Niemieccy turyści kochają Kołobrzeg - zabytki, sanatoria, ale i... polską pogodę
Niemieccy turyści kochają Kołobrzeg - zabytki, sanatoria, ale i... polską pogodę (WP.PL, Fot: Mateusz Madejski)

Niemcy w Kołobrzegu, czyli wesołe jest życie staruszka

Kołobrzeg staje się coraz bardziej "niemiecki". "Odbijający" go Niemcy dawno przekroczyli wiek poborowy, a ich "bronią" stało się euro. To skuteczny oręż. Polacy często nie mają wyjścia - muszą się poddać i opuścić miasto. Nikt jednak nie narzeka.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

- Kolberg to już niemal niemiecki kurort - mówi mi niemiecka turystka, przyglądająca się pięknemu, neogotyckiemu ratuszowi na kołobrzeskim rynku.

- Przepraszam, nie Kolberg, a Kolopszek - poprawia się z uśmiechem.

Dopytuję, dlaczego tak bardzo czuje się tu, jak u siebie. - Szyldy - niemal wszystkie po niemiecku. W kioskach - niemieckie gazety. Wokół sami Niemcy. W centrum można zjeść berliński przysmak, czyli currywursta. Nawet na plażach nie ma tylu tych parawanów, co w innych polskich kurortach. No i mają strandkorby - wylicza.

Strandkorby to kosze plażowe, w których Niemcy uwielbiają wypoczywać. W Polsce takie kosze są niemal nieznane, ale w Kołobrzegu jest ich mnóstwo.

Czytaj też: "Rozrywkoujście" żegna się z seksbiznesem

Źródło: WP.PL / W Kołobrzegu parawany przegrywają ze Strandkorbami

Wracam do rozmowy z turystką. Zaczyna mnie ponosić fantazja. Czy może ponad 60-letnia kobieta ma jakieś związki ze starym, niemieckim Kolbergiem? Może ktoś z jej rodziny walczył o to miasto w 1945?

- Nie, nie - ja jestem z Hesji. Na początku trafiłam tu ze zorganizowaną wycieczką żadnych związków rodzinnych, żadnych - wyjaśnia.

Kołobrzeski rynek jest spory, a oblegają go prawdziwe tłumy Niemców. Jestem więc przekonany, że szybko znajdę kogoś, kto może mieć jakieś związki ze starym "Kolbergiem".

"Jestem z Berlina, o żadnych związkach rodziny z Kolbergiem nie słyszałem", "Nie, nie. Nic takiego" - tylko takie odpowiedzi jednak słyszę.

I wtedy natrafiam na Muzeum Oręża Polskiego, w którym jest między innymi imponująca kolekcja sprzętu i broni z II wojny światowej.

- Jeśli ktoś faktycznie pamięta bitwę o Kołobrzeg, to musiał tu trafić - myślę.

Przewodnik z muzeum, tłumaczy mi, że mam trochę racji - choć nie do końca.

Źródło: WP.PL / W kioskach nie ma problemu ze znalezieniem niemieckiej prasy.

- Jeszcze kilkanaście lat temu faktycznie bywały u nas osoby, które musiały nagle opuścić Kołobrzeg w 1945 r. One jednak nie chciały oglądać wszystkich naszych kolekcji. Tacy Niemcy mówili "Keine Waffe, Keine Waffe" ( "Żadnej broni") - i oglądały jedynie te wystawy, które były poświęcone historii miasta, a nie militariom - wyjaśnia mi przewodnik.

Teraz, jak mówi, sporo się zmieniło. Ci, którzy jeszcze mogliby pamiętać 1945 rok w Kołobrzegu są już w naprawdę podeszłym wieku, więc podróże w ich przypadku raczej odpadają.

- Jednak co jakiś czas zdarzają się Niemcy, którzy pamiętali Kołobrzeg z dziecinnych wyjazdów - na przykład do sanatoriów. Często byli to ludzie z Berlina czy z Brandenburgii, z niezamożnych domów i Kołobrzegiem byli zachwyceni. Opowiadali nam, jak pięknie kiedyś wyglądał kurort. O strojach kąpielowych w tamtych czasach oczywiście nie było mowy, więc ludzie wychodzili na plaże w eleganckich ubraniach - mówi przewodnik z muzeum.

Źródło: WP.PL / Nie tylko plaża przyciąga niemieckich turystów. Również kołobrzeskie zabytki, jak na przykład neogotycki ratusz.

Czytaj też: Dorsza w Bałtyku jest za mało. Bruksela wprowadza zakaz połowów

"Emerycki raj"

Przewodnik dodaje, że dzisiaj jednak takie sentymentalne wycieczki Niemców należą już do rzadkości. Wśród zwiedzających dominują już ci, którzy nie mają żadnych związków z Kołobrzegiem, więc nie mają problemu, aby oglądać broń, mundury czy czołgi. Jest też coraz więcej rodzin z dziećmi.

Wiem już jednak, że to nie sentyment kieruje dziś Niemców do Kołobrzegu. Co więc jest największym wabikiem?

- Trafiłam do emeryckiego raju - opowiada mi 60-latka z Niemiec. Emeryckim rajem jest dla niej sanatorium San, oddalone od centrum o kilka kilometrów.

Na pierwszy rzut oka sanatorium jak raj jednak nie wygląda. Budynek pamięta jeszcze czasy PRL - wielki i toporny. Wchodzę do środka - dyrekcja postanawia mnie oprowadzić.

Najpierw pokazują mi piętro rehabilitacyjne - seniorzy mogą zdecydować się tam na jeden z 310 zabiegów. Niektóre brzmią intrygująco - na przykład cynamonowy zabieg w kapsule czy wyszczuplający masaż chińską bańką.

Ceny zabiegów wahają się do 20 do 200 zł, ale część zabiegów jest już wliczona w cenę przy pakietach leczniczych. Jeśli kupimy pokój w sezonie za 185 zł, to w cenie mamy już przynajmniej dwa zabiegi.

Na czym polegają takie zabiegi? Kapsuła przypomina nieco kosmiczne łoże. Pobyt wewnątrz modeluje kształty skóry i może na przykład niwelować cellulit. Chińska bańka wymaga już jednak pracy masażysty, który delikatnie prowadzi przedmiot po całym ciele.

Zabiegi to jednak nie wszystko. W ośrodku jest też przestronne patio, przy którym powstaje ogród. Do tego basen, fryzjer, sklep jubilerski, kiosk, a nawet biblioteczka z książkami polskimi oraz niemieckimi.

Jest też dancing dla seniorów. Pytam, jaka muzyka jest tam puszczana. - Są hity polskie i niemieckie, ale też włoskie przeboje disco, na przykład "Felicita" - słyszę. Imprezy odbywają się codziennie na przestronnej sali. Jestem więc ciekawy, jaką popularnością się cieszą.

- Szczerze? Nigdy nie ma wolnych miejsc - mówi mi obsługa.

Źródło: WP.PL / W sanatorium San można wybierać spośród ponad 300 zabiegów.

Okazuje się też, że pobyt w sanatorium wcale nie musi oznaczać abstynencji. Barek przy parkiecie jest całkiem nieźle wyposażony.

Jarosław Furmanek, prezes sanatorium, wyjaśnia że Niemcom pobyty w sanatorium się opłacają - za zabiegi dostają zwroty z kasy chorych.

Niektóre niemieckie kasy rozliczają się za konkretne zabiegi. Wystarczy przedstawić wtedy rachunek - i pieniądze są zwracane. Czasem kasy zwracają częściowo też pieniądze za sam pobyt - zwykle to kilkanaście euro. Wszystko zależy jednak od tego, w jakiej kasie Niemiec jest ubezpieczony. A tylko tych publicznych jest u naszych zachodnich sąsiadów około 130.

- Ale mamy też coraz więcej gości z Polski, również na NFZ. Zresztą nie tylko seniorzy nas odwiedzają, ostatnio pojawiają się również rodziny z dziećmi - dodaje.

Furmanek uważa jednak, że nie tylko z tego powodu Niemcy kochają Kołobrzeg.

- Może zabrzmi to zaskakująco, ale oni uwielbiają polską pogodę. Bo przecież emeryt nie pojedzie w tropiki, gdzie żar się leje z nieba. A u nas, zwłaszcza poza sezonem, pogoda jest umiarkowana i niemęcząca. Dlatego sezon trwa u nas cały rok - dodaje prezes.

Źródło: WP.PL / Salka do dancingów w sanatorium. "Nigdy nie ma wolnych miejsc".

Czytaj też: Kłopoty z last minute. W sierpniu wakacje za granicą nieco droższe niż w lipcu

Kołobrzeg nie dla kołobrzeżan

Pytam Jarosława Furmanka, ile można zarobić na wizytach seniorów. Konkretnych kwot podać nie chce, choć przyznaje, że biznes się kręci. Od innego szefa pobliskiego ośrodka słyszę jednak, że na jednym pobycie niemieckiego emeryta można zarobić "spokojnie kilkaset euro".

Biznes kręci się nie tylko szefom sanatoriów. Na każdym kroku widzę reklamy szkół, a nawet uczelni wyższych, kształcących w mieście na kierunkach związanych z fizjoterapią. Popyt jest ogromny, a fizjoterapeuta to w okolicach najlepszy zawód.

Korzysta też samo miasto, jak i właściciele sklepów, kawiarni czy restauracji. Powiat kołobrzeski, według danych GUS, jest trzecim najchętniej odwiedzanym miejscem w kraju pod względem liczby udzielonych noclegów - zaraz za Warszawą oraz Krakowem.

Michał Kujaczyński, rzecznik prezydenta miasta, przyznaje: "Jest boom".

- Kołobrzeg jest bardzo popularny. Jako miejsce urlopowe cenią je zwłaszcza mieszkańcy Wielkopolski. Chętnie przyjeżdżają też Niemcy, a coraz częściej także Skandynawowie. W tym sezonie wypoczywało też sporo gości z Ukrainy - mówi.

Źródło: WP.PL / Kołobrzeska latarnia.

W mieście najbardziej rzucają się jednak w oczy Niemcy. Są tacy, którzy przyjeżdżają tu regularnie co rok, często od kilkunastu lat. Coraz częściej też rezygnują z wizyt w sanatoriach i po prostu kupują w Kołobrzegu mieszkania. Niektórzy przeprowadzają się tu na emeryturę na stałe. Michał Kujaczyński potwierdza, że jest takie zjawisko, ale statystykami nie dysponuje.

Zarówno dla Jarosława Furmanka, jak i dla rzecznika prezydenta, popularność to oczywiście powód do dumy. Przyznają jednak, że cena sukcesu jest spora. Choćby z tego powodu, że ceny nieruchomości w mieście szybują w niesamowitym tempie. W najlepszych punktach cena za metr kwadratowy dawno już przekroczyła 10-11 tys. zł za metr kwadratowy.

Chętni jednak ciągle się znajdują. Jarosław Furmanek wskazuje na apartamentowiec obok jego sanatorium. Jeszcze niedawno było mnóstwo płacht z napisami "apartament sprzedam", "apartament wynajmę". Ostatnio zniknęły.

- Swoją drogą, te apartamenty często mają 30 metrów kwadratowych. Luksus więc średni - kwituje prezes sanatorium.

Dlatego mieszkańcy Kołobrzegu wyprowadzają się coraz częściej poza miasto. Na przedmieściach mogą już zbudować dom w cenie kawalerki w centrum. Słychać jednak obawy, że to 50-tysięczne miasto stanie się wkrótce turystyczną oazą. I to bardziej niemiecką niż polską.

Czytaj też: Mniej wydajemy na wakacje. Bo drogo i przyszłość niepewna

"Euro zamiast czołgłów"

Postanawiam porozmawiać o tym, z Christine, 50-letnią turystką z Brandenburgii.

- Słyszałem, że Niemcy odbijają Kołobrzeg - zagaduję.

- Czy odbijamy? Na pewno nas tu sporo - odpowiada.

- No ale zna pani historię Kołobrzegu. W 1945 Niemcy tu przegrali - prowokuję.

Źródło: WP.PL / Widok na centrum Kołobrzegu.

- Chyba nie mówi pan na poważnie... - niemal fuka Christine. - Zresztą, dzisiaj nie mamy czołgów, a euro. Więc mam nadzieję, że nie jesteśmy niemile widziani - odpowiada.

Krążę po centrum miasta i zaczynam mieć wrażenie, że Christine ma rację. Pod zabytkową latarnią ustawił się namiot, promujący Wojsko Polskie. "Zostań żołnierzem Rzeczpospolitej!" - wzywa baner. Przy namiocie czekają trzej żołnierze w polowych mundurach. Obserwuję ich dobre 20 minut, ale nie pochodzi w tym czasie ani jeden potencjalny kandydat.

Źródło: WP.PL / Wojsko Polskie stara się rekrutować w Kołobrzegu. Chętnych jednak nie widać.

Zagaduję Krystiana, nastolatka z Kołobrzegu.

- No ładnie. Niemieccy emeryci odbijają Kołobrzeg, a nikt nie zgłasza się na żołnierza - tym razem staram się sprowokować Polaka.

- Pan żartuje, prawda? - pyta.

- Trochę tak. Ale tak już na poważnie. Niemcy i ich euro to dla Kołobrzegu szansa czy zagrożenie? - pytam.

- Na pewno szansa. Wszyscy tu korzystają z dobrobytu, który kreują turyści. Z drugiej strony, życie jest u nas coraz droższe. Ja i tak chcę stąd wyjechać po maturze. Piękne miejsce, ale jednak dla mnie za małe - mówi mi Krystian.

- A na Niemców nie ma się co obrażać. Zostawiają tu tyle euro, że moi rodzice, pracujący w hotelach mogli pojechać do niemieckiego Baden-Baden na wakacje. Tam nikt na polskich turystów nie narzeka. Myślę, że my też nie powinniśmy - dodaje po chwili.

Czy więc Polacy już są zauważalni w niemieckich kurortach, jak na przykład Baden-Baden? Dzwonimy na recepcję Dorint Hotel Maison Messmer - to jeden z najbardziej uznanych obiektów w tej uzdrowiskowej miejscowości.

- Goście z Polski? Każdego witamy "Herzlich willkommen", serdecznie zapraszamy! - słyszę. - Polaków nie mamy okazji witać jednak zbyt często.

Czytaj też: Biedronka przerzuca pracowników nad morze. Chętni do desantu będą nagradzani

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Finanse
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne