Trwa ładowanie...
d4ejqpv
recesja

Państwo a banki

Kwestia relacji państwa i banków absorbuje uwagę już od dawna, ale przeżywany aktualnie kryzys znacznie ją wyostrza.
Share
Miejsce, w którym stanie replika pałacu pruskich władców
Miejsce, w którym stanie replika pałacu pruskich władcówŹródło: AFP
d4ejqpv

Kwestia relacji państwa i banków absorbuje uwagę już od dawna, ale przeżywany aktualnie kryzys znacznie ją wyostrza.

Warto prześledzić, jak na nią patrzą niemieccy politycy. W tym celu skorzystam z przeglądu stanowisk zaprezentowanego w "Zeitschrift für das gesamte Kreditwesen" w numerze pierwszym z br.

Poglądy wielkiej koalicji

O. Berchardt, rzecznik prasowy frakcji CDU/CSU ds. polityki finansowej, swój tekst zatytułował następująco: „Polityka określa jedynie ramy”. Wychodzi on ze znanej konstatacji, iż spowolnienie gospodarki podwyższy koszty refinansowania i utrudni odzyskanie zaufania na rynku międzybankowym. Dalej argumentuje, że konstytucja niemiecka wręcz nakazuje wszystkie banki traktować jednakowo, a działania pomocowe dla nich powinny być zintegrowane w ramach eurolandu, natomiast ich intensywność na rynku krajowym musi być dostosowana do rozwoju sytuacji. To stanowisko CDU/CSU dosyć konsekwentnie reprezentuje cały czas. To samo dotyczy oczekiwań, że wsparciu państwa powinny towarzyszyć świadczenia przeciwstawne ze strony banków, które mają doprowadzić do trwałego przezwyciężenia kryzysu. Dlatego też pomoc ta powinna być uwarunkowana dokonaniem reorientacji polityki biznesowej niemieckich banków na rzecz wspierania rodzimych małych i średnich przedsiębiorstw, głównie w sposób konserwatywny, oraz przeprowadzeniem zmian w
polityce wynagradzania zarządów i menedżerów bankowych, ze znaną górną granicą w postaci 0,5 mln euro, a także rezygnacją z wypłaty dywidendy. Berhardt deklaruje się jako zwolennik społecznej gospodarki rynkowej, a więc wyznaje credo: państwo powinno ingerować tylko tam, gdzie rynki nie funkcjonują. Warunek ten obecnie jest spełniony, ale w żadnym razie nie powinno to oznaczać, że państwo powinno stać się „superbankiem”. Innymi słowy, bardzo ostrożnie trzeba podchodzić do nacjonalizacji banków i niepotrzebnego przeciążania państwa, a więc w pierwszym rzędzie zwiększania jego zadłużenia. Jeśli już jednak państwo musi stać się akcjonariuszem banków (vide: HRE), to jak najszybciej powinno się z tej roli wycofać. Historia udowodniła bowiem bezsprzecznie, że państwo jest kiepskim bankierem. Nawet regulowany rynek bankowy najlepiej będzie funkcjonował, gdy jego uczestnicy będą mieli swobodę i samodzielność. Państwo powinno się zatem bardzo pilnować, by nie podejmować działań zarezerwowanych dla dziedziny prawa
prywatnego. W przypadku Niemiec, jako państwa federalnego, występuje jeszcze problem silnej autonomii poszczególnych krajów (landów). Dlatego też rząd federalny musi postępować bardzo rozważnie, wystrzegając się nachalnych rad, ale z drugiej strony nie może rezygnować z funkcji koordynacji całości działań antykryzysowych oraz zachęcania różnych typów banków do nawiązania szerszej kooperacji. W ślad za tym Berhardt zachęca banki do starannego przeanalizowania sieci placówek i korzystania z usług innych banków, które mają lepsze kontakty z lokalnymi firmami i mieszkańcami oraz są dobrze zakorzenione na rynkach rodzimych. Warunki te najlepiej spełniają banki spółdzielcze i kasy oszczędnościowe. Według Berhardta władze publiczne powinny się koncentrować głównie na przeciwdziałaniu kryzysowi oraz wykorzystaniu szans, jakie przy okazji się pojawiają. Zgodnie z tym trzeba podejmować działania skoordynowane w skali międzynarodowej. Chodzi tu o rzeczy powszechnie znane: przejrzystość produktów bankowych; podejmowanie
ryzyka, które się rozumie i którym potrafi się zarządzać; nadzór rozważny, ale konsekwentny; zmniejszenie dźwigni finansowej, a więc lepsze wyposażenie banków w kapitał własny. Berhardt bardzo wyraźnie przestrzega jednak przed przeregulowaniem banków, chociaż z drugiej strony dostrzega zagrożenia, jakie płyną z przeniesienia się braku zaufania również do sektora realnego i wynikające z ograniczenia podaży kredytu w gospodarce. Same banki muszą też odrobić trudną pracę domową, która sprowadza się głównie do zmiany funkcjonującej w nich corporate governance, tzn. muszą zredefiniować swoje cele, instrumenty ich osiągania, systemy motywacyjne, w których podstawą musi być wynagradzanie za rzeczywiste, długookresowe osiągnięcia.

d4ejqpv

H. U. Krueger - rzecznik prasowy ds. polityki finansowej frakcji SPD - swój artykuł zatytułował jako „Potrzeba polityki biznesowej banków, która zorientowana będzie na trwałe zrównoważenie, a zrezygnuje z myślenia o krótkookresowej rentowności”. Wbrew oczekiwaniom jest to tekst bardzo wyważony, aczkolwiek zaczyna się od dosyć surowej krytyki "nieokiełznanego kapitalizmu finansowego", ale nie ma tu określeń typu "krwiopijcy" czy "szarańcza", które można było usłyszeć z ust m.in. szefa SPD F. Muenteferinga. Krueger na wstępie stwierdza, iż potrzebna jest nowa równowaga między rynkiem a państwem. Dużą rolę powinien w tym odegrać Fundusz Specjalny do Stabilizowania Rynku Finansowego (SoFFin). Tworzy on podstawę do osiągnięcia zasadniczego warunku przezwyciężenia kryzysu: ponownego przywrócenia zaufania między uczestnikami rynków finansowych, co powinno spowodować w miarę normalne funkcjonowanie rynku międzybankowego. SoFFin do końca 2009 r. powinien doprowadzić też do sytuacji, że banki niemieckie nie będą
napotykały większych problemów z refinansowaniem się. Budżet funduszu wynosi 80 mld euro, a uzyskanie pomocy jest uwarunkowane, by nienaruszona była konkurencja na rynku, chronione były dostatecznie interesy podatników oraz by właściciele i menedżerowie banków brali większą odpowiedzialność za ich prowadzenie. W świetle szacunków Federalnej Agencji Nadzoru nad Usługami Finansowymi (Bafin) z kwietnia br., które wskazują, że toksyczne aktywa w niemieckich bankach mogą sięgać nawet kwoty 816 mld euro, budżet SoFFin-u wydaje się zbyt skromny. Jednakże w połowie maja br. podawano już kwotę takich aktywów w granicach ok. 200 mld euro. Trzeba zatem poczekać aż Bundestag uchwali ustawę o tworzeniu „złych banków” i przeprowadzi się „stress-testy” w bankowości naszych zachodnich sąsiadów. Warto w tym miejscu mocno podkreślić, że wielka koalicja jednak dość zgodnie pilnuje dyscypliny fiskalnej w Niemczech, co powinno być też pewną wskazówką dla naszych polityków.

