Rynek Nowego Sącza.
Rynek Nowego Sącza. (WP.PL, Fot: WP.PL)
nowy sącz

Nowy Sącz. Miasto miliarderów i najniższej krajowej

Nowy Sącz to symbol biznesu budowanego od zera. Majątek właścicieli największych firm jest wart miliardy złotych. W cieniu fortun żyją jednak zwykli mieszkańcy - drobni przedsiębiorcy i pracownicy ogromnych zakładów, zarabiający grosze.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Artykuł jest częścią naszego redakcyjnego cyklu JedziemyWPolskę: Nasi reporterzy ruszają w trasę, by lepiej poznać Was i wasze potrzeby.

Nowy Sącz. 84 tys. mieszkańców, bezrobocie na poziomie 4 proc. W mieście działają 4 firmy, których właścicielami są miliarderzy.

Na pierwszy rzut oka, wielkich pieniędzy w Nowym Sączu nie widać. Schludne, nieduże miasto, dość sprawna komunikacja miejska (choć kursów mogłoby być więcej), ładnie utrzymane, zabytkowe centrum, którego jedyną wadą jest ulica Wąska. Brudne, odrapane ściany, zamurowane okna i sypiący się na głowę tynk przypomina nieco postapokaliptyczne wizje George'a Millera.

- To jest faktycznie coś nieprawdopodobnego - komentuje Marcin, taksówkarz. - Drugiej takiej ulicy pan tu nie znajdzie. No, ale teraz idą wybory - pokazuje mi plakaty uśmiechniętych kandydatów z różnych opcji politycznych. - Każdy obiecuje, że pierwsze co zrobi, to zajmie się tą ulicą.

Ulica Wąska w Nowym Sączu. Rysa na wizerunku czystego, schludnego miasta.
Źródło: WP.PL

Na parterach kamienic dookoła rynku dominują sklepy spożywcze. Jest też kilka kawiarni i restauracji. Na placu przed ratuszem sezonowy ogródek piwny z wiklinowymi fotelami i parasolami. Ruch raczej niewielki.

- Jak na takie zadupie to faktycznie jest tu sporo dzianych gości - mówi Natalia, którą spotykam na rynku. - Niby wszyscy to wiedzą, wszyscy ich tu znają, ale za bardzo ich nie widać. Nie ma głośnych imprez, wyścigów drogich samochodów, nikt nie wciąga koksu przez studolarówki. No chyba, że w domu - śmieje się. - Jest spokojnie. Ładnie, czysto. Ale czy luksusowo? Raczej nie.

Około godz. 22 Nowy Sącz zasypia. Zamykają się bary i kawiarnie, w oknach gasną światła.

- Kto tu się ma bawić, jak większość ma rano na 6 do roboty w Fakro czy innym Konspolu? - mówi Marcin. - Jeszcze parę lat temu, jak przyjeżdżało trochę studentów, to faktycznie miasto żyło. Teraz już ich prawie nie ma. Młodzi, wykształceni stąd wyjeżdżają, bo jedyne, co tu mogą robić, to założyć własną firmę, albo pracować za najniższą krajową w którymś z dużych zakładów Miasto milionerów! Jak mnie to wkurza.

Rynek Nowego Sącza nocą.
Źródło: WP.PL

Od zera do milionera

Historia nowosądeckich gigantów przypomina trochę amerykańskie opowieści o finansowych imperiach budowanych od zera.

Bracia Koral zaczynali w 1979 roku od rozwożenia lodów maluchem. Nie dostali pozwolenia na otwarcie lodziarni (w Nowym Sączu działały już dwie - zdaniem ówczesnych władz wystarczająco dużo), więc w miejsce wymontowanego fotela pasażera wstawili termos w którym przechowywali swoje produkty.

Dziś w garażach braci Koral malucha nie znajdziemy. Jest za to Rolls Royce, Maybach i Lamborghini.

