Trwa ładowanie...

Light, bezglutenowe, bez GMO. Jak zwiększyć sprzedaż żerując na modzie?

Jeszcze do niedawna półki zalewały produkty krzyczące na etykietach "light". Mamy też za sobą apogeum metkowania wszystkiego jako "bezglutenowe". Za to coraz częściej na produktach pojawia się "bez GMO" i to nawet tam, gdzie owego GMO nie ma prawa być.

Light, bezglutenowe, bez GMO. Jak zwiększyć sprzedaż żerując na modzie?Źródło: WP.PL, fot: Aleksandra Łukasiewicz
d2s0ul9
d2s0ul9

Chyba największą ściemą producentów jest znakowanie produktów etykietą "bez GMO". W zasadzie ciężko już znaleźć nabiał bez niej. A zaczęło się od jajek Farmio, które były głośno reklamowane jako te od kur karmionych paszami "wolnymi od GMO" (co z tego, że to jajka z chowu klatkowego, gdzie zwierzęta są stłoczone w ciasnych klatkach, pozbawione dziobów, nigdy nie widzące światła dziennego - ważne, że jedzą paszę "bez GMO"; na pewno dzięki temu im i nam lepiej).

Zarabianie na strachu przed GMO

Dlaczego uważam, że to ściema i nabijanie klientów w butelkę? Po pierwsze - W Europie żywności GM praktycznie nie ma, a jeśli jest, to są to produkty mocno przetworzone (np. oleje sojowe). Kolejna ważna kwestia, żywność zawierająca więcej niż 0,9 proc. GMO musi być na terenie Unii Europejskiej oznakowana, więc należy sprawdzać pod tym kątem etykiety. Na pewno nie ma na rynku europejskim (a więc i w Polsce) w sprzedaży żadnych owoców, warzyw, czy zwierząt GM. Do tej pory Komisja Europejska nie autoryzowała na rynek żadnego tego typu produktu. – pisze dr n. rol. Wojciech Zalewski we wpisie na blogu dr Damiana Parola.

Po drugie – nawet jeżeli rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z żywnością modyfikowaną genetycznie, to nie jest to powód do obaw. Mówi chociażby o tym stanowisko WHO: „Genetycznie modyfikowane jedzenie aktualnie dostępne na międzynarodowych rynkach pozytywnie przeszły ocenę bezpieczeństwa i nie są zagrożeniem dla ludzkiego zdrowia.”

Zobacz także: Nowe tendencje w handlu. Retail park - to tam załatwimy najpotrzebniejsze sprawy

Po trzecie – niestety to sami konsumenci zaczęli poniekąd "wymuszać" od producentów deklaracje odnośnie GMO, np. w przypadku nabiału czy jajek. Chodzi o to, czy zwierzęta były karmione paszami zawierającymi modyfikowane rośliny (mimo że nie ma to żadnego wpływu na skład chemiczny mleka - nie ma na ten temat żadnych wiarygodnych badań).

d2s0ul9

- W mleku nie ma GMO – nawet, jeśli jest ono w paszy, to żadne badania nie wykażą, że jakieś pozostałości GMO są w mleku – powiedział serwisowi portalspożywczy.pl Tadeusz Proczek, prezes OSM w Grodzisku Mazowieckim.

Natomiast OSM Piątnica (mająca w ofercie produkty oznaczone "bez GMO") na swojej stronie internetowej informuje, odnosząc się do swojej oferty, że "Swoim działaniem Piątnica nie zabiera głosu w dyskusji na temat, nawet pośredniego, oddziaływania produktów genetycznie modyfikowanych na organizm człowieka. Ten obszar pozostawia do indywidualnej oceny i opinii konsumentów dając im możliwość świadomego wyboru”. Mnie zastanawia czy chodzi rzeczywiście o świadomy wybór, czy może żerowanie na niewiedzy i irracjonalnych lękach?

WP.PL
Źródło: WP.PL, fot: Aleksandra Łukasiewicz

Ale nie tylko Piątnica ma takie oznaczenia, teraz trudno znaleźć produkty mleczne bez takiej etykiety. "Bez GMO" chwali się także Milko, Zott, Mlekpol czy Krasnystaw.

d2s0ul9

A co było przed "bez GMO"?

Pamiętam, jak jeszcze około 10 lat temu coraz więcej produktów zdobiła etykieta z napisem „light”. Co prawda nie zawsze było do końca wiadomo o co z tym całym "light" chodzi, ale z reguły jest to obietnica obniżonej kaloryczności produktu. Jak bywa z praktyką – raz tak było, raz nie. Z reguły kaloryczność wcale dużo się nie różni od produktu "nie light", zmieniają się tylko proporcje węglowodanów prostych do tłuszczów. Raz jedne były ucinane na rzecz drugich, raz drugie na rzecz pierwszych. Często przy udziale dodatkowych składników ulepszających żywność (czyli wszystkie E), bo przecież to się jakoś wszystko musi trzymać razem.

Ale od jakiegoś czasu widzę, że trend się odwraca, a słowo "light" jest często zastępowane innymi określeniami, takimi jak np. "zero" (Coca-Cola Zero) albo "bez cukru". Wygląda na to, że edukacja konsumencka nie poszła na marne i Polacy zaczęli coraz częściej czytać etykiety. Przez to samo określenie "light" zaczęło mieć negatywny wydźwięk.

Kończy się jedna moda, zaczyna druga

Wkrótce po modzie na produkty "light" nagle jak grzyby po deszczu zaczęła pojawiać się żywność oznaczona jako "bezglutenowa". Bardzo często droższa od tej bez takiego oznaczenia. Gluten nagle stał się winowajcą wszystkich problemów współczesnego świata, od nadciśnienia do zmian klimatu. Odpowiedź producentów żywności mogła być tylko jedna – zamieszczanie określenia "bezglutenowy" wszędzie, gdzie się da. Nawet jeżeli z założenia dany produkt nie miał prawa zawierać w sobie glutenu.

d2s0ul9

Przynajmniej na tej sytuacji skorzystali chorzy na celiakię. Dzięki bezglutenowej modzie znacznie zwiększył się asortyment produktów pozbawionych białka roślinnego. Ale przecież i moda na tę etykietkę musiała się skończyć. Przyszedł czas na kolejne określenie.

Co na to eksperci?

Psycholodzy biznesu także potwierdzają, że wszystkie tego typu określenia to najczęściej zagrywki czysto reklamowe. –Jest to praktyka wybitnie marketingowa – mówi Andrzej Tucholski, jeden ze specjalistów z tej dziedziny, z którym się skontaktowałam.

Recepta jest jedna – szukajmy badań, myślmy samodzielnie, czytajmy etykiety i przede wszystkim, nie dajmy się zwariować. Już za rogiem czai się pewnie kolejna modna etykietka.

Znacie więce tego typu przykładów, kiedy producenci próbują zarobić na jakiejś modzie? Dajcie znać na dziejesie.wp.pl

d2s0ul9
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2s0ul9