Trwa ładowanie...
Seksbiznes w Polsce po zamknięciu Roksy
Seksbiznes w Polsce po zamknięciu Roksy Źródło: Getty Images
12-12-2021 18:39

Seksbiznes w Polsce ciągle w szarej strefie. Prawo go nie widzi

Choć świadczenie czy korzystanie z płatnych usług seksualnych nie jest w Polsce zabronione, surowe kary grożą osobom, które prowadzą portale z ogłoszeniami, ochraniają osoby pracujące seksualnie czy choćby umawiają im klientów. Branża, która przynosi rocznie setki milionów złotych dochodu, w ogóle nie jest uregulowana, a jej pracownikom nie przysługują żadne prawa.

26 listopada. Roksa.pl - największy polski serwis z ogłoszeniami dotyczącymi płatnych usług seksualnych zawiesza swoją działalność. Na stronie pojawia się enigmatyczny komunikat. Telefon, pod którym wcześniej można było kontaktować się z administratorami serwisu, milczy jak zaklęty.

Internet huczy od plotek. Jedni piszą o ataku hakerów, inni twierdzą, że między właścicielami serwisu doszło do rozłamu. Na forach internetowych pojawiają się podejrzenia o zorganizowanej akcji służb, które próbują zlikwidować polski seksbiznes.

Kilka dni później administratorzy serwisu przesyłają zarejestrowanym użytkownikom komunikat, w którym tłumaczą, że zawieszenie działalności serwisu to wykonanie nakazu prokuratury. Informują też, że śledczy zajęli ich konta i na razie nie będą w stanie zwrócić pieniędzy za opublikowane ogłoszenie.

Młodzi żyją na kredyt. "Chcą mieć wszystko tu i teraz"

Niedługo później informację potwierdza białostocka policja.

d2yxu3f

10 lat więzienia

30 listopada policja informuje, że zatrzymała 11 osób, które zajmowały się prowadzeniem serwisu z płatnymi ogłoszeniami erotycznymi. W komunikacie nie pada nazwa, ale szybko udaje się ustalić, że chodzi o Roksa.pl.

Na teren firmy, która prowadziła Roksa.pl, weszło 50 policjantów. Wśród zatrzymanych był 41-letni właściciel przedsiębiorstwa i jego 39-letni brat. Obaj usłyszeli zarzuty utworzenia i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą.

Pozostałym zatrzymanym śledczy postawili zarzut kuplerstwa, czyli ułatwiania innym osobom prostytucji. Za to przestępstwo Kodeks karny przewiduje do 5 lat więzienia.

Kuplerstwo, stręczycielstwo, sutenerstwo

Sama prostytucja nie jest w Polsce karana. Określenie nie jest też precyzyjne i nie do końca wiadomo, co oznacza.

Nie powinno być także używane wobec osób świadczących płatne usługi seksualne ze względu na negatywny ładunek emocjonalny i stygmatyzację, jaką ze sobą niesie.

Karane są za to inne czyny, które seksbiznesowi towarzyszą. Według polskiego Kodeksu karnego zabronione jest sutenerstwo, czyli czerpanie korzyści z pracy seksualnej innych osób.

Innym czynem zabronionym jest kuplerstwo, czyli ułatwianie pracy seksualnej innym osobom. Dokładnie taki zarzut postawiono administratorom serwisu Roksa.pl. Ale nielegalne jest nie tylko zamieszczanie ogłoszeń i pośredniczenie w kontaktach z klientami.

Za kuplerstwo karnie mogą odpowiadać także osoby, które zajmują się np. ochroną agencji towarzyskich, podwożą osoby pracujące seksualnie do klientów czy odbierają telefony i prowadzą kalendarz.

- Pomocnictwo jest rozumiane bardzo szeroko. Osoba, która wynajmuje mieszkanie osobom pracującym seksualnie, może być sprawcą przestępstwa. Podobnie osoba poszukująca klientów, podwożąca ich na miejsce i tak dalej. Warunkiem odpowiedzialności jest to, by dana osoba działała umyślnie, zatem musi mieć zamiar ułatwienia innej osobie uprawiania prostytucji. Jeśli nie mam świadomości, że jako taksówkarz podwożę kogoś na spotkanie erotyczne za pieniądze, to nie jestem sprawcą kuplerstwa. Sprawa ma też działać w celu osiągnięcia korzyści majątkowej - tłumaczy dr hab. Mikołaj Małecki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, twórca społeczności Dogmaty Karnisty.

