Trwa ładowanie...
Schronisko na Szczelińcu Wielkim zaprasza o każdej porze roku
Schronisko na Szczelińcu Wielkim zaprasza o każdej porze roku (Daniel Gnap, Fot: Daniel Gnap)

A gdyby tak rzucić wszystko i jechać w góry? Odwiedzamy schronisko, w którym 60 osób aplikowało na jedno miejsce pracy

Praca po 10 godzin dziennie, po której nie można tak po prostu wrócić do domu, a co najwyżej pójść do wspólnego, czteroosobowego pokoju. Latem problemy z bieżącą wodą, zimą - z prądem. Mimo to pół tysiąca osób zamarzyło, by przez 6 miesięcy pracować w schronisku górskim na Szczelińcu Wielkim.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

"Masz dosyć schematów? Męczy Cię miasto, praca w korporacji, zalew reklam, telewizyjny bełkot? Masz mieszkanie na kredyt we frankach, które mógłbyś wynająć, ale nie miałbyś gdzie mieszkać? Nie chcesz żyć w świecie złożonym głównie ze smogu? Możliwe, że mamy coś dla Ciebie!" - to nie oferta coacha, który za grube pieniądze obiecuje odmienić nasze życie i pomóc znaleźć jego sens, ale ogłoszenie o pracę w schronisku górskim na Szczelińcu Wielkim.

Zainteresowanie przerosło jakiekolwiek oczekiwania kierowniczki. Schroniskowa skrzynka pocztowa dosłownie się rozgrzała. W ciągu zaledwie kilkunastu dni spłynęło pół tysiąca zgłoszeń, do tego należy doliczyć kandydatów, którzy próbowali umawiać się telefonicznie lub pofatygowali się osobiście.

Źródło: Daniel Gnap

Rzucić miasto, odnaleźć się w górach

- Po przejrzeniu życiorysów wybraliśmy 40 kandydatów i zaprosiliśmy ich na kolejne weekendy. Nie zatrudniamy w ciemno. Chcemy pokazać chętnym, jak się u nas pracuje. Przyjeżdżali przez następne półtora miesiąca. Z każdej grupy nadawała się najwyżej jedna osoba. Słaby wynik, biorąc pod uwagę, że to była i tak wyselekcjonowana grupa – opowiada Anna Sikorska, kierowniczka schroniska.

Zawiedli się na pewno ci, którzy oczekiwali tylko romantycznej ucieczki od codzienności. Obsługa klienta na nizinach i w górach wygląda jednak podobnie: wymaga poświęcenia i ogromnych pokładów cierpliwości.

Zatrudnić się chcieli i maturzyści, którzy dopiero decydowali, co dalej z życiem, i trzydziestolatkowie nękani myślami, że tkwią w jakimś zaułku, i ludzie na zakręcie. Zdarzali się też tacy z poukładanymi życiorysami, ale szukający nowych doznań.

- Dla nas nie liczy się pozycja zawodowa, ale konkretne umiejętności. To, że ktoś jest dyrektorem sprzedaży i pisze, że lubi muzykę i film, to ciągle żadna karta przetargowa. Gdyby przynajmniej napisał, że lubi gotować, to mogłabym zaproponować mu pracę w kuchni. Tak czy inaczej, po 1,5 miesiąca mieliśmy dość, bo każdego kandydata trzeba oprowadzić po schronisku, opowiedzieć o pracy, wdrożyć. Powiedzieliśmy sobie, że basta i z ostatniego "weekendu zapoznawczego" bierzemy każdego, kto będzie chciał zostać – opowiada Anna Sikorska.

Źródło: Daniel Gnap

Czytaj też: Miejsce noclegowe obok kałuży wymiocin, czyli jak przetrwać noc w schronisku

Jak jest miłość do gór, to się nie znudzi

Szczeliniec Wielki jest wprawdzie najwyższym szczytem Gór Stołowych, ale z parkingu w Karłowie dostać się do niego można w niecałe pół godziny. Nie wysokość stanowi jednak o jego magii, lecz widoki, jakie rozpościerają się z położonych nieopodal tarasów. Schronisko położone jest na skale i wystarczy spojrzeć w dół, by zobaczyć jeden z najpiękniejszych obrazków, jakie zafundowała nam przyroda w polskich górach.

Tatry zimą. Jak przetrwać noc w schronisku

Paula, Agnieszka, Anna i pozostali pracownicy schroniska, z którymi rozmawiałam, przyznają, że najpierw musi być miłość do gór, a myśl o pracy w schronisku przychodzi później.

Agnieszka pracuje w schroniskowej kuchni od 1,5 roku, co czyni z niej drugiego najstarszego stażem pracownika. Dawniej była pielęgniarką, ale po tym, jak wróciła z kilkuletniej emigracji, nie umiała już znaleźć pracy w zawodzie. Imała się różnych zajęć, ale gdy wpadło jej ogłoszenie o pracę na Szczelińcu, poczuła, że nie wolno jej tego zignorować.

- Myślałam, że po pewnym czasie mi się znudzi, ale nic z tego. Mam nadzieję pracować tu do emerytury – deklaruje.