Ryszard Florek, założyciel Fakro, pierwsze okno dachowe wyprodukował w piwnicy swojego domu, zbudowanego za pieniądze zarobione na saksach. Dziś jego firma jest drugim na świecie producentem okien dachowych, a jej obroty przekraczają pół miliarda złotych.

Fabryka lodów Koral w Nowym Sączu.
Źródło: WP.PL

Andrzej Wiśniowski pierwszą bramę własnej produkcji zbudował we własnym garażu.

- Kupowałem od niego bramę na początku lat 90-tych, jak jeszcze pracował w garażu - opowiada Ryszard, także taksówkarz. - W 30 lat zbudował ogromne, międzynarodowe przedsiębiorstwo. I cały czas inwestuje, niech pan spojrzy - dodaje i pokazuje plac budowy fabryki i centrum logistycznego, przylegający do istniejącego zakładu - Ma tu pracować 2,5 tys. ludzi.

Zakład produkcji bram garażowych, założony przez Andrzeja Wiśniowskiego.
Źródło: WP.PL

W wielkiej czwórce najważniejszych przedsiębiorców Nowego Sącza jest też Kazimierz Pazgan, założyciel Konspolu. Firma dostarcza drób m.in. do restauracji Mc Donald's czy KFC. Niedawno firma została sprzedana amerykańskiemu koncernowi Cargill. Za ile? Tego przedsiębiorstwo nie zdradza. Nieoficjalnie mówi się o 100 mln złotych.

- To wszystko są firmy rodzinne - mówi Wojciech Piech, wiceprezydent Nowego Sącza. - To są najwięksi pracodawcy w regionie, odprowadzają wysokie podatki, finansują różne miejskie wydarzenia. Dzięki nim funkcjonujemy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że prowadzą je ludzie stąd. Mogliby działać gdziekolwiek na świecie, a wybierają Nowy Sącz. Zewnętrznych inwestorów jest tu bardzo niewielu, mniej, niż byśmy chcieli. Te fortuny biorą się z lokalnego biznesu i są zbudowane na ciężkiej pracy "tutejszych".

Lokalni celebryci

Chcę zobaczyć rezydencję braci Koral. Nie muszę podawać adresu. Taksówkarz wiezie mnie prosto pod bramę.

- Ten dom, z czerwonym dachem, to ich - pokazuje widoczne z daleka domy, zbudowane na sporym wzniesieniu. - Ten biały należy do dzieci.

Brama do rezydencji braci Koral
Źródło: WP.PL

Wąską, krętą drogą dojeżdżamy do bramy. Przy bramie kamera, stróżówka i znak "teren prywatny". Robię zdjęcie, po chwili mija mnie czarna skoda i biały maybach.

- Tym czarnym jedzie ochrona. Maybachem córka Korala - wyjaśnia taksówkarz.

Florek, Pazgan, Wiśniowski, Koral. To nazwiska, które zna w Nowym Sączu każdy. Każdy wie jak wyglądają, gdzie mieszkają, czym jeżdżą.

Maybach wjeżdżający do rezydencji braci Koral.
Źródło: WP.PL

- To na pewno są ludzie rozpoznawalni, ale nie nazwałbym tego celebryctwem - mówi Tomasz Kowalski, redaktor naczelny tygodnika "Sądeczanin". - Nie ma skandali z ich udziałem, może trzymają się trochę z boku, ale są stałym elementem tego miasta. Są tutejsi.

Pnioki, krzoki, ptoki

Sądeczanie mają bardzo mocne poczucie własnej tożsamości. Nie wystarczy mieszkać w Nowym Sączu, żeby być tutejszym. Sami siebie dzielą na trzy kategorie.

"Pnioki" to ci, którzy się w Nowym Sączu urodzili, mieszkają tu od kilku pokoleń, zapuścili korzenie.

"Krzoki" to mieszkańcy, ale napływowi. Ci, którzy przyjechali, zostali, ale nie zasługują jeszcze na miano "swoich".

- Sądeczaninem człowiek staje się w drugim pokoleniu - tłumaczy Tomasz Kowalski. Do Nowego Sącza przeprowadził się dwa lata temu. - Mam w redakcji dziennikarkę, która mieszka tu już 30 lat i nadal nie jest "tutejsza". Dopiero jej dzieci będą.

Ostatnia kategoria to "ptoki". Ci, którzy przyjechali, ale zaraz odjadą. Obcy.

- Tutaj się nie lubi obcych - mówi Ryszard, taksówkarz. - Tutejsi trzymają się razem, przyjezdnych traktują z dystansem. Wybory też zazwyczaj wygrywają ci, którzy się tutaj urodzili. Wyjątkiem jest obecny prezydent, ale jest raczej mało popularny. No i zawsze wygrywa prawica.

- Fakt, ludzie są tutaj dość konserwatywni i religijni. Kościoły są zawsze pełne - opowiada Tomasz Kowalski. - Stąd się też pewnie bierze lokalny patriotyzm i etos przedsiębiorcy. Bo sądeccy przedsiębiorcy to nie tylko duzi gracze. Tu działa bardzo wiele małych i średnich firm. Jak się pojedzie na przedmieścia, to praktycznie na każdym płocie wisi jakiś szyld. Wygląda to oczywiście fatalnie, ale pokazuje, jak bardzo przedsiębiorczy są mieszkańcy tego regionu

Miasto przedsiębiorców

Według danych Urzędu Miasta, ponad 10 tys. mieszkańców Nowego Sącza utrzymuje się z prowadzenia małych, często jednoosobowych działalności gospodarczych. Jak mówią sądeczanie, przedsiębiorczość to coś, co mają w genach.

- Przez wiele lat, przez cały okres zaborów, Sądecczyzna była bardzo biednym regionem. Przez pokolenia mieszkańcy nauczyli się, że mogą liczyć wyłącznie na siebie - mówi Wojciech Piech. - Kiedyś robili to po to, żeby przetrwać. Dziś potrafią zarabiać i budować marki o globalnym zasięgu.

- Mieszkańcy regionu od małego uczą się tego, jak o siebie zadbać. Niech pan zwróci uwagę na to, jak Nowy Sącz jest zbudowany. Tu praktycznie nie ma blokowisk, dominują jednorodzinne domy - wyjaśnia Tomasz Kowalski. - Teren jest górzysty, nie wszędzie da się doprowadzić media. Trzeba się zatroszczyć o opał, gaz, własną studnię. Ludzie się hartują i potem radzą sobie w biznesie.

Autobus miejski wjeżdżający na rynek w Nowym Sączu.
Źródło: WP.PL

Eksperyment Sądecki

Przedsiębiorczość w Nowym Sączu i okolicach nie zaczęła rozkwitać w latach 90-tych, a znacznie wcześniej. W latach 1958 - 1975 na terenie Sądecczyzny wprowadzono program, który miał pomagać w rozwoju lokalnej prywatnej działalności gospodarczej. Program sprzeczny z ogólnymi założeniami gospodarki Rzeczypospolitej Ludowej.

- To była pewna odpowiedź władz komunistycznych na to, co się wcześniej w tym regionie działo. Był duży potencjał, ludzie chcieli wchodzić w prywatny biznes i mieli do tego predyspozycje - opowiada Wojciech Piech. - Ten eksperyment był trochę jak uchylenie pokrywki garnka, w którym się gotuje. I zakończył się sukcesem.

Andrzej Wiśniowski. Biznesmen, który otworzył bramy do sukcesu

Eksperyment polegał na przyznaniu sądeckiemu samorządowi większej autonomii w sprawach regionalnego rozwoju i dofinansowywania oddolnych inicjatyw. Przedsiębiorcom inwestującym w turystykę przyznawano korzystne kredyty. Obroty lokalnej gastronomii, w ciągu 20 lat z obrotów na poziomie miliona złotych skoczyły do ponad 180 mln.

- W czasie szarego, smutnego PRL-u Nowy Sącz był taką kolorową wyspą - objaśnia Wojciech Piech. - W lata 90-te, gdzie wszyscy dopiero uczyli się przedsiębiorczości, nasz region wszedł już przygotowany. Z konkretną bazą, umiejętnościami i pieniędzmi.

Dolina Krzemowa na sprzedaż

Nie każda sądecka inicjatywa biznesowa kończy się jednak sukcesem. Zdaniem części mieszkańców, udaje się tylko to, co tradycyjne. Nowe technologie, innowacje czy błyskotliwe startupy nie mają większych szans.

- Lokalny biznes jest zabetonowany - mówi jeden z przewodników i miejskich aktywistów, których pytam o sytuację przedsiębiorców w Nowym Sączu. - Tam gdzie trzeba coś wyprodukować i sprzedać, to się udaje. Ale rządzą duzi gracze. Małe, innowacyjne firmy mają pod górkę.

Jako dowód na potwierdzenie tezy pokazuje Brainville. Kompleks budynków, który miał się stać sądecką doliną krzemową - inkubatorem przedsiębiorczości i nowoczesnych technologii. Miał, bo dziś jest pusty i wystawiony na sprzedaż.

Puste budynki Brainville w Nowym Sączu.
Źródło: WP.PL

Brainville można zobaczyć wjeżdżając do Nowego Sącza od północy, minąwszy fabrykę Wiśniowskiego i rezydencję braci Koral. Oprócz wielkiego napisu "na sprzedaż", wiszącego na ogrodzeniu, przed wejściem do budynku wisi szyld agencji zajmującej się grafiką komputerową i animacją 3D.

- Była tu taka firma, która robiła grafikę do filmów, podobno nawet do Hollywood - opowiada taksówkarz Ryszard. - Ale chyba już się wynieśli, bo dawno ich nie widziałem.

Zaglądam przez okna - pustki. Gdy próbuję robić zdjęcia kompleksu, podchodzi do mnie ochroniarz.

- Tu jest teren prywatny, nie wolno fotografować - mówi stanowczo.

Puste budynki Brainville w Nowym Sączu.
Źródło: WP.PL

Budowa centrum nowych technologii kosztowała ponad 100 milionów złotych, z czego większość stanowiły unijne dotacje. Pomysłodawcą była sądecka Wyższa Szkołą Biznesu.

W 2017 roku, spółka zarządzająca parkiem technologicznym ogłosiła upadłość. Budynki, wycenione na 56 mln złotych, wyprzedaje syndyk.

- Nie wiem kto je kupi, ale mam nadzieję, że będzie to inwestor, który zechce tę koncepcję rozwijać. Gdyby miała tam powstać galeria handlowa, to byłaby faktycznie porażka - uważa wiceprezydent Wojciech Piech. - Wierzę w to, że ta koncepcja wsparcia sektora nowych technologii była słuszna i w jakiś sposób będzie kontynuowana.

- Działą w Nowym Sączu firma, która niedawno zebrała na platformie croudfundingowej pieniądze na wyprodukowanie najcieńszej na świecie obudowy komputera - dodaje Tomasz Kowalski. - Takie firmy w Nowym Sączu też są, tylko mniej je widać. Po prostu robią swoje i się rozwijają.

Zmowa płacowa

O łatkę "miasta milionerów" pytam zwykłych mieszkańców Nowego Sącza, spotkanych na ulicy, w autobusie czy taksówce. Zazwyczaj odpowiadają śmiechem.

- Wie pan, ja nie wiem jak wygląda milion - zżyma się pan Marian. - Milionera to może parę razy widziałem, ale większość ludzi, którzy tu mieszkają, zarabia grosze.

- Płace są śmieszne - komentuje pani Maria. Pracuje w firmie z "wielkiej czwórki", ale nie chce zdradzić, w której. - Najniższa krajowa to standard. Miliony to ma tutaj tylko kilka osób. No ale przynajmniej jest praca. Byle jaka, ale jest.

- To jest zmowa płacowa - mówi taksówkarz Ryszard. - Wyobraża pan sobie, że majster w wielkim zakładzie fachowiec z 15-letnim doświadczeniem zarabia 2,3 tys. zł brutto? Alternatywy nie ma niestety żadnej, a wyjechać nie jest stąd tak łatwo.

Trudno wyjechać

Na pytanie o to, co jest największym problemem w Nowym Sączu, mieszkańcy zgonie odpowiadają: dojazd. Od północy do miasta prowadzi droga krajowa nr 75. Od zachodu droga nr 28. Od lat sądeczanie walczą o budowę ekspresówki, która umożliwiłaby im wygodny dojazd do Krakowa.

- Do Krakowa jest niecałe 100 km, a jedzie się 2,5 godziny - narzeka taksówkarz Marcin. - To skandal, jesteśmy odcięci od świata.

- Od lat nie możemy wywalczyć od władz centralnych budowy tej drogi. Były tylko mgliste obietnice - mówi wiceprezydent Piech. - Niedawno coś drgnęło, pojawiło się kilka wariantów, ale nadal jesteśmy dość daleko od realizacji inwestycji. Problemem jest m.in. brak porozumienia pomiędzy gminami. A droga, podobnie jak wygodne i szybkie połączenia kolejowe, których też nie ma, jest bardzo potrzebna. Bez tego miasto nie będzie się rozwijać.

Zdaniem lokalnych władz, skomunikowanie Nowego Sącza z resztą świata to szansa na pozyskanie inwestorów z innych regionów i nowe, atrakcyjne miejsca pracy.

Zakłady Konspol. Jeden z największych pracodawców w rejonie Nowego Sącza.
Źródło: WP.PL

Wśród mieszkańców popularna jest teoria, jakoby to przedstawiciele największych przedsiębiorstw lobbowali za tym, by nowych dróg czy tras kolejowych nie budować.

- Im jest to na rękę - słyszę od pasażera miejskiego autobusu. - Jak tylko zrobią wygodne połączenie z Krakowem, to zaraz im pracownicy wyjadą, bo tam są znacznie lepsze pieniądze.

- Z Nowego Sącza jest trudno wyjechać. Nie można pracować w Krakowie i mieszkać w Nowym Sączu, trzeba się zdecydować. Albo postawię wszystko na jedną kartę, zabiorę rodzinę i podejmę ryzyko, albo zostanę i zgodzę się na np. niskie zarobki - tłumaczy Tomasz Kowalski. - Wielu sądeczan zostaje. Ale wielu też wyjeżdża, a potem wraca. Z pieniędzmi, umiejętnościami i pomysłem na firmę.

Do Nowego Sącza, po pięciu latach w Wielkiej Brytanii, wrócił Patryk. Tu chce otworzyć firmę.

- Tu się urodziłem i wychowałem. Znam to miejsce, lubię je, czuję się z nim związany. Tu są moi przyjaciele, rodzina. Uzbierałem pieniądze na start, jeśli gdzieś mam próbować swoich sił w biznesie, to tylko u siebie - opowiada. Jaką firmę chce założyć? Tego nie zdradza. - Nie chcę zapeszać - ucina.

Konspol przejęty przez zagraniczny koncern. "To najlepsza gwarancja przyszłości"

#JEDZIEMYWPOLSKĘ

Jeśli w Twojej miejscowości dzieje się coś ważnego, ciekawego, poruszającego - zgłoś się do nas za pośrednictwem platformy dziejesie.wp.pl

ZOBACZ INNE ARTYKUŁY

Rytel rok po nawałnicy. Cmentarzysko drzew i ludzkich dusz
Oświęcim. Świetne miejsce do życia w cieniu śmierci
Konin. Miasto, w którym los kopalni i elektrowni jest przesądzony, znalazło nową szansę
Ostatni PGR ma się dobrze. Krowy słuchają muzyki, a mieszkańcy są wdzięczni
Kleszczów. Gmina tak bogata, że nie ma na co wydawać pieniędzy
Włocławek. Dawna stolica keczupu dziś straszy starymi kamienicami

Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne