W ciągu tych lat takie marki jak Zott, Hochland, Dr. Oetker, Arla Foods, Bacha czy Danone i inne udowodniły, że nie tylko nie są zagrożeniem dla podmiotów polskich, ale przyczyniły się do wzrostu konkurencyjności na rynku i polepszenia jakości produktów mleczarskich. Można też postawić tezę, że najlepszym okresem dla ekspansji na rynek polski były lata 90. Obecnie polski rynek jest już w zasadzie zagospodarowany i nie ma większych szans na spektakularne wejście nowego, dużego podmiotu, który szturmem zdobędzie rynek i uznanie konsumentów - mówi Marcin Hydzik, prezes ZPPM-u. Wartość importu mleczarskiego podkreśla prezes spółdzielni z Radzynia Podlaskiego. - Import produktów, które nie są wytwarzane w Polsce, stymuluje rozwój konsumentów, producentów i mechanizmów rynkowych.
Uczciwa konkurencja ze strony zachodnich koncernów jest dla nas poważnym wyzwaniem, ale nie możemy jej traktować w kategoriach zagrożenia. Nie demonizujmy też ich budżetów marketingowych - jak pokazuje przykład firmy Müller, polski rynek jest już w znacznej mierze uporządkowany i trudno liczyć na spektakularne sukcesy debiutantów. Rodzimi producenci skutecznie konkurują również z tymi koncernami, które są obecne u nas od lat. Warto przy tym zwrócić uwagę, że ich zainteresowanie skupia się przede wszystkim na galanterii mlecznej, czyli tej części rynku, w której klienci wykazują stosunkowo niższą lojalność i oczekują licznych nowości - mówi Edward Bajko, prezes Spomleku. - Poważnym problemem dla polskich mleczarzy jest natomiast nieuczciwe postępowanie zagranicznych podmiotów. Doskonale widzimy to na rynku żółtych serów. Na promocje w marketach trafiają sery nieznanego pochodzenia - nie znamy ani producenta, ani nawet kraju, w którym powstały. Są one przy tym oferowane za bardzo niskie ceny, co rodzi
uzasadnione podejrzenia o ich jakość. Niestety, utożsamianie przez konsumentów gatunków sera z markami powoduje, że łatwo wprowadzić ich w błąd.