Krueger również bardzo jasno stwierdza, że wszelka pomoc dla instytucji finansowych musi wiązać się z nałożeniem na nie obowiązków w zakresie polityki biznesowej, kształtowania wynagrodzeń menedżerów i polityki dywidendowej. Zgodnie z tym władze publiczne powinny np. dopilnować, czy sanowanie banków nie odbywa się przez skracanie ich bilansów, a więc ograniczanie kredytowania małych i średnich firm, które stanowią kościec gospodarki niemieckiej. W kontekście ww. poziomu toksycznych aktywów oczekiwanie to będzie bardzo trudne do spełnienia. SPD bardzo mocno akcentuje potrzebę działań prewencyjnych. Tu na pierwszym miejscu wymienia się wzmocnienie regulacji rynków finansowych i to w skali globalnej oraz na poziomie UE. Chodzi generalnie o zwiększenie przejrzystości i stabilności tychże rynków, żadnego z ich uczestników nie wyłączając, a więc np. funduszów hedgingowych i agencji ratingowych. Frakcja SPD wręcz żąda, by banki zdecydowanie bardziej dbały o swoją płynność i wyposażenie w kapitał własny. Radykalnie
musi też zmienić się polityka wobec ryzyka: wszystko musi być tu przejrzyste, a bankom powinno zabronić się podejmowania ryzyka, którym nie potrafią zarządzać. Dużą równowagę trzeba też zachować przy sekurytyzacji aktywów i oddawaniu ryzyka na zewnątrz. Także modele bankowości, w których kredyty od razu usuwane są z bilansów banków - właśnie za pomocą sekurytyzacji - nie bronią się już z punktu widzenia zrównoważenia ekonomicznego i społecznego. To samo dotyczy systemów motywacyjnych napędzanych, często w sposób sztuczny, księgowymi wynikami krótkookresowymi. W tym kontekście władze niemieckie powinny wzmacniać tamtejszy trójczłonowy model bankowości, na który składają się banki komercyjne i landowe, kasy oszczędnościowe oraz banki spółdzielcze. Szczególnie te dwie ostatnie grupy potwierdziły obecnie swoją żywotność, której źródłem jest ścisłe powiązanie ze sferą realną, a także koncentracja na działalności detalicznej. Ich względne odizolowanie od rynków kapitałowych spowodowało, iż praktycznie nie zakaziły
się kryzysem. Kasy i BS-y nie muszą teraz być skazane na kaprysy rynków finansowych, problemy z refinansowaniem, którego koszty i warunki otrzymania znacznie wzrosły. Zwyczajnie w świecie banki komercyjne cierpią obecnie z tego powodu, że zaniedbały stworzenie sobie solidnej bazy klientów i zlekceważyły zarządzanie ryzykiem, chociaż jeszcze niedawno pyszniły się posiadaniem rzekomo najbardziej wyrafinowanych w tym względzie modeli. W praktyce okazało się, że większość zarządów banków komercyjnych w ogóle ich nie rozumiała, bo potrzebny był do tego co najmniej doktorat z fizyki. Modele te jednak stosowano, podobnie jak i inne rozwiązania inżynierii finansowej, bo konkurencja tak robiła. Błędne koło więc się zamykało.

Opozycja ma głos

Rozpocznę od skomentowania stanowiska Zielonych, które zaprezentował rzecznik tego ugrupowania - G. Schick. Swój tekst zatytułował następująco: „Odpowiedzialność za ten kryzys ponosi polityka”. Na pewno musi on zaskakiwać wszystkich tych, którzy wciąż wyobrażają sobie, iż niemieccy Zieloni to partia znajdująca się poza głównym nurtem. Tymczasem to normalne ugrupowanie, o wyraźnie skrystalizowanych poglądach.

d4ejqpv

Dr Schick na wstępie wykłada credo polityczne swojej partii w sprawie kryzysu: to państwo ustala reguły, w obrębie których działają firmy i konsumenci. W bankowości reguły te mają szczególne znaczenie, gdyż skutki działania tego sektora dotykają całej gospodarki i społeczeństwa. Mają też one ważne znaczenie dla jakości konkurencji między bankami. Z drugiej zaś strony regulacje mają trudny do przecenienia wpływ na działalność bieżącą i strategię banków. Współcześnie jest przy tym oczywiste, że regulacje wewnątrzkrajowe muszą nadążać za procesami regionalnymi i globalnymi. W ślad za tym ciągle zmieniają się bilanse i rachunki wyników banków, ale rośnie też niebezpieczeństwo wybuchu kryzysu systemowego, przekraczającego granice narodowe, co jest dowodem na regionalną i wręcz globalną niedoskonałość (zawodność) rynków finansowych. W takich to ramach ogólnych pojawiają się dopiero zawodności funkcjonowania poszczególnych banków, których skutki jednak najczęściej nie obciążają wprost ich menedżerów. Co ciekawe,
Schick nie wini tych ostatnich, lecz politykę, która nie stworzyła właściwych regulacji, by zagwarantować stabilny rozwój rynków.

Bliskość regulacji i strategii biznesowych banków implikuje jednoznacznie rekomendację, iż wtedy, gdy banki zachowują się w sposób zagrażający sferze realnej, nadzorca zobowiązany jest do zdecydowanej interwencji. Trzeba się wtedy jednak raczej koncentrować na ogólnych zagrożeniach, a nie pojedynczych przypadkach, i to tylko w sposób koniecznie niezbędny. Schick w tym momencie zapomina jednak, że w bankowości obowiązują nigdzie wprost niezapisane zasady: „zbyt duży, żeby upaść” i „zbyt ważny, żeby upaść”. Na pewno lepszym rozwiązaniem byłoby bieżące monitorowanie zachowań i kondycji banków, a więc skupianie się na prewencji. W bankowości niemieckiej trzeba też rozwiązać dylemat, jak powinien się mieć nadzór ogólny do nadzoru autonomicznego w bankach spółdzielczych i kasach oszczędnościowych. Schick nie rozwija tej kwestii, poprzestając na stwierdzeniu, że siła regulacji nie leży w masie kontroli, lecz w koncentracji na sprawach najważniejszych. Ścisłe związki między regulacją banków a ich strategiami