Ostatnią kategorią przestępstwa, które w tej sprawie rozróżnia Kodeks karny, jest stręczycielstwo, które polega na nakłanianiu innych osób do pracy seksualnej w celu osiągnięcia korzyści majątkowych.

- We wszystkich tych trzech przypadkach kara przewidziana jest za współdziałanie z osobą, której zachowanie jest samo w sobie w pełni dozwolone. Pracownik czy pracownica seksualna nie ponosi żadnej odpowiedzialności za wykonanie erotycznej usługi za pieniądze. Podobnie również klient płacący za kontakt seksualny nie podlega karze. Zawarcie tej swoistej "umowy" z perspektywy prawa karnego nie jest czynem karalnym - wyjaśnia ekspert.

Jak mówi ekspert, ochroną prawną objęte są sytuacje, które mogą rodzić podejrzenia co do dobrowolnej zgody innej osoby na udział w procederze. Karalne jest też wywoływanie w innej osobie zamiaru pracy seksualnej.

d2yxu3f

- Czyli zakładamy, że korzyści z prostytucji - jeśli już - może czerpać wyłącznie osoba, która się nią trudni. Tak samo ona sama musi podjąć decyzję o podjęciu takich czynności, nie mogą pomagać jej ani nakłaniać ją do tego inne osoby - mówi Mikołaj Małecki.

- W tym sensie można powiedzieć, że jest to przestępstwo bez skonkretyzowanej ofiary. To czyn przeciwko obyczajności publicznej, przeciwko porządkowi publicznemu, nie zaś przeciwko dobrom innej osoby, która w pełni z własnej woli uprawia prostytucję. Natomiast jeśli ktoś czerpie z niej korzyści, można mówić, że pokrzywdzonym jest wówczas osoba trudniąca się prostytucją, szczególnie gdy dzielenie się pieniędzmi było wymuszone - dodaje.

Kto jest ofiarą?

Obowiązujący w Polsce model prawny nazywany jest abolicyjnym. Wprowadzono go w latach 50., gdy Polska ratyfikowała Konwencję w sprawie zwalczania handlu ludźmi i eksploatacji prostytucji ONZ. Konwencja uznawała pracę seksualną za szkodliwą i niebezpieczną, a jej sygnatariusze zobligowali się do tego, by zjawisko wyeliminować.

- W praktyce taki model traktuje wszystkie osoby pracujące seksualnie jako ofiary tych, którzy taką pracę organizują, czyli np. właścicieli i właścicielek agencji. I nie ma w tym przypadku znaczenia, czy jest to dobre miejsce pracy, w którym dba się o bezpieczeństwo osób pracujących, czy też nie - wyjaśniają aktywistki koalicji na rzecz praw osób pracujących seksualnie Sex Work Polska.

Jak tłumaczą, taki model, zamiast zadbać o bezpieczeństwo osób pracujących seksualnie, spycha osoby, które podejmują taką pracę świadomie i z własnej decyzji poza prawny nawias.

- Osoby pracujące seksualnie w Polsce nie mogą założyć działalności gospodarczej, ani zawrzeć umowy z pracodawcą, bo praca seksualna w ogóle w tym modelu nie jest uznawana za pracę - wyjaśniają aktywistki. - To sprawia, że ryzyko wyzysku i wykorzystywania w miejscu pracy czy przemocy i mobbingu jest większe, a w przypadku nadużyć nie ma żadnej drogi do tego, by dochodzić swoich praw. Prawo pracy i ochrona gwarantowana przez Inspekcję Pracy są dla osób pracujących seksualnie niedostępne - tłumaczą.

d2yxu3f

Bezpieczeństwo i higiena pracy

Jak mówią osoby pracujące w branży, wypchnięcie poza nawias i karanie osób, które w jakikolwiek sposób ułatwiają im pracę, zwiększa także zagrożenia, jakie na nie czyhają. Bo najtrudniej przed agresywnym klientem jest obronić się osobie, która pracuje sama.

- Każda dodatkowa osoba w miejscu pracy zwiększa poczucie bezpieczeństwa. Nawet osoba, która odbiera telefony, jest bardzo ważna, bo stanowi pierwszą linię obrony przed potencjalnie agresywnymi klientami - tłumaczą aktywistki Sex Work Polska. - Taka osoba słyszy, czy klient jest pijany albo pod wpływem narkotyków. Osoba ta ma dostęp do czarnej listy klientów, których nie umawia, wie, na co zwracać uwagę i jak odsiewać zagrażające osoby.

Groźba odpowiedzialności karnej za wsparcie pracujących seksualnie sprawia często, że osoby, które padły ofiarą przemocy, nie szukają pomocy np. na policji.

