- Byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy w jednej z prywatnych szkół. Mam duże doświadczenie i zależało mi na pracy w tej szkole, bo znajduje się blisko mojego mieszkania. Uważam, że wypadłam nieźle na rozmowie. Dyrektor zapewniła mnie, że w ciągu tygodnia otrzymam odpowiedź, nawet jeśli będzie ona negatywna. Minął tydzień i nic. Tymczasem byłam na rozmowie w innej szkole, dyrektor powiedział, że mógłby mnie zatrudnić od następnego tygodnia. Zadzwoniłam do szkoły, na której mi zależało. Dowiedziałam się, że jeszcze trwają ustalenia i poproszono mnie o cierpliwość. Powiedziano mi też, żebym się przygotowała, bo prawdopodobnie to ja zostanę wybrana. Wybór miał jeszcze zatwierdzić wspólnik, bo szkoła działa jako spółka. Minął drugi tydzień i znów to ja musiałam zadzwonić. Zdenerwowana przełączaniem mnie do kolejnych sekretarek, poprosiłam o połączenie z dyrektorką, u której byłam na rozmowie kwalifikacyjnej. Ta bardzo niegrzecznie powiedziała mi, że nie wie o co chodzi i że już dawno pracownik na
stanowisko, o które pytam, został wybrany. Nie widziała nic niestosownego, ja się poczułam zlekceważona. I do tego straciłam szansę na pracę w drugiej szkole - mówi Joanna Grzegorczuk. O podobnej sytuacji mówi Piotr, który szukał zatrudnienia jako projektant maszyn. Gdy nie otrzymał odpowiedzi w określonym terminie, zadzwonił. - Cóż zostałem zrugany przez osobę prowadzącą rekrutację. Dowiedziałem się, że mam cierpliwie czekać. Jełki nie otrzymałem odpowiedzi, to znaczy, że jeszcze nie ma decyzji. I żebym nie był taki pewny siebie, bo kandydatów było wielu i to lepszych ode mnie. Tym bardziej więc powinienem pokornie czekać, a nie wydzwaniać i zawracać głowę. Prawdę mówiąc opadła mi szczęka ze zdziwienia. Potraktowano mnie jak dziecko i automatycznie przestało mi zależeć na pracy w tej firmie – twierdzi Piotr Julkiewicz.