Beata Chomątowska
Beata Chomątowska (East News)

Kłopotliwy prezent od ZSRR. Mogło skończyć się jak w Leningradzie

Pierwsza próba obejrzenia radzieckiego hitu z 1975 r., w którym główną rolę zagrała Barbara Brylska skończyła się tym, że wyłączyłam go po pierwszej godzinie. Fenomen filmu "Szczęśliwego Nowego Roku" w Rosji można porównać do euforii, jaką wywołuje u nas "Kevin sam w domu": każdy oglądał po kilka razy, a przed telewizorami i tak zbierają się tłumy.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Rosjanie oglądają "Szczęśliwego..." w ostatni dzień starego roku. Wciąga ich historia mężczyzny, który tak zapomniał się w zakrapianej zabawie z kolegami, że przez pomyłkę wsiadł do samolotu do Leningradu. W rzeczywistości do miasta nad Newą lecieć miał jego kolega, ale w ferworze zabawy wszystko się panom pomyliło. Żenia nie ma świadomości, że zamiast po Moskwie, spaceruje po Leningradzie. Dociera na osiedle, pewnym krokiem podchodzi do drzwi wejściowych, wjeżdża windą na "swoje" piętro, otwiera drzwi (klucz pasuje!) i idzie prosto do łózka.

Dopiero po czasie zorientuje się, że to nie jest łóżko i nie jego mieszkanie. Ba, że to już nawet nie jego miasto.

Naiwnym wydało mi się założenie twórców filmu, że można oprzeć fabułę na tak naciąganym błędzie. Bo cóż, że pijany!

Po kilku miesiącach obejrzałam film z większa pokorą, a w myślach przeprosiłam twórców za to, że oceniłam ich pracę z perspektywy osoby żyjącej w XXI wieku, kiedy to każdy blok na jednej ulicy potrafi wyglądać zupełnie inaczej i na pewno nie sposób ich pomylić – bo co deweloper, to inny projekt. Na swoje usprawiedliwienie miałam tylko to, że nie tylko mnie zupełnie nie do pomyślenia zdaje się osiedle/miasto/całe imperium, w którym ulice są swoimi klonami. A tak właśnie było w ZSRR, gdzie domy w postaci prefabrykatów wyjeżdżały z fabryk i rozjeżdżały się po całym zajmującym 1/8 globu, kraju. I nic, tylko rozpakować je w Kazaniu czy Wołgogradzie, rozstawić i porozdawać (wyczekane przez lata) przydziały.

A gdy w kraju panuje głód mieszkaniowy na skalę nieznaną już współczesnej Europie, nawet te ciasne klitki w blokach pozbawionych jakichkolwiek cech indywidualności cieszą się ogromnym wzięciem.

W Białymstoku jak w Leningradzie

Podobno i w Polsce zdarzało się, że ludzie mylili bloki - i łatwo sobie to wyobrazić, bo choć architekci starali się nadać osiedlom rys indywidualności, niektóre wyglądały jak multiplikacja tego samego budynku. A mogło być jeszcze gorzej, bo Związek Radziecki chciał uraczyć nas dziesiątkami wielkich, brzydkich molochów, które dominowałyby nad polskimi miastami znacznie bardziej niż Pałac Kultury i Nauki nad Warszawą.

Pomysł tego osobliwego prezentu pojawił się w połowie lat 60., gdy polskie Ministerstwo Budownictwa ogłosiło konkurs na opracowanie kompleksu systemu budownictwa mieszkaniowego z wielkiej płyty. Takiego samego dla całej Polski. Domy miały być wznoszone szybko i możliwie niskim kosztem, bo potrzeby były ogromne.

Źródło: East News / Bloki w smutnym miasteczku w Kazachstanie

Dla towarzyszy z Moskwy było oczywiste, że wielka płyta, która już wkrótce ma zabudować Polskę jak ona długa i szeroka, pochodzić ma ze Związku Radzieckiego. Pytanie rozbijało się tylko o to, czy będzie to system opracowany w Leningradzie czy w Moskwie. Strona polska wiedziała, że niektóre prezenty mogą powodować więcej szkód niż korzyści, więc bardzo chciała umiejętnie odmówić daru. O słabej jakości radzieckich budynków z prefabrykatów wiedziała od 1958 r., kiedy to delegacja naszych dygnitarzy pojechała do Moskwy i wróciła z przekonaniem, że od radzieckich bloków trzeba się trzymać z daleka.

Prezent jednak zawitał do portu w Gdańsku. W kawałkach, jak na wielką płytę przystało. Do tego przybyło czterdziestu robotników z Leningradu, którzy mieli wszystko sprawnie zamontować i raz na zawsze rozwiązać polskie problemy mieszkaniowe.

Podobno były szkaradne, toporne i – dramat dla architekta – zaprojektowane tak, że nic nie dało się zmienić, dostosować do potrzeb konkretnego osiedla – pisze Beata Chomątowska w książce "Betonia", która niedawno ukazała się nakładem wydawnictwa "Czarne".

- To co miało być darem od Związku Radzieckiego, w rzeczywistości nim nie było, bo za kilkanaście "leningradczyków" Polska sporo zapłaciła. Trafiły do kilku miast na zachodnim wybrzeżu. Przyjechały i na szczęście zarówno architekci, jak i urzędnicy odpowiedzialni za budownictwo stwierdzili, że to będzie jednak zbyt straszne i że zupełnie nie ma to sensu. Zapadła decyzja, że prezentu jednak przyjmować nie będziemy – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską.

"Niech się mury pną do góry"

Architekci, którzy zaczęli tworzyć w międzywojniu mieli nadzieję, że powojenna rzeczywistość pozwoli im rozwinąć skrzydła i że okaże się, że projekty, które przed 1939 r. wydawały się zbyt awangardowe i nie do realizacji, teraz będą mogły być budowane. Sześcioletni konflikt zrównał z ziemią zabudowę w największych miastach i pojawiła się przestrzeń, która szybko trzeba zabudować.

Źródło: Wikimedia Commons CC BY / Plac Konstytucji - Fragment MDM

Niestety, ich pokolenie miało ogromnego pecha. Zawsze zbyt nowocześni: żaden modernizm nie miał szans rozwinąć się w smutnych czasach socrealizmu.

Ale projektować i budować trzeba. Polska, już w nowych granicach, bardzo szybko stała się wielkim placem budowy.

- Budynki wznoszone w okresie powojennym były budowane szybko i często byle jak. Wielu fachowców zginęło na wojnie, nie było komu szkolić młodych wchodzących do zawodu - opowiada Chomątowska. - Jeśli dziś popatrzymy na blokowe osiedla z pierwszych dwóch powojennych dziesięcioleci, zobaczymy interesującą prawidłowość: budynki ustawione są w jednakowych odstępach, bardzo geometrycznie, co wygląda nienaturalne. To dlatego, że w tamtym okresie budowlańcy mieli do dyspozycji tylko jeden typ żurawia.

Na szczęście żadna noc nie trwa wiecznie. Przychodzi rok 1956, odwilż. Architekci po raz pierwszy mają możliwość wyjazdu na Zachód i mogą zobaczyć, jak się tam buduje. Zachłystują się tym, chcą nadrobić 10-letnie zaległości i budować tak nowocześnie jak to tylko możliwe. Z tym że Zachodnia Europa już wtedy widzi dużo błędów związanych z pierwotnym, dogmatycznym podejściem do modernizmu i od tego odchodzi. U nas ta moda dopiero się pojawia.

Euforia poodwilżowa Gomułki trwa krótko i mniej więcej w 1962 r. zaczyna się "wielki okres oszczędności".

- To kolejny dramat dla architektów: już wiedzą, że więcej nie zaszaleją. Muszą przykrajać swoje pomysły do pokracznych ram określonych przez system - mówi Chomątowska.

W siermiężnych czasach trzeba oszczędzać i Gomułka do perfekcji opanował tę zasadę (a jeśli przeoczył miejsce, gdzie można dokonać mniej lub bardziej pozornych oszczędności, to ktoś z jego otoczenia na pewno służył wskazówką).

Beata Chomątowska pisze o nadgorliwych działaczach, którzy, by pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych, postulują podwyższanie istniejących czteropiętrowych bloków (i nie dają wiary architektom, którzy przekonują, że ze względów konstrukcyjnych jest to niemożliwe) albo zastępowanie drzew między blokami pnączami na ścianach. Po dogęszczeniu można zmieścić więcej budynków na działce, więc warto, a Pełnomocnik ds. Przykładowo Oszczędnego Budownictwa Mieszkaniowego (tak, istniał taki urząd) będzie dumny.

"Optymalizować" można w nieskończoność: prawdziwe oszczędności przyniesie budowanie domów wielorodzinnych na nieuzbrojonych działkach gdzieś na peryferiach miasta czy bloki ze wspólnymi kuchniami i łazienkami. Po jednej na piętro – a to i tak awans społeczny dla mieszkańców, którzy do niedawna o jakiejkolwiek łazience mogli tylko pomarzyć.

Na szczęście nie wszyscy dali się zwariować. Inżynierowie z Instytutu Budownictwa Mieszkaniowego wykazali, że bloki ze wspólnymi toaletami są w rzeczywistości o cztery procent droższe od tych, w których każde mieszkanie jest wyposażone w łazienkę. Zgrupowane łazienki zajmują też więcej miejsca niż wtedy, gdy malutkie pomieszczenia (bo wszystko w gomułkowskich blokach było malutkie) przynależą do poszczególnych lokali.

Władze odpuściły, ale pomysł oszczędności miejsca poprzez rezygnację z "indywidualnych" łazienek pozostał z tyłu głowy. Może więc dopuścić rezygnację z nich w kawalerkach? I znowu "pas", opór zgodnie postawili architekci, budowlańcy i lokalni działacze partyjni z Warszawy.

- Nie będziemy tworzyć strefy bezwychodkowej w środkowej Europie. Żaden budynek przykładowo-oszczędny w Warszawie nie powstanie! - grzmieli. I to na szczęście zakończyło dyskusję.

Różne jeszcze pomysły przychodziły do głowy urzędnikom, którzy dwoili się i troili, by z każdego budynku "wycisnąć" jak najwięcej powierzchni użytkowej. Ograniczenie liczby drzwi w mieszkaniach, zmniejszenie okien, a może rezygnacja z nich w niektórych pomieszczeniach?

I najważniejsze: rzecz jasna, mieszkania mają być małe. Służą do mieszkania, a nie spraszania gości, więc metraż przypadający na jedną osobę nie powinien przekraczać 7 metrów kwadratowych (później spadł do pięciu).

Zachód nie chciał płyty, którą Polska z radością odkupiła

Dochodząc do władzy na początku lat 70., Edward Gierek obiecał obywatelom lepsze, bardziej dostatnie życie. Trudno być szczęśliwym w klitce ze ślepą kuchnią, więc zmiany objęły też założenia tego, jak mają mieszkać Polacy.

Za Gierka możemy wyodrębnić dwie fazy. Pierwsza daje dużo nadziei. Zaczyna dominować wielka płyta, bo pierwszy sekretarz kupuje od Zachodu, który już zdążył się do niej zniechęcić, technologię i wyposażenie "fabryk domów". Buduje się szybko, ale kolejka potrzebujących się nie zmniejsza.

Źródło: East News

Te powstające do połowy lat 70. osiedla, choć masowo produkowane z wielkiej płyty, są stosunkowo udane. Wkrótce jednak wszystko wymyka się spod kontroli. Zaczyna się kryzys, trzeba ciąć koszty. Coraz trudniej zdobyć materiały, coraz więcej w tych budynkach niedoróbek: szpary pod oknami, krzywe podłogi. One oczywiście wcześniej też były, ale skala robi się niebezpieczna.

- Takie osiedla możemy z całą odpowiedzialnością nazwać blokowiskami - wyjaśnia Beata Chomątowska.

Bo nie każde osiedle zabudowane blokami nim jest, choć dziś nazwa "blokowisko" funkcjonuje powszechnie jako synonim osiedla.

- Tymczasem określenie to dotyczy tylko wielkich osiedli ze schyłkowego okresu gierkowskiego i lat 80. Przerośnięte, przeskalowane, szare, jednolite w swojej masie, bez koncepcji urbanistycznej, bo często zabito ją w zalążku, gdy trzeba było wdrażać oszczędności - opisuje.

Znamy je wszyscy.

Nie tylko klasa średnia się grodzi

Zostawmy na boku problemy mieszkaniowe lat 60. i 70. - dziś mamy swoje. Wprawdzie na przydział mieszkania nie trzeba się zapisywać z dziesięcioletnim wyprzedzeniem, ale trudno powiedzieć, by stały się powszechnie dostępne (choćby z powodu cen, które nieustanie idą w górę). Przed kilkoma miesiącami przez łamy jednej z gazet codziennych przetoczyła się dyskusja o problemach, jakie powoduje grodzenie się klasy średniej. Po lekturze kilku tekstów można było dojść do przekonania, że przyczyną co najmniej połowy sporów, jakie toczą między sobą Polacy jest właśnie to, że ludzie chcą mieszkać na grodzonych osiedlach, a demontaż płotów i odesłanie ochroniarzy miało sprawić, że miłość między Polakami eksploduje z nieznana wcześniej siłą.

Pytam Beatę Chomątowską, czy ma podobne refleksje.

Źródło: East News

- To jest mit, że grodzą się tylko mieszkańcy nowych apartamentowców. Grodzą się wszyscy Polacy, także na starych osiedlach. Podczas pisania książki miałam okazję współpracować z socjologami, którzy badali ten fenomen. I okazało się, że również na starych osiedlach powszechną praktyką jest stawianie szlabanów, by zapewnić sobie miejsce do parkowania i uniemożliwić ludziom z zewnątrz zostawianie samochodów na przyblokowym terenie.

I dalej – wielu posiadaczy mieszkań własnościowych traktuje inaczej sąsiadów, którzy wynajmują. Uznają ich za odmienną grupę – bo są tu tylko na chwilę, nie ma potrzeby, aby się z nimi zapoznawać - wyjaśnia.

Na koniec pytam, czego dzisiejsi deweloperzy – bo to oni decydują o kształcie współczesnych osiedli – mogliby się nauczyć od architektów z okresu PRL.

- Na wielu osiedlach (przykładem niech będzie krakowskie Osiedle XXX-lecia z lat 70., dziś Krowodrza Górka) widać, że urbanista kierujący zespołem myślał kompleksowo. Nie koncentrował się na tym, by poustawiać jak najwięcej bloków, ale brał pod uwagę także dostęp do słońca, przewiew, zieleń między budynkami. O osiedlu myślano często jak o współczesnej odmianie miasteczka, w którym musi być centralny plac i główna oś komunikacyjna, ułatwiająca interakcje między mieszkańcami. Choć z powodu braku środków w latach 60. i 70. nie wszystkie pomysły urbanistów udało się realizować, to jednak starano się różnicować zabudowę. Uwzględniano również prognozy demograficzne, dbając o wyposażenie osiedli w odpowiednią ilość szkół i przedszkoli.

Polub WP Finanse