- Jeśli w agencji pracuje 15 osób, to zgłoszenie przypadku przemocy na policji z dnia na dzień pozbawi je wszystkie pracy, bo ta agencja zostanie zamknięta - tłumaczą aktywistki.

- Dla części z nich może się to skończyć wyrokiem. Podobnie sprawa wygląda w przypadku różnego rodzaju kooperatyw pracowniczych, kiedy osoby pracujące seksualnie wspólnie wynajmują mieszkanie i dzielą się kosztami. Policja szuka w takich przypadkach pretekstu, by komuś postawić zarzut za organizowanie czy ułatwianie pracy innym osobom i zwykle go znajduje: na przykład karze się tę osobę, na którą podpisana jest umowa na wynajem mieszkania. Dlatego wiele przypadków przemocy i nadużyć wobec osób pracujących seksualnie w ogóle nie jest zgłaszanych, przez co agresywni klienci czują się bezkarnie - dodają

Pieniądze w seksbiznesie

Wokół branży usług seksualnych, jak wokół każdej, która działa w szarej strefie, niejawnie i dotyczy sfer życia objętych kulturowym tabu, narosło sporo mitów. Jednym z nich są pieniądze.

Utarło się, że osoby zarabiające na świadczeniu usług seksualnych zarabiają dużo. Czy tak jest rzeczywiście? Według szacunków prof. Mariusza Jędrzejki, dyrektora naukowego Centrum Profilaktyki Społecznej, przeciętnie osoba pracująca seksualnie w agencji przyjmuje od 24 do 30 klientów miesięcznie.

d2yxu3f

Przeciętna stawka za usługę to 200 złotych. Można więc założyć, że miesięczny przychód osoby pracującej seksualnie mieści się w granicach 4800-6000 złotych. Od tego należy jednak odjąć koszty.

Są to jednak ostrożne szacunki, bo branża jest zróżnicowana, nie mamy zbyt wielu danych o zarobkach, więc trudno wyliczyć "średnią pensję" odpowiadającą rzeczywistości.

- Zarobki w branży są tak różne, jak różne są osoby, które w niej pracują - mówią aktywistki Sex Work Polska. - Dużo zależy od zakresu wykonywanych usług, miasta, w którym pracują, czy miejsca pracy. Oczywiście, są osoby, które mają bardzo wysokie stawki i rzeczywiście zarabiają dobrze. Ale nie jest to reguła.

Dochody z nierządu

Według ostatnich danych GUS, seksbiznes w Polsce produkuje od 0,04 do 0,05 proc. PKB. Ale - uwaga - to statystyki, które obejmują wyłącznie dochody pośredników, a nie osób pracujących seksualnie. Przyjmując zatem, że do agencji trafia połowa zarobków, oraz że część pracownic i pracowników seksbiznesu w ogóle nie korzysta z usług pośredników, można ostrożnie ocenić, że branża ma roczne obroty na poziomie 0,1 proc. PKB.

PKB w 2020 roku wynosił ok. 2,3 bln złotych, z czego przez branżę usług seksualnych - przyjmując powyższe szacunki - przepłynęło 2,3 mld złotych.

Warto zaznaczyć, że są to pieniądze, od których państwo nie pobiera podatku. Według interpretacji Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej, usługa seksualna nie może być przedmiotem skutecznej umowy, przez co nie można takiego dochodu objąć podatkiem PIT.

Legalizacja płatnego seksu

W dyskusjach o tym jak na gruncie prawa traktować seksbiznes pojawia się często temat legalizacji. Taki model funkcjonuje w wielu państwach na świecie, np. w Niemczech, Niderlandach czy w Turcji.

Tam praca seksualna objęta jest osobnymi przepisami, które dość wyraźnie regulują, kto i na jakich warunkach może świadczyć usługi seksualne. To rozwiązanie ma jednak swoje wady. Aktywistki z Sex Work Polska zwracają uwagę na fakt, że nadmierne obwarowanie pracy seksualnej przepisami może doprowadzić do wykluczenia z zawodu wielu osób i tym samym zamiast bezpiecznej przestrzeni spowoduje rozrost szarej strefy.

d2yxu3f

Najlepiej widać to na przykładzie Turcji, gdzie praca seksualna jest legalna od lat 60.. Szacuje się, że tamtejszy rynek jest wart 4 miliardy dolarów. Zgodnie z obowiązującym prawem, pracę seksualną mogą tam wykonywać wyłącznie kobiety, obywatelki Turcji, do tego niezamężne, wdowy lub rozwiedzione. Usługi mogą być świadczone tylko w certyfikowanych agencjach, a maksymalna stawka, jakiej można zażądać, to 14 euro za godzinę. Połowę trzeba oddać agencji, a od tego, co zostanie, zapłacić składkę emerytalną.

- Tak ostre przepisy wyłączają z pracy seksualnej chociażby osoby imigranckie - tłumaczą aktywistki. - W efekcie tworzy się wielka szara strefa, a osoby, które nie są w stanie spełnić wyśrubowanych kryteriów, działają w stanie kryminalizacji.

Warto też nadmienić, że w modelach legalizacyjnych osoby pracujące mają obowiązek wykonywania badań na obecność infekcji przenoszonych drogą płciową. W żadnym państwie takich badań nie muszą przechodzić klienci. W efekcie osoby pracujące seksualnie narażone są na ryzyka zdrowotne.

Model szwedzki

Innym modelem prawnym, funkcjonującym m.in. w Szwecji i od 2016 roku we Francji, jest karanie klientów korzystających z usług seksualnych. Praca jest uznawana za legalną, ale zapłacenie komuś za seks wiąże się z ryzykiem wysokiej kary finansowej.

To kolejny system, który dąży do wyeliminowania zjawiska pracy seksualnej. Ale, jak twierdzą przedstawiciele i przedstawicielki organizacji branżowych, nie działa. Co więcej, praca seksualna w systemie, w którym klienci muszą się ukrywać, jest bardziej niebezpieczna i negatywnie wpływa na warunki pracy osób świadczących usługi seksualne.

- W sytuacji, w której to klient popełnia przestępstwo, osoba pracująca seksualnie jest w gorszej pozycji negocjacyjnej. Nie do końca może zweryfikować to, z kim się spotyka, bo klienci bardzo chronią swoją anonimowość - tłumaczą aktywistki Sex Work Polska. - Ponieważ klientów jest mniej, osoby pracujące pracują dużo więcej niż dotychczas, muszą podejmować ryzyko i godzić się na spotkanie z kimś, kto może się wydawać podejrzany. Albo godzą się na coś, czego nie chcą, żeby móc się utrzymać i opłacić rachunki.

Jak pokazują badania francuskiej organizacji Lekarze Świata, wprowadzenie modelu karzącego klientów, sprawiło, że u 78 proc. osób pracujących w branży spadły dochody i u 63 proc. pogorszyła się sytuacja życiowa. Jednocześnie o ponad 40 proc. wzrosła liczba przypadków przemocy wobec osób świadczących usługi seksualne.

Dekryminalizacja usług seksualnych

Ostatnim modelem i - jak twierdzą przedstawiciele i przedstawicielki branży - najbardziej sprawiedliwym wobec pracowników jest dekryminalizacja. Takie zasady obowiązują np. w Nowej Zelandii i niektórych regionach Australii. Na czym polegają?

- W tym modelu pracę seksualną uważa się za pracę, ale nie tworzy się wobec niej żadnych odrębnych przepisów, ponieważ podlega istniejącym już przepisom prawa pracy, które obejmują wszystkie inne sektory usług. Oznacza to, że osoby pracujące mogą zawrzeć umowę z pracodawcą, mogą założyć działalność gospodarczą i tak samo jak wszyscy opłacać ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne - tłumaczą aktywistki.

Świat po Roksie

Jak oceniają śledczy, w ciągu 15 lat działania administratorzy serwisu Roksa.pl zarobili ok. 40 mln złotych. To daje ok. 2,6 mln złotych rocznie.

W ciągu miesiąca strona miała 1,26 mln odwiedzin i około 500 tys. unikalnych użytkowników. Po zamknięciu serwisu zarówno klienci jak i osoby publikujące ogłoszenia straciły możliwość kontaktu.

Seks biznes jednak wcale nie zniknął. Niemal natychmiast w sieci pojawiły się kolejne miejsca oferujące płatne anonse. Pojawiły się też podróbki Roksy, które należy uznać za oszustwo.

- Teraz ogromna baza danych znalazła się w ręku prokuratury, bezpieczeństwo i anonimowość osób pracujących seksualnie są zagrożone. A to stanowi potencjalne ryzyko dla osób, których ogłoszenia były publikowane w tym serwisie - mówią aktywistki. - Zamknięcie serwisu sprawiło też, że osoby pracujące seksualnie straciły ze sobą kontakt i nie mogą się nawzajem wspierać, a izolacja jest dla nich niebezpieczna. Kolejne strony na pewno będą powstawać, pytanie tylko, na jakich zasadach i czy dane, które zostaną na nich zamieszczone, będą bezpieczne.
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią