Bliskość regulacji i strategii biznesowych banków implikuje jednoznacznie rekomendację, iż wtedy, gdy banki zachowują się w sposób zagrażający sferze realnej, nadzorca zobowiązany jest do zdecydowanej interwencji. Trzeba się wtedy jednak raczej koncentrować na ogólnych zagrożeniach, a nie pojedynczych przypadkach, i to tylko w sposób koniecznie niezbędny. Schick w tym momencie zapomina jednak, że w bankowości obowiązują nigdzie wprost niezapisane zasady: „zbyt duży, żeby upaść” i „zbyt ważny, żeby upaść”. Na pewno lepszym rozwiązaniem byłoby bieżące monitorowanie zachowań i kondycji banków, a więc skupianie się na prewencji. W bankowości niemieckiej trzeba też rozwiązać dylemat, jak powinien się mieć nadzór ogólny do nadzoru autonomicznego w bankach spółdzielczych i kasach oszczędnościowych. Schick nie rozwija tej kwestii, poprzestając na stwierdzeniu, że siła regulacji nie leży w masie kontroli, lecz w koncentracji na sprawach najważniejszych. Ścisłe związki między regulacją banków a ich strategiami
biznesowymi prowadzą też do pojawienia się zjawiska, które w literaturze określa się jako „regulatory capture”, co w polskich publikacjach ekonomicznych tłumaczy się najczęściej jako „niewola regulacyjna” lub „zawładnięcie regulacją”. Termin ten oznacza sytuację, w której pojawia się tendencja do utożsamiania się regulatora z interesami podmiotów regulowanych, a tymczasem ten pierwszy powinien reprezentować w pierwszym rzędzie interes publiczny, czyli jakąś postać dobra wspólnego. Najczęściej bankowcy i politycy próbują przecież przekonywać obywateli, jak ważne funkcje spełniają banki, a jeśli sprawy przyjmują zły obrót, straszą nas wtedy, jakie katastrofalne skutki miałoby dopuszczenie do masowych bankructw banków. Z taką polityką mamy do czynienia już od prawie dwóch lat. Nie bardzo widać w tym momencie racjonalne rozwiązanie problemu „regulatory capture”. Ktoś mógłby wprawdzie powiedzieć, że władze publiczne ratują również sektor realny, ale nie wiemy, jakie skutki przyniesie eksplozja pakietów
ratunkowych. Wiemy natomiast, że taka polityka ma na pewno wiele negatywnych następstw dla kształtowania bodźców i motywacji wszystkich aktorów polityczno-ekonomicznych. Schick w tym momencie pisze, by szukać możliwości przeciwdziałania „regulatory capture” poprzez odwołanie się do zasady „checks and balances”, czyli do mechanizmu gwarantującego zachowanie równowagi politycznej. Zasada ta jednakże wymaga bardzo dobrej kontroli publicznej, ale może być sprawowana przez osoby i podmioty posiadające specjalistyczną wiedzę. Z konieczności będą one znów powiązane z bankowością, bo współczesne społeczeństwa to w przeważającej części „livs”, czyli „low information voters”, a więc ludzie wychowani głównie na „papce” telewizyjnej oraz tabloidach. W tym kontekście Schick konkluduje, że w czystej formie „regulatory capture” redukuje się do samoregulacji banków. To bardzo niepokojąca konstatacja. Schick nie byłby jednak prawdziwym Niemcem, gdyby w tym momencie nie przywołał słów J. Ackermanna – prezesa Deutsche Banku,
który na początku kryzysu stwierdził: „Zrobimy wszystko (jako bankowcy – J. K.), aby nasze banki sami naprawić, nie oddając w tym względzie inicjatywy ustawodawcy”. Nie muszę dodawać, że taka wypowiedź jeszcze bardziej umocniła wizerunek dr. Ackermanna jako wroga publicznego numer jeden w Niemczech. Teraz jednak, gdy Deutsche Bank osiągnął całkiem przyzwoity zysk netto za I kwartał br. (1,2 mld euro), przez wielu traktowany jest on jako jeden z najbardziej szanowanych biznesmenów w tym kraju. Rząd federalny zachowuje natomiast rezerwę wobec Kaisera Josefa, bo tak bywa też nazywany Ackermann, gdyż ten uznany został za podważającego pakiet pomocowy dla banków, kiedy odmówił skorzystania z niego.