Czyli "praca marzeń" i magia schroniska, której wielu się tu doszukuje?

- Z tą "praca marzeń" to trochę złudne przekonanie, bo to, że pracujemy w górach, nie oznacza, że nieustannie z tych gór korzystamy. Nierzadko pracuję po 10 godzin dziennie i po takim kilkudniowym maratonie zupełnie nie mamy sił i ochoty, by chodzić na wędrówki – opowiada.

Źródło: Daniel Gnap

Pytam Annę, co kieruje ludźmi, którzy deklarują gotowość wejścia tu z jednym plecakiem i pozostawienia mieszkania, kin, licznych sklepów osiedlowych na rzecz dzielenia pokoju i znoszenia braków w dostawie ciepłej wody.

- Wszyscy tu od czegoś uciekają: od problemów, monotonii Jeśli ludzie są szczęśliwi, to nie odcinają się na pół roku – opowiada Anna. - Lubię jednak myśleć, że uciekają nie od czegoś, lecz w stronę czegoś nowego.

Anna zatrudniła kiedyś dziewczynę, która otwarcie przyznała, że jest alkoholiczką, ale bardzo chce odciąć się od poprzedniego życia. Nie robiła ze swojego nałogu tajemnicy przez współpracownikami.

- Zapisała się w do klubu Anonimowych Alkoholików w Kudowie Zdroju. Chodziła regularnie na spotkania, wytrwała w trzeźwości. Ludzi, którzy wierzą, że w górach łatwiej wygrać z nałogiem, było zresztą więcej, ale to nie zawsze kończy się szczęśliwie. Zatrudniliśmy kiedyś alkoholika i narkomana. Nie udało im się. Jeden zapił przed majówką, kiedy mamy najwięcej roboty, drugi zaćpał latem – opowiada Anna.

To nie znaczy, że gdyby dziś pojawił się ktoś, kto ma odwagę przyznać się do nałogu, to pokazałaby mu drzwi. Gdyby miał umiejętności potrzebne w schronisku, mógłby liczyć na pracę, ale pod warunkiem, że podjąłby również prawdziwe leczenie. - Nie wierzę w wychodzenie z nałogu bez terapii – mówi kierowniczka.

O tym, że schronisko może pomóc poskładać życie, wie doskonale. 10 lat temu rozpadło się jej małżeństwo i, jak przyznaje otwarcie, potrzebowała pracy z zakwaterowaniem.

- Choć wcześniej mieszkałam w województwie kujawsko-pomorskim, a więc wyjazd w góry był prawdziwą wyprawą, starałam się wędrować po nich jak najczęściej. Ogłoszenie o pracy w schronisku to musiał być jakiś znak – opowiada.

Nigdy wcześniej nie była na Szczelińcu, ale nie doszła do połowy trasy, a już wiedziała, że jest u siebie. I to przekonanie trwa do dzisiaj.

Źródło: Daniel Gnap

Schronisko to nie lek na depresję

Niektórych kandydatów, choćby wydawali się stworzeni do pracy w schronisku, Anna nie bierze pod uwagę. Musiała odrzucić aplikację dziewczyny chorej na cukrzycę, bo nie ma tu czasu na systematyczne posiłki, a do lekarza daleko. Szansy nie mają też cierpiący na depresję.

- Tu jest ciężka praca, brak prywatności. Wbrew pozorom piękne widoki wcale nie leczą tej choroby – mówi Anna.

Inna sprawa, że wpuszczenie osoby, która nie chce żyć, do budynku usytuowanego na wysokiej i stromej skale to jakby dać jej odbezpieczony pistolet. To zresztą nie wymysł kierowniczki, a nawiązanie do sytuacji, która naprawdę miała miejsce. Anna zatrudniła kiedyś 3 osoby: matkę z córką i jej chłopakiem. Pewnej nocy kobieta dostała ataku paniki, wyrywała się, chciała skakać z tarasu widokowego. Trzeba było wezwać GOPR.

Okazało się, że kobieta przed kilkoma tygodniami straciła dziecko. Córka myślała, że zmiana miejsca, nowe obowiązki i codzienne patrzenie na góry ją wyciszą. Nic z tego.

Zgadza się z tym Agnieszka.

- Zimą wszystko jest cudownie ośnieżone, w kominku pali się ogień, nieliczni turyści piją grzane wino w sali jadalnej. To jest magia. Kilka osób próbowało już tu uciec od swoich problemów, tylko że to nie kończy się dobrze, bo ucieczką niczego się nie załatwi – mówi.

Źródło: Daniel Gnap

Widok jak z pocztówki to nie codzienność

Odwiedzamy schronisko w połowie stycznia. Dzień wcześniej w kilku województwach zaczęły się ferie, ale póki co w schronisku nocuje poza nami może z siedem osób. Wszystko zmieni się, gdy ferie zaczną się w województwie dolnośląskim. Czas wydaje się płynąć leniwie, a sceneria jak z filmu wprowadza błogi nastój. Ale uwaga, to tylko pozory!

