Trwa ładowanie...

Nie każda studniówka to sala balowa i tysiące złotych. Można inaczej

Minibar? Dizajnerska kreacja? Sushi? Pokaz iluzji? Firma eventowa organizująca całe wydarzenie? Setki czy nawet tysiące złotych od osoby? Słysząc takie rzeczy o polskich studniówkach, łapię się za głowę. I nie dlatego, że swoją miałam już tyle lat temu, że takich "atrakcji" nie było - była zaledwie parę lat temu, w centrum Warszawy, w szkole i małym kosztem.

Share
Nie każda studniówka to sala balowa i tysiące złotych. Można inaczej
Źródło: Facebook.com, Fot: Jerzy Łukasiewicz
d11alh4

Nie każda studniówka to festiwal przepychu i kiczu rodem z wesel. Wszystko zależy od szkoły, rodziców i od samych uczniów.

Pamiętam dobrze swoją. Nie było hotelu, sali balowej ani nawet cateringu. Miejsce? Nie dość, że w centrum Warszawy, to jeszcze w niepublicznym liceum – I SLO "Bednarska".

d11alh4

"Bednarską" i jej studniówki możecie kojarzyć po ubiegłym roku, kiedy to maturzyści odtańczyli poloneza równości w jednopłciowych parach. Moja była parę lat wcześniej, ale w dalszym ciągu uważam, że organizacyjnie pozytywnie się wyróżniała - burząc wyobrażenie o tego typu imprezach w prywatnych czy społecznych szkołach, które jawią się w mediach jako jakieś straszne przybytki pełne obrzydliwie bogatych, bananowych dzieci.

Zobacz też: Przetestowaliśmy roślinny zamiennik jajek. W wytłaczance było co innego

Nie było wynajętej sali czy hotelu. Była szkoła, a dekoracje robili własnoręcznie uczniowie z drugich klas. Maturzyści wybrali motyw przewodni. W naszym przypadku był to starożytny Egipt (powód? im bardziej absurdalnie i bez zadęcia - tym lepiej). Był nawet etap kombinowania, jak za pół darmo ściągnąć piasek do szkoły i rozsypać go wszędzie, ostatecznie jednak został porzucony. Głównie z powodu trudności w późniejszym sprzątaniu.

Obyło się bez cateringu. Był poczęstunek przygotowywany przez maturzystów. Każdy przynosił coś od siebie.

d11alh4

Zdjęcie z mojej studniówki, gdzie widać poczęstunek zrobiony przez uczniów.

Była za to fakultatywne "after party" w klubie i dopiero tutaj pojawiały się jakieś opłaty, głównie za tzw. open bar. Ale była to część już zupełnie niezależna od studniówki i szkoły. Chciałeś - płaciłeś i szedłeś. Nie chciałeś - nikt nie zmuszał i nie robił problemów.

d11alh4

Nie pamiętam kreacji rodem z wesel. Pamiętam za to, że sukienkę kupiłam w sklepie internetowym za 200 zł (a później ją sprzedałam), włosy i makijaż za 50 zł robiła mi koleżanka (wtedy początkująca youtuberka beauty). Buty i torebkę kupiłam w zwykłych sieciówkach, w sumie wyszło to ok. 150-200 zł i są to rzeczy, które mam do dziś. Przydały się jeszcze parę razy na innych imprezach.

Kolejne zdjęcie z mojej studniówki. Kreacji balowych - nie stwierdzono.

d11alh4

Nie pamiętam koleżanek umawiających się na miesiące wcześniej do fryzjerów czy makijażystów, dywagujących nad kreacjami z wypiekami na twarzach. Owszem, rozmawiało się o studniówce, strojach, fryzurach, ale nie było to żadne wariactwo.

Nie było wynajętego fotografa ani tym bardziej kamerzysty. Zdjęcia robił jeden z uczniów.

Nie było choreografa. Tańca i układu uczyła jedna z nauczycielek.

Nikt nie podjeżdżał limuzyną. Na studniówkę przywiózł mnie tata, a ze szkoły do klubu jechaliśmy wynajętym od ZTM-u na tę okazję autobusem. Nikt nie narzekał, wręcz przeciwnie.

d11alh4

To nie jest tak, że na studniówkę TRZEBA wydać kilkaset złotych. Wszystko zależy od szkoły, uczniów i nastawienia wszystkich zainteresowanych. Oczywiście, jeżeli jakaś grupa będzie domagać się bankietu i sushi, to prawdopodobnie tak będzie. Ale warto też powiedzieć i pokazać, że można inaczej, zamiast wychodzić z założenia, że studniówka = wór pieniędzy i piórka w… wiadomo gdzie.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

d11alh4

Podziel się opinią

Share
d11alh4
d11alh4