracowników wybierze Niemcy - komentuje Kubisiak. - Zwłaszcza, jeśli od strony prawno-biurokratycznej będzie równie łatwo.

Zdaniem ekspertów, na walkę o imigrantów z Ukrainy wysokością wynagrodzeń Polska nie ma szans. Może za to wykorzystać te przewagi, które już ma.

- Na pewno bariera językowa dla Ukraińców jest mniejsza i to jest jeden z powodów, dla których część imigrantów wybiera Polskę - mówi prof. Krajewski. - Mniejsze są też bariery kulturowe i odległość, co ma znaczenie dla tych, którzy przyjeżdżają na krótko.

- Konkurować należałoby na poziomie formalnoprawnym. Jeszcze bardziej uprościć procedury, żeby były przyjaźniejsze i szybsze - mówi Andrzej Kubisiak. - Niestety, podczas gdy Niemcy ustalają nową, uproszczoną politykę imigracyjną, Polska swoją wyrzuca do kosza, dymisjonując ministra Chorążego, który ją opracowywał.

Arab za Ukraińca?

Pracownicy z Ukrainy to największa, ale nie jedyna grupa imigrantów zarobkowych, którzy przyjeżdżają do Polski. W pierwszym półroczu 2018 roku do polskich urzędów wpłynęło w sumie 139 tys. wniosków o wydanie zezwolenia na pracę. W tym prawie 4 tys. z Indii, 8 tys. z Białorusi i ponad 10 tys. z Nepalu, co jest pewną nowością. Jednak w tym samym czasie wniosków z Ukrainy wpłynęło prawie 100 tys. Jak mówią eksperci, zastąpić Ukraińców będzie na polskim rynku pracy bardzo trudno.

Zobacz też: Prof. Gomułka: Gdyby nie Ukraińcy, byłby kryzys

- Imigracja z Azji jest o tyle skomplikowana, że nie ma odpowiedniej bazy w ambasadach. Urzędy nie są przygotowane, niedawno słyszeliśmy, że w New Delhi na rozpatrzenie czeka 25 tys. wniosków o pozwolenie na pracę. A proszę spojrzeć na skalę 25 tys. w porównaniu do 100 tys. z Ukrainy - komentuje Andrzej Kubisiak. - Na pracowników z Białorusi też nie ma co liczyć, a na pewno nie w takiej liczbie. Na Białorusi zarabia się lepiej niż na Ukrainie, ludzi jest mniej, a dodatkowo nie działają tam agencje pracy, bo zostały zdelegalizowane.

Pozostają imigranci z krajów arabskich, w tym przypadku pojawiają się jednak inne problemy. Niekoniecznie związane z gospodarką. - Część Polaków jest niechętna imigrantom z Bliskiego Wschodu. Chodzi przede wszystkim o różnice kulturowe czy kwestie bezpieczeństwa. Problemem może być też bariera językowa - mówi prof. Krajewski. - Ale z czysto ekonomicznego punktu widzenia, byłoby to dobre wyjście.

Wracam na Mokotów Uberem. Samochód prowadzi Ivan. Słabo mówi po polsku, więc jedyne co mogę z niego wyciągnąć to "Polska fajna". Po drodze mijamy kilka sklepowych witryn. Na szyby przyklejone ogłoszenia: "Dam pracę od zaraz". Na ścianie obok ktoś nabazgrał czarną farbą: "stop imigrantom".

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Finanse