Źródło: Daniel Gnap

- Tęsknimy za spokojnymi dniami: takimi, kiedy nikt nie miał wypadku na szlaku, nic się nie popsuło. Przykładowo, wczoraj konary spadły na linie energetyczne, co zupełnie odcięło nam prąd. To się zdarza dość często, a że u nas wszystko, także piec, działa na prąd, sytuacja jest poważna – wspomina Anna.

Od kilku lat problemem jest dostępność wody w sezonie letnim. Coraz bardziej suche lipce i sierpnie powodują, że ciśnienie wody spada niekiedy do zera i nic nie da się na to poradzić.

- I oczywiście wody brakuje nie w poniedziałek czy wtorek, ale w okolicach weekendu, kiedy odwiedza nas kilka tysięcy turystów – śmieje się Anna.

Nie bez przyczyny we wspólnej, koedukacyjnej łazience wisi kartka z prośbą o oszczędne korzystanie z wody, bo każda kropla ma znaczenie.

Czytaj też: Po co ja idę w te góry

Zakupy z dowozem

Schronisko na Szczelińcu to jedno z dwóch polskich schronisk (drugie znajduje się w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach), do których nijak nie można się dostać samochodem. Na szczęście pracownicy nie muszą każdego dnia wnosić kilkudziesięciu kilogramów warzyw, mąki czy po prostu butelek z piwem, bo zakupy są wwożone na szczyt specjalną towarową kolejką linową.

Cały mechanizm wydaje się na pozór nieskomplikowany. Mamy oto metalowy wózek, do którego można jednorazowo zapakować 200 kg dowolnych produktów. Gdyby ktoś pytał: nie, transport osób nie jest dopuszczalny, bo choć widoki po drodze pewnie zostałyby w pamięci do końca życia, to przy okazji tak wytrzęsie, że człowiek może mieć dożywotni uraz do jakichkolwiek wysokości.

Źródło: Daniel Gnap

Pusty kosz jedzie w dół ok. 8 minut, na dole dostawca wkłada zamówione produkty i w górę. Proste? Zgodnie z zasadą, że "póki jest dobrze, to jest dobrze" – z pewnością. Gorzej, gdy coś w mechanizmie przymarznie, zepsuje się i wózek zawiśnie gdzieś na trasie.

Uczestniczymy w takich "zakupach". Ciemna noc, temperatura kilka stopni poniżej zera, ale z powodu wiatru odczuwa się ją na poziomie minus piętnaście. Miało być łatwo, ale coś przymarzło, więc trzeba ogrzać panel zarządzania. Wszystko miało trwać ze dwadzieścia minut, trwało - prawie godzinę.

Źródło: Daniel Gnap

Bo niezależnie od tego, że schroniska są już nowoczesnymi miejscami, w których szybki internet nie jest niczym niezwykłym, a w menu wybieramy spośród pięciu rodzajów naleśników, to jednak góry w dalszym ciągu bywają nieokiełznane.

Jak komuna na wysokości

W sezonie letnim w schronisku na stałe mieszka 14 osób, zimą – o połowę mniej. Odbywająca się w systemie zmianowym praca często nie kończy się po ośmiu godzinach. Pracownicy mają w tygodniu dzień wolnego oraz płatny urlop.

- Praca tu oznacza nieustanne bycie w towarzystwie innych, więc bardzo zachęcam moich pracowników, by nauczyli się spędzać czas wolny sami ze sobą. By poszli w góry, wyłączyli się, wyciszyli. Niekoniecznie mają zamknąć się w pokoju, niech siedzą razem we wspólnej jadalni, gdzie jeden czyta, drugi ogląda film na laptopie, trzeci przegląda Facebooka – mówi Anna.

Odseparować się – praktycznie niepodobna. Pokoje są wspólne, czteroosobowe. Trudno w tych warunkach może być odnaleźć się komuś, kto przez całe życie miał własny pokój, a wieczory spędzał na mieście w dużym gronie przyjaciół. Gdy jest ciepło, można pójść na spacer. Turyści chodzą najpopularniejszymi szlakami, ale pracownicy schroniska doskonale wiedzą, gdzie w Górach Stołowych są miejsca, w których nie natkną się na żywą duszę.

Wynagrodzenie w schronisku waha się na poziomie 2200 – 2500 zł na rękę. Na pierwszy rzut oka - nic porywającego, ale gdy wziąć pod uwagę, że pracownik ma zapewnione wyżywienie i zamieszkanie, to okazuje się, że miesięcznie może zaoszczędzić większość wypłaty. Tym bardziej, że odległość do najbliższych sklepów powoduje, że spontaniczne trwonienie pieniędzy nie wchodzi w grę.

Lada dzień rusza nabór na sezon wiosenno-letni. Każdy, kto uważa, że pracując w schronisku znajdzie odpowiedź na jakieś trapiące go wątpliwości lub po prostu spełni jedno z życiowych marzeń, ma niepowtarzalną szansę, by zweryfikować oczekiwania.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Finanse
d1qwfvz

Podziel się opinią

Share