biznesowymi prowadzą też do pojawienia się zjawiska, które w literaturze określa się jako „regulatory capture”, co w polskich publikacjach ekonomicznych tłumaczy się najczęściej jako „niewola regulacyjna” lub „zawładnięcie regulacją”. Termin ten oznacza sytuację, w której pojawia się tendencja do utożsamiania się regulatora z interesami podmiotów regulowanych, a tymczasem ten pierwszy powinien reprezentować w pierwszym rzędzie interes publiczny, czyli jakąś postać dobra wspólnego. Najczęściej bankowcy i politycy próbują przecież przekonywać obywateli, jak ważne funkcje spełniają banki, a jeśli sprawy przyjmują zły obrót, straszą nas wtedy, jakie katastrofalne skutki miałoby dopuszczenie do masowych bankructw banków. Z taką polityką mamy do czynienia już od prawie dwóch lat. Nie bardzo widać w tym momencie racjonalne rozwiązanie problemu „regulatory capture”. Ktoś mógłby wprawdzie powiedzieć, że władze publiczne ratują również sektor realny, ale nie wiemy, jakie skutki przyniesie eksplozja pakietów
ratunkowych. Wiemy natomiast, że taka polityka ma na pewno wiele negatywnych następstw dla kształtowania bodźców i motywacji wszystkich aktorów polityczno-ekonomicznych. Schick w tym momencie pisze, by szukać możliwości przeciwdziałania „regulatory capture” poprzez odwołanie się do zasady „checks and balances”, czyli do mechanizmu gwarantującego zachowanie równowagi politycznej. Zasada ta jednakże wymaga bardzo dobrej kontroli publicznej, ale może być sprawowana przez osoby i podmioty posiadające specjalistyczną wiedzę. Z konieczności będą one znów powiązane z bankowością, bo współczesne społeczeństwa to w przeważającej części „livs”, czyli „low information voters”, a więc ludzie wychowani głównie na „papce” telewizyjnej oraz tabloidach. W tym kontekście Schick konkluduje, że w czystej formie „regulatory capture” redukuje się do samoregulacji banków. To bardzo niepokojąca konstatacja. Schick nie byłby jednak prawdziwym Niemcem, gdyby w tym momencie nie przywołał słów J. Ackermanna – prezesa Deutsche Banku,
który na początku kryzysu stwierdził: „Zrobimy wszystko (jako bankowcy – J. K.), aby nasze banki sami naprawić, nie oddając w tym względzie inicjatywy ustawodawcy”. Nie muszę dodawać, że taka wypowiedź jeszcze bardziej umocniła wizerunek dr. Ackermanna jako wroga publicznego numer jeden w Niemczech. Teraz jednak, gdy Deutsche Bank osiągnął całkiem przyzwoity zysk netto za I kwartał br. (1,2 mld euro), przez wielu traktowany jest on jako jeden z najbardziej szanowanych biznesmenów w tym kraju. Rząd federalny zachowuje natomiast rezerwę wobec Kaisera Josefa, bo tak bywa też nazywany Ackermann, gdyż ten uznany został za podważającego pakiet pomocowy dla banków, kiedy odmówił skorzystania z niego.

Poglądy H. O. Solmsa nie zaskakują, jeśli zważymy, że reprezentuje on FDP. Bardzo dużo mówi już sam tytuł jego referatu: „Żadnej nowej roli dla państwa - dlaczego powinniśmy w czasie kryzysu umocnić ideę gospodarki rynkowej”. Solms deklaruje, iż jest zwolennikiem nowego uporządkowania międzynarodowych rynków finansowych, ale wszelkie w nie ingerencje powinny do tego zmierzać, by poprawiło się funkcjonowanie gospodarki rynkowej. W pierwszym rzędzie zatem ingerencja ta powinna dążyć do dalszego zmniejszenia asymetrii informacji na rynkach finansowych, co później przekładać się powinno na lepsze działanie mechanizmu konkurencji. Tak rynek, jak i konkurencja wymagają politycznego zabezpieczenia oraz silnego państwa, które rozumie wszelako swoje samoograniczenie i nie powinno w sposób trwały wchodzić w role właścicielskie i stawać się aktywnym uczestnikiem rynków. Na pewno państwo musi włożyć więcej wysiłku w identyfikowanie czynników ryzyka systemowego w sektorze finansowym i adekwatnie oraz we właściwym czasie
mu zapobiegać. Z drugiej natomiast strony władze publiczne muszą zaakceptować prosty fakt, iż błędy w funkcjonowaniu rynków finansowych są także elementem permanentnego procesu uczenia się i wdrażania innowacji oraz rozwoju. Byłoby więc dobrze, gdyby w przyszłości wzrosła tolerancja na błędy, ale też z drugiej strony bez ograniczeń powinna być stosowana zasada, że podmioty i osoby naruszające ustanowione reguły będą ponosiły za to odpowiedzialność. Cechą obecnego kryzysu jest na pewno ogromna szybkość jego rozprzestrzeniania się, co jest zrozumiałe w epoce globalizacji, powszechnych współzależności i niewiarygodnego wprost rozwoju technologii informacyjnych. Niektórzy w tym momencie zwracają się do starych „dobrych czasów”. Wg Solmsa nie ma jednak powrotu do przeszłości. To regulatorzy i politycy muszą sprostać współczesnym wyzwaniom, bo teoretycznie są szanse na powiększenie ogólnoświatowego dobrobytu. Trzeba przeto koncentrować się na pozytywach globalizacji, równocześnie poprawiając jej przejrzystość,
rozkład korzyści i kosztów, pohamowując przy tym apetyt na ryzyko oraz spowalniając przenoszenie się wstrząsów kryzysowych. W tym kontekście jest rzeczą niezbędną poprawianie regulacji i nadzoru nad wszystkimi uczestnikami rynków finansowych, na wszystkich ich poziomach. W samych zaś instytucjach finansowych zasadniczo musi zmieniać się filozofia i praktyka corporate governance. Solms w tym momencie powtarza ogólny consensus, a więc, że potrzebne jest odejście od nadmiernej koncentracji na krótkookresowych wynikach finansowych jako podstawie systemów wynagradzania i motywowania w instytucjach finansowych na rzecz dokonań długookresowych, trwałych, rzeczywiście wnoszących do ogólnego wzrostu i rozwoju społeczno-ekonomicznego. Pod rozwagę polityków Solms poddaje propozycję rozważenia przesunięcia z powrotem nadzoru bankowego do Bundesbanku, czyli do instytucji znacznie bardziej niezależnej od bieżącej polityki niż BaFin (Federalny Urząd Nadzoru Finansowego). Dr A. Troost - rzecznik prasowy ds. polityki
finansowej Partii Lewicy - zastanawia się w swym artykule pt. "Rozumienie sektora finansowego jako dobra publicznego" nad tym, jak to możliwe, że kryzys systemowy w finansach ma taki potencjał zagrożeń dla całej gospodarki i społeczeństwa, a z drugiej strony dysponuje tak znaczącym potencjałem grożenia obywatelom i politykom. To nie jest przecież prosta gra słów. Przecież energetyka i transport, na przykład, też są sektorami infrastrukturalnymi, a nikt - w normalnych czasach - nie obawia się tak bardzo skutków ewentualnej w nich zapaści. Jasno z tego wynika, że państwo powinno zwracać bardzo baczną uwagę na to, co dzieje się w sektorze finansowym. Ten obowiązek zachowania szczególnej staranności ze strony państwa musi rozciągać się od oceny modeli biznesowych poszczególnych typów banków, nie wyłączając banków landowych – uprzywilejowanych niepomiernie w Niemczech - aż nawet po akceptowanie przez władze publiczne "innowacyjnych" produktów finansowych. Trzeba również znaleźć definitywne rozwiązanie dla
demoralizującej w istocie zasady, że w okresach dobrej koniunktury instytucje finansowe prywatyzują osiągnięte zyski, a w okresie kryzysu bez wahania uspołeczniają swe straty. Sprawą wręcz o znaczeniu fundamentalnym jest to, żeby cały sektor finansowy zachowywał się wobec sfery realnej i społeczeństwa tak, jak robią to kasy oszczędnościowe i banki spółdzielcze, a więc w praktyce realizował koncepcję społecznie odpowiedzialnego biznesu. To jednakże wymaga duchowej i moralnej zmiany w całym niemieckim społeczeństwie oraz wśród klasy politycznej tego kraju. Jedynie wtedy instytucje finansowe będą miały dobry przykład oraz poddane mogą być demokratycznej kontroli.

Wnioski
1. Szczerze zazdroszczę Niemcom poziomu debaty o kryzysie finansowym. Trzeba być do tego jednakże dobrze przygotowanym. Wystarczy tu podać, że z pięciu partyjnych rzeczników ds. polityki finansowej czterech mogło pochwalić się dyplomem doktora. Tymczasem u nas uwagę publiczności politycy starają się przyciągnąć „małpkami”, spotami reklamowymi, walką o krzesła, samolot, a ostatnio również o pancerną limuzynę i tym podobnymi w istocie żałosnymi spektaklami. Widać jak na dłoni dotkliwy brak w naszych partiach kompetentnych fachowców i zaplecza merytorycznego, np. w postaci think-tanków. Dyskusja o ewentualnym zredukowaniu dotacji budżetowych dla naszych partii nie zapowiada w tej materii żadnych poważniejszych zmian. Małość naszej klasy politycznej jest wręcz porażająca, co w połączeniu z bardzo kiepskim stanem kapitału społecznego - już niedługo prawdopodobnie stanie się poważną barierą rozwoju. A przed nami - być może - dopiero prawdziwy kryzys.
2. Poszczególni rzecznicy co prawda rozmaicie rozkładali akcenty, ale jest to tylko dowód na to, że obecny kryzys jest zjawiskiem wieloprzyczynowym. Oznacza to, że jego przezwyciężenie będzie procesem złożonym, bolesnym i rozciągniętym w czasie. Jako remedia zazwyczaj wymieniano: konieczność poprawy nadzoru i regulacji; zmiany w systemach motywacyjnych i w corporate governance w instytucjach finansowych; wdrożenie zasad społecznej odpowiedzialności sektora finansowego. Żaden z rzeczników nie podważał jednak istoty niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej. Szerzej to ujmując, nikt z tej piątki nie wieszczył końca kapitalizmu w Niemczech. Nawet związki zawodowe, bardzo silne nadal w Republice Federalnej, nie są nadmiernie radykalne w swoich oczekiwaniach. Przykładowo, na Kongresie Kapitalistycznym Niemieckiego Stowarzyszenia Związków Zawodowych w połowie maja br. padały hasła: „Konieczna jest alternatywa dla neoliberalizmu”, „Koniec z kasynowym kapitalizmem”, „Kapitalizm trzeba skierować na nowe tory”.
3. Sytuacja społeczno-ekonomiczna w Niemczech jednak się pogarsza. Jak to wskazywałem w tekście powyżej, kwota problematycznych kredytów i toksycznych papierów wartościowych w tamtejszych bankach szacowana jest co najmniej na 200 mld euro. Sama Angela Merkel przyznała, że niemiecki PKB w tym roku skurczy się o 6 proc. (po I kwartale było już – 6,9 proc.), a deficyt budżetowy podskoczy do 4,7 proc. w stosunku do PKB. Rok przyszły nie zapowiada istotniejszego przełomu. W przyszłym roku ok. 20 mln niemieckich emerytów może otrzymać średnio o 2,3 proc. niższe świadczenia. Stałoby się to pierwszy raz w historii tego kraju. Nie dziwi przeto, że aż 54 proc. Niemców (kwiecień b.r.) akceptowało pogląd, że pogłębienie się kryzysu może wprost zagrażać niemieckiej demokracji. 1/5 obywateli Republiki Federalnej deklaruje przy tym gotowość udziału w protestach społecznych, a 80 proc. Niemców ma pełne uznanie dla takich zachowań. Tegoroczne, burzliwe obchody Święta Pracy w niektórych miastach niemieckich być może były
zwiastunem narastającego konfliktu. Ponad 100 tys. osób wyszło też 16 maja br. na ulice Berlina, skandując hasło: „Nie będziemy płacić za wasz kryzys”. Co prawda jest w nim dużo demagogii i populizmu, ale nie wolno tych protestów lekceważyć. Sprawę komplikuje to, że rok bieżący jest w Niemczech rokiem wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Wszystkie powyższe okoliczności sprzyjają radykalizacji nastrojów i zachowań. Będzie to niepomiernie utrudniać walkę z kryzysem. W takim to klimacie tworzy się żyzna gleba dla populistów wszelkiego autoramentu. Zaprezentowane w artykule propozycje antykryzysowe partyjnych rzeczników ds. polityki finansowej, trzeba przyznać bardzo stonowane i racjonalne, mogą być wtedy zupełnie już nieprzydatne.
PROF. DR HAB. JACEK KULAWIK
Autor jest pracownikiem naukowym Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – PIB w Warszawie

d4ejqpv

Podziel się opinią

Share
d4ejqpv
d4